Data:2017-09-05
Wyświetleń:455

Wasze oczy w ogóle nie są bezroszczeniowe. O "Podopiecznych" w reżyserii Pawła Miśkiewicza
Natalia Rojek

14 marca 2017 roku poniższy artykuł został opublikowany w Dzienniku Teatralnym.

"Morze bierze wszystko, weźmie i nas". Nas, którzy nie mamy imion i ulubionych sportowców. Nas, hałaśliwą masę stopionych ze sobą brudnych, śniadych ciał, masę wygnaną z Ziemi Świętej, wołającą o koc, rzucającą się irracjonalnie.

W "Podopiecznych" Pawła Miśkiewicza taką masą są aktorzy, których w przedstawieniu bierze udział aż osiemnastu. Za wyjątkiem dwu postaci (Jan Peszek i Zbigniew W. Kaleta), których dialog otwiera spektakl – a zarazem stanowi autocytat Miśkiewicza z "Niewiny" – bohaterowie także pozostają anonimowi. Niewiele można o nich powiedzieć, a zbudowanie portretów psychologicznych ewidentnie nie było niczyim celem. Ich rolą jest raczej artykulacja tego, co pominięte, nieusłyszane, a przede wszystkim – niezrozumiane.

Pierwowzorem "Podopiecznych" jest napisany przez noblistkę Elfriede Jelinek dramat o tym samym tytule. Chociaż powstał on jako odpowiedź na konkretne wydarzenia mające miejsce w Austrii w 2012 roku, nie tylko nie stracił aktualności, lecz także rozszerzył swoje znaczenie. Okazało się bowiem, że sytuacja uchodźców, którzy po proteście przeciwko wieloletniemu oczekiwaniu na uzyskanie azylu zaczęli okupować wiedeński kościół Votivkirche, osadzona jest w szerszym kontekście kryzysu migracyjnego, ogromnych "fal" napływających z m.in. Syrii czy Erytrei uchodźców. Napływających lub po prostu tonących. Woda nie jest wybredna, nie boi się ewentualnych roszczeń.

W Teatrze Starym emigranci (nielegalni, co powtarzane jest dosadnie niczym w komentarzach pod internetowym postem na prawicowym portalu) także zbliżają się do nas na tratwie. Przestrzeń wykreowana przez Barbarę Hanicką w symboliczny, minimalistyczny sposób przypomina widzom, gdzie osadzona jest akcja. Scena została zalana wodą, suchy ląd przecina ją na wskroś niczym molo, zaś z samego przodu ma znajdować się plaża, do której bohaterowie powoli suną na ruchomej powierzchni. Na uwagę zasługują muzycy, którzy akompaniują przedstawieniu na żywo, na naszych oczach. Kolorystyka, na którą postawiono, jest jednolita, czarna, a jedyne rzucające się w oczy elementy to jaskrawe kamizelki ratunkowe. W te ostatnie ubrane są też dzieci – manekiny wysokości trzy-, czterolatków, czasem kołysane, całowane, częściej leżące bezwładnie, przesuwane butami. To zdaje się być kolejnym elementem wielkiego oskarżenia, którym są "Podopieczni". Oskarżeniem skierowanym wobec białych Europejczyków i prezentowanych przez nich postaw (zbyt często nieprzystających do deklarowanych idei), okrzykiem: "sprawdzam!". "Dziękujemy, że zapoznaliście nas z waszymi wartościami!" – mówi bohater i całuje dłonie kobiet w pierwszym rzędzie. Jak te wartości mają się do losu zgotowanego życiowym rozbitkom, których dzieci – w przeciwieństwie do naszego potomstwa, przyszłości narodu, kontynentu, świata w ogóle – Zachód opuszcza niczym lalki właśnie?

Motywem, który stale przewija się w szerokiej dyskusji na temat uciekinierów z pogrążonych wojną krajów, są posiadane przez nich telefony komórkowe najnowszej technologii. Nie przystają one do wizji biednego uchodźcy, więcej – stanowią one dowód oszustwa, ostatecznie demaskują. Pojawiają się i tutaj, w spektaklu. Bohaterowie ostentacyjnie robią sobie selfies oraz, co chyba ciekawsze, wymachują przed widownią większymi i mniejszymi ekranami, na których widnieją youtube'owe filmiki z uchodźcami w roli głównej. Na ten temat w grudniowych Didaskaliach wypowiada się biorąca udział w przedstawieniu aktorka, Jaśmina Polak: "Ważnym kontekstem w pracy nad tym spektaklem był też internet. Cały czas przynosiliśmy na próby z Bartkiem Bielenią idiotyczne filmiki z YouTuba dotyczące uchodźców. (...) Na niektórych ludzie absolutnie przeciwni przyjmowaniu uchodźców manipulują obraz nadbiegającej "fali" czy "agresywnych" muzułmanów, by wzbudzić w odbiorcach strach. Inne zawierają żarty z Arabów. Z tego materiału, nawet jeśli wydaje się totalną bzdurą, można bardzo dużo czerpać, przekształcić go i włączyć w obręb swoich działań scenicznych". Element ten utwierdza w przekonaniu, że w "Podopiecznych" właściwie brak jest gry, a jeśli nawet się ona pojawia to nie po to, abyśmy w nią uwierzyli, lecz wyłącznie jako pretekst do poruszenia problemu.

Widać to także w czasie czegoś, co chyba było przerwą (trudno jednak zgadnąć, aktorzy nie zniknęli z pola naszego widzenia). W tym czasie usłyszeć mogliśmy m.in. pamiętny hit Shakiry, brzmiący ironicznie jak nigdy wcześniej: "When you fall, get up, oh oh.../And if you fall, get up, eh eh.../Tsamina mina zangalewa/'Cause this is Africa". Działo się także na schodach w okolicy foyer. Widzowie zostali postawieni przed dylematem: zostać, odejść? Nadal oglądać czy iść na papierosa? Biorąc pod uwagę długość spektaklu (ok. 3 godziny), wybór nie był oczywisty. Myślę, że wpisuje się to w przyjętą konwencję. Wszystko zdaje się wołać: "Śmiało, odwróć wzrok!". Z drugiej strony, niekoniecznie jest to możliwe: zwłaszcza po tej dziwnej przerwie, kiedy to Jaśmina Polak zajęła się bieganiem między publicznością z latarką w ręku. Odniosłam wrażenie, że nie wszystkim odpowiadał fakt bycia niejako wciąganym w aktorską grę, jednakże – o nic nie pytano. Nie pytano także wtedy, gdy chlapano (bez obaw, niemal niezauważalnie) wodą, ale los zasadniczo nie pyta nas o zdanie. Tutaj starano się znieść, a na pewno oddalić, paradygmat o nieprzystawalności świata przedstawionego do świata poza deskami teatru. Miśkiewicz wyreżyserował sztukę na wskroś politycznie zaangażowaną.

Nie można nie wspomnieć o Krzysztofie Globiszu, dla którego rola w "Podopiecznych" była pierwszą po wylewie. Dziś jesteśmy już po fenomenalnym "Wielorybie The Globe", dzięki czemu, jak sądzę, łatwiej nam oddzielić postać schorowanego uchodźcy na wózku inwalidzkim od rzeczywistego, cierpiącego na afazję Globisza. Zaburzenia mowy w sposób literalny obrazują najbardziej chyba eksponowany w przedstawieniu problem – brak międzyludzkiego porozumienia. "Granice mojego języka są granicami mojego świata", a poza moim światem nie jest bezpiecznie. Banalna prawda, że boimy się tego, czego nie znamy, pozostaje aktualna. Monolog Krzysztofa Globisza – na którym słuchacz musi tak bardzo się skupić – może wzbudzać konsternację. Nie sposób czuć się dobrze, nie rozumiejąc tego, co ktoś rozpaczliwie próbuje nam przekazać. Jednakże warto nie uciekać od takich sytuacji, otworzyć się na nie, bo może nie ma się czego bać i chyba właśnie o tym mówi ten spektakl.

Jak pisałam, "Podopieczni" osadzeni są w konwencji oskarżenia. Zastanawiałam się przez moment, czy jest to skuteczne, czy może nie przesadzono. Te trzy godziny były niezwykle intensywne. Wydaje mi się jednak, że stawką nie jest czerpana przez widza przyjemność – nie taka jest rola teatru interwencyjnego.

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

felietony

felietony

polityczno-filozoficzne