Data:2017-09-23
Wyświetleń:818

Białogard
Katarzyna Nowakowska

Na początek anegdota. Są późne lata 90. Właśnie urodziłam drugie dziecko i przyjmuję w domu położną środowiskową. Położna przeprowadza wywiad, ogląda noworodka, mieszkanie i wypełnia formularz. W okienku „łóżeczko” stawia plus. Niemowlęcego łóżeczka nigdy u nas nie było, wszyscy spaliśmy w jednym wielkim barłogu, dzięki czemu nikt nie musiał wstawać po nocy ani leżeć samotnie za kratkami. Z punktu widzenia ssaczej biologii i naszych potrzeb emocjonalnych było to rozwiązanie idealne, ale ówczesne autorytety medyczne i wychowawcze uważały, że to niehigieniczne, niebezpieczne i prawdopodobnie źle się skończy. Dlaczego położna zobaczyła nieistniejące łóżeczko? Myślę, że bardziej niż własnym oczom zawierzyła swoim wyobrażeniom na temat mojej klasy społecznej. Osoba gadająca z partnerem po angielsku i zachowująca się z pewnością siebie wyższej klasy średniej musi wszystko robić tak, jak trzeba.

W ostatni weekend w mediach internetowych – początkowo lokalnych, potem ogólnopolskich – pojawiła się informacja, że ze szpitala w Białogardzie rodzice porwali wcześniaka. Zostali przedstawieni jako osoby działające kompletnie irracjonalnie, bojące się inkubatora, nie pozwalające ani zaopatrzyć dziecka medycznie, ani nawet umyć – krótko mówiąc, wariaci i brudasy. Według tych doniesień szpital, aby uratować dziecku życie, zwrócił się do sądu o ograniczenie władzy rodzicielskiej. Sąd tę władzę ograniczył, na co rodzice porwali dziecko i uciekli. Od tego czasu poszukuje ich policja (ergo – nie tylko szaleńcy, a także kryminaliści). Relację utrzymano w tonie sensacji. Była całkowicie jednostronna, ale natychmiast wywołała lawinę komentarzy, które niewiele mówiły o sprawie, natomiast sporo o internetowej wielkomiejskiej klasie średniej. Obraz, który się wyłonił, był przykry i niepokojący.

Pierwszą rzucającą się w oczy rzeczą była intensywna pogarda wobec rodziców dziewczynki i kompletny brak gotowości nawet nie do empatycznego przyjęcia ich perspektywy, ale w ogóle udzielenia im głosu. Zostali zaszufladkowani jako „antywacki” (co szufladkujących zapewne czyni wackami), a ponieważ „antywacki” ZAWSZE KŁAMIĄ, kompletnie zlekceważono wyjaśnienia ojca noworodka, że dziecko nie wymagało umieszczenia w inkubatorze, a niezgoda na zabiegi była wynikiem niewywiązania się przez szpital z obowiązku udzielenia wyczerpujących informacji. Bycie „antywackiem” i „obrona antywacków”, czyli wszelkie próby kwestionowania jednostronności doniesień albo postępowania lekarzy, stanowiły również wystarczające uzasadnienie dla agresji – „oświeceni” bez żadnego skrępowania nazywali wszystkich wyrażających wątpliwości durniami, nie zniżając się do merytorycznego odpowiadania na argumenty. „Antywacki” bowiem nie tylko zawsze kłamią, ale też nigdy nie przyjmują żadnych racji. W tym kontekście z konsternacją przyjęto trzeźwą wypowiedź krajowej konsultantki neonatologicznej, według której zwrócenie się do sądu było pochopne, dziecku nie zagrażało żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo, a przypadki, w których cierpliwą i rzeczową rozmową nie daje się przekonać rodziców do zaszczepienia dzieci, są niezwykle rzadkie.

Dehumanizacja rodziców dziewczynki urodzonej w Białogardzie (prasa zaczęła o nich pisać per państwo S.) to niejedyna totalitarna praktyka, której kompletnie bezrefleksyjnie przyklasnęli „oświeceni”. Z gorliwością godną uczestników eksperymentu Milgrama identyfikowali się z rzekomo naukowym autorytetem szpitalnych lekarzy. Dyskutujący pisali, że nie mają wątpliwości co do przebiegu wydarzeń, ponieważ WIERZĄ lekarzom, i swoją ślepą wiarę uznawali za postawę RACJONALNĄ. Identyfikowali się z instytucją szpitalną (przypomnę, że powstały naukowe opracowania opisujące szpitale położnicze jako typowe instytucje totalitarne) i z sądem stosującym przymus, nigdy ze słabszymi wobec tych instytucji pacjentkami, domagającymi się swojego prawa do informacji i poszanowania decyzji.

Trudno sobie nie zadać pytania o celowość takiego nastawienia. Raczej nie chodzi o zwalczanie bzdurnych przekonań tak zwanego altmedu – agresja, kompletny brak gotowości do dyskusji i przyklaskiwanie siłowym rozwiązaniom nikogo nie przekonają ani o zasadności stosowania profilaktyki u noworodków, ani o korzyściach ze szczepień, za to zaszczutych rodziców z pewnością wepchną prosto w otwarte ramiona antyszczepionkowych szarlatanów. Skoro nie chodzi o przekonywanie ludzi do zaufania medycynie, może chodzić w zasadzie tylko o jedno – o potwierdzenie własnego poczucia wyższości, o zbudowanie sobie „racjonalnej”, „naukowej” i „wykształconej” tożsamości w kontraście do ciemnych i zabobonnych „antywacków”. Nie chodzi oczywiście o to, że zasobna klasa średnia nie miewa zabobonnych przekonań. Miewa, ale swoje zabobony i dziwactwa, albo po prostu niecodzienne wybory, praktykuje w przyjaznych prywatnych klinikach (albo na płatnych oddziałach państwowych szpitali), gdzie, jako płacącym klientom, nikt im nie sprowadza na głowę sądów i prasy. Z punktu widzenia tożsamościowej propagandy są niewidoczni.

Niestety, wygląda na to, że opisywana sytuacja jest dobrą metaforą dynamiki społecznej, z którą mamy do czynienia w Polsce. Klasa średnia jest kompletnie ślepa na doświadczenia i potrzeby całej reszty społeczeństwa. Buduje sobie tożsamość w opozycji do „pisiorów” i „moherów”, spychając ludzi biednych, gorzej wykształconych i dysponujących mniejszym kapitałem społecznym w objęcia populistycznej prawicy, sprawnie grającej na negatywnych emocjach i irracjonalności.

Redagowała: Natalia Rojek

Grafika:

Marcin Matuszewski

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

mikropolityka

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne