Data:2017-09-03
Wyświetleń:1396

Tam, gdzie walka na rzecz słabszych. Moja historia
Mirosława Pólkowska

Historia mojego związku z Ruchem Sprawiedliwości Społecznej rozpoczęła się w 2012 roku, kiedy to sama byłam zmuszona szukać pomocy. Dowiedziałam się wtedy, że zostanę eksmitowana na bruk bez prawa do lokalu socjalnego. Do tej pory mieszkałam w mieszkaniu kwaterunkowym w Ząbkach, który został mi przydzielony w 1990 roku. Byłam wtedy najszczęśliwszą na świecie matką trójki dzieci. Siedem lat, które poprzedzały otrzymanie przydziału, spędziłam w garażu teściów. Było to jedno pomieszczenie jako tako przerobione do celów mieszkalnych: wstawiliśmy okno, brat postawił mi sionkę, czyli tak zwany ganek. Ogrzewanie czerpaliśmy z kuchni węglowej, tak więc zimy były dla nas bardzo trudne. Aby dzieci miały ciepło, żar w kuchni trzeba było utrzymywać przez całą dobę. Nie mieliśmy łazienki, myliśmy się w misce. Naszą sytuację zmienili ludzie dobrej woli i dobrego serca, którzy wstawili się za moją rodziną. Cieszyłam się, że dostałam mieszkanie komunalne, że dzieci będą mogły wychowywać się normalnie, wygodnie. Niestety, ta radość nie trwała długo. W 1991 roku do urzędu miasta zgłosił się spadkobierca kamienicy, celem odzyskania jej. Tak też się stało. Budynek wraz z lokatorami został przekazany spadkobiercy, który wynajął firmę celem administrowania i zarządzania budynkiem. Tym spadkobiercą był staruszek ponad dziewięćdziesięcioletni, zaś pełnomocnikiem był syn tego pana, więc gdy ten pierwszy zmarł, syn stał się jego następcą. Dosłownie po trzech lub czterech latach na zawał serca zmarł i syn. Prawa do roszczeń otrzymała żona mężczyzny, jednak budynkiem zarządzała spółka posiadłość. Firma wkrótce stała się faktycznym właścicielem budynku, ponieważ kobieta popadła w alkoholizm, co zostało wykorzystane — dostawała jakieś grosze, w zamian podpisywała wszystko, co jej dawali. Po prostu robili ją w konia. Po przejęciu nieruchomości przez zarząd spółki czynsz podskoczył do sześciuset złotych. Miesiąc wcześniej był wysokości 132 złotych...

Jeszcze gdy budynek był pod kuratelą urzędu gminy, ja pracowałam jako dozorczyni. Pozostało tak do 2010 roku. Moje umowy były spisywane na małoletnie dzieci po czternastym roku życia, na syna sąsiadki sąsiadów, na kogo się dało. Uzyskane pieniądze miały być przelewane na poczet czynszu. W 1992 roku odszedł ode mnie mąż. Zostałam sama z trojgiem dzieci w wieku od trzech do siedmiu lat. Obowiązki chwilami mnie przerastały: odprowadzanie do szkoły, pomoc w nauce, zarabianie na nasze wyżywienie. Żeby móc zarobić na chleb, nauczyłam się wtedy wielu zawodów. Bardzo dobrze wspominam pracę chałupniczą, to jest krawiectwo konfekcyjne. Byłam samoukiem, ale mogłam w domu zarobić, dzieci dopilnować. Wtedy nam starczało. Ale wszystko ma swój koniec — kiedy upadł stadion i krawiectwo się skończyło. Później łapałam się, czego mogłam. Zostało mi dozorstwo, z którym wiązało się przekonanie, że zarobione w ten sposób pieniądze wpływają na czynsz. Mając do wyboru kupno chleba, obuwia, zeszytu czy książki dla dziecka, wybierałam to, co w danym momencie było najpotrzebniejsze. Zaczęłam się zadłużać, pół roku leczyłam się na depresję. W 2012 roku od właściciela mojego mieszkania dowiedziałam się, że jestem eksmitowana. Zapytałam, jak to możliwe, na co on odpowiedział, że czeka mnie eksmisja na bruk, ponieważ jakieś pół roku temu nie stawiłam się na sprawę. Pół roku wstecz została uszkodzona skrzynka pocztowa... Właściciel powiedział, że nie odbierałam też awiz, ale w mojej skrzynce nigdy awizo nie było. Dzisiaj nawet nie podejrzewam, ale jestem pewna, że skrzynka została uszkodzona, aby upoważniony przez właściciela mieszkaniec tej kamienicy wybierał moją korespondencję. Inaczej nie potrafię tego wytłumaczyć.

Po rozmowie z właścicielem pojechałam do sądu w Wołominie, aby dowiedzieć się, czy moja sprawa rzeczywiście się odbyła. Poinformowano mnie, że tak. Wyrok nie był dostępny na miejscu, poprosiłam więc o wysłanie mi go listownie. Pilnowałam listonosza i w końcu otrzymałam wyrok. Byłam w szoku — eksmisję dostał mój były mąż, którego jeden z właścicieli wymeldował w 1993 roku, za to istnienie mojego małoletniego syna, który urodził się w tym mieszkaniu, zostało chyba zatajone. Nie było na niego wyroku, z drugiej strony od urodzenia był zameldowany w tym mieszkaniu. Wiedziałam, że coś jest nie tak, że nie można eksmitować na bruk z małoletnimi dziećmi. Swoimi słowami, jak tylko potrafiłam, opisałam i wysłałam do sądu sprostowanie. Sąd jednak nie przychylił się do mojego wniosku, wyrok pozostał taki sam. Moje tłumaczenia nie przyniosły żadnego rezultatu. Po pomoc zgłosiłam się do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej na Jarocińskiej. Uzyskałam ją: powołano rzecznika praw dziecka do monitorowania mojej sprawy, napisali mi pismo do sądu. Próbowałam walczyć. Przekierowano sprawę do innego sądu, ale następny wyrok również był bezlitosny. Nie miałam już siły. Dwóch synów było pełnoletnich, czuli się zagrożeni i obwiniali mnie, że można było inaczej, lepiej. Z moją psychiką było coraz gorzej, postanowiłam się wyprowadzić. Ze względu na moją depresję sąd orzekł, że najmłodszy syn powinien mieszkać u swojego ojca. Wiedziałam, że to najbardziej rozsądne i bezpieczne dla niego, mieszkają zresztą razem do dziś. Wynajęłam sobie domek na działce. Latem, wśród kwiatów, dało się wytrzymać. Cisza, spokój. Zima była za to ciężka. Aby chronić działki przed włamywaczami, prąd wyłączano już w listopadzie. Do kwietnia musiałam używać wyłącznie akumulatora. Mieszkałam tam 2 lata, potem wynajęłam sobie czternaście metrów kwadratowych. Trafiłam w ręce wspaniałego właściciela nieruchomości. Takiego, który szanuje swoich lokatorów, nawet w ciężkich dla nich chwilach, gdy przekorny los zsyła utratę pracy czy chorobę. Mimo tego żyję w lęku przed chwilą, gdy właściciel zrezygnuje z najmu i zechce sprzedać budynek. Wiem, że wiele osób się nim interesuje. Ze względu na to, że wynajmuję mieszkanie na wolnym rynku, nie mam uprawnień do otrzymania lokalu socjalnego. Musiałabym zamieszkać w przytułku, w warunkach poniżej ludzkiej godności. Z opowieści byłych i aktualnych mieszkańców takich miejsc wiem, że jest tam okropnie, jest tam robactwo i nie tylko. Czuję się wykluczona społecznie, ale tli się we mnie też iskierka nadziei, że kiedyś los się do mnie uśmiechnie i na stare lata będę miała cztery ściany i dach nad głową.

Dołączyłam do Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, aby odwdzięczyć się za otrzymane dobro. Zaczęłam czytać artykuły, śledzić działalność Ruchu w sieci, chodzić z nimi na blokady i demonstracje. Jesteśmy wszędzie tam, gdzie trwa walka o sprawiedliwość społeczną, walka na rzecz słabszych i pokrzywdzonych. Kocham pomagać i robię to, na ile tylko umiem. Na pewno wyniosłam to z domu, bo mój tata zawsze był tam, gdzie choroba i ludzkie cierpienie. Na każde zawołanie szedł robić zastrzyki, stawiać bańki i odbierać porody. W pogotowiu przepracował czterdzieści lat, wszyscy go kochali, nazywali wujkiem. Zaraz po wojnie był sekretarzem małej gminy Ruchna. Po wojnie dzielił ziemię, ale sobie nic nie wziął. Zawsze mówił, że są osoby bardziej potrzebujące od niego. Tam jest rodzina wielodzietna, a jemu starczało to, co miał. Rodzice wpajali mi dobro, a ja starałam się tak postępować. Pomagałam zawsze bezinteresownie. Kiedy chorowałam na depresję, miałam żal do rodziców, że jestem naiwna i każdy może mnie wykorzystać, że zbieram cęgi na każdym kroku. To już przeszło, mam świadomość tego, że wpojono mi coś, co na świecie jest najpiękniejsze, czyli miłość i otwarte serce dla drugiego człowieka. Kiedy przyszłam do Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, byłam sama, wystraszona, trzęsąca się jak osika. Tu pozbyłam się strachu. Przestałam się obwiniać za swoje życie. Po prostu powiedziałam sobie, że jest ono piękne. Trzeba trwać i służyć pomocą innym. Tu też poczułam smak łez szczęścia, kiedy udaje się komuś pomóc, kiedy udaje się zablokować eksmisję, kiedy widzi się radość tych ludzi. Kiedyś moje łzy były gorzkie, ale dziś chce mi się żyć. Bieda poznała mnie z wszystkimi zawodami świata, jeżdżę więc po jarmarkach, handluję przy cmentarzach, robię stroiki i skórkę pańską z koleżanką, a na Wielkanoc palemki. Czego człowiek się nie nauczy, żeby móc przetrwać.

Wysłuchała i spisała:

Alina Osińska

Redagowała:

Natalia Rojek

Grafika autorstwa:

Marcina Matuszewskiego

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

kultura

tłumaczenia

polityczno-filozoficzne