Data:2017-09-24
Wyświetleń:609

Rozejrzyjmy się dokoła
Mateusz Raj

Rozejrzyjmy się dokoła – każdy po swojej, w miarę możliwości, okolicy. Nie ma większego znaczenia, czy rozglądać się będziemy po Warszawie, ją całą mając za okolicę; po każdym innym mieście wojewódzkim, powiatowym; miejscowości gminnej, sołeckiej, czy niesołeckiej. W każdym obszarze zabudowanym znajdziemy jedną cechę wspólną wszystkim naszym miejscowościom – zaniechane inwestycje. Znów nie ma tu znaczenia, czy zawiesimy oko na niedokończonym nowym gmachu biura projektów wielkiej państwowej fabryki, której budowę zakończyła transformacja; czy dom mieszkalny stawiany wysiłkiem drobnej prywaty od końca lat siedemdziesiątych do połowy dziewięćdziesiątych, gdy skończyła się koniunktura; czy obiekt handlowy, którego budowę natchnęła potransformacyjna fala rozkwitu drobnego kupiectwa, a raptownie zakończyło rozpoczęcie ery wielkich sieciowych dyskontów. Można by wymieniać w ten sposób każdy rodzaj rozgrzebanej budowy – każda ma swoją historię, podłoże i przyczyny, zarówno narodzin, jak i osierocenia. Skąd w krajobrazie biorą się przerwane, rozpoczęte i porzucone budowy? Z pewnością nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Składa się na każdą wiele czynników i każda ma wiele aspektów, z których tylko jeden będzie dla nas tu interesujący, lecz jeszcze nie teraz.

Spójrzmy bliżej, przyjrzyjmy się ukończonym domom, hotelom, zakładom pracy, budynkom użyteczności publicznej. Czy o każdym można powiedzieć, że jest w zupełności dokończony? Bardzo wiele inwestycji ma poukrywane przed oczyma większości użytkowników niedokończone miejsca. Mogą one jawić się w postaci ściany pokrytej kafelkami tylko do połowy lub w ogóle nie otynkowanej ściany; może być to łazienka, do której nigdy nie podciągnięto wody lub poddasze, które miało być użytkowe, ale coś nie wyszło; może to być wręcz cały pokój lub piętro w zasadniczo użytkowanym budynku – na parterze, dajmy na to, odbywa się jakaś działalność, lecz dokończyć piętra z tych, czy owych przyczyn się inwestorowi nie udało i stoją tam wciąż narzędzia budowlane, okna zaklejone są gazetami, choć od rozpoczęcia budowy minęły lata. Wiele gmachów przez lata pokrywa prowizoryczna papa, która spływa z dachu na chodnik przy wielkich upałach, lecz dziesięciolecia mijają, a trwałego dachu jakoś tak nie wychodzi zrobić. A domy prywatne? W jednym mamy tylko pół ściany ocieplone; na drugim jest panel słoneczny na dachu, tylko rury urywają się w powietrzu i energia solarna na nic się nie przetwarza; na piątym widzimy jakiś garaż, do którego nic nie wjeżdża, bo podjazd niewybrukowany; w ogródku jakiś murowany grill, z którym coś „nie gra”; jakaś zarośnięta i porzucona altanka, i tak dalej. I znów, przyczyn tysiące, każdy jeden przypadek ma swoje trzy czy cztery, z których interesować będzie nas tylko jedna, ale za chwilę.

Zróbmy zoom out od gmachów do ulic i spójrzmy na pewien szczególny rodzaj miast – miasta, które po redukcji 49 województw nagle stały się tylko powiatowe. Cóż możemy zobaczyć? Szerokie aleje kończące się w polu, wielkie działki w centrach miast pozostawione pod nigdy nie wybudowane wojewódzkie inwestycje; urbanistykę z rozmachem, której skala na nic się zdała, gdyż summa summarum metropolie skutecznie odsączyły i ludność, i kapitał. Czy tylko te miasta cierpią z powodu wielkiej planistyki Polski Ludowej, która nie została wypełniona? W Łodzi za dworcem Łódź-Dąbrowa też biegnie wielka aleja, która kończy się w trawie. Jej środkiem biegną zarosłe trawą tory tramwajowe, jej nieuczęszczane chodniki porasta trawa, do wyrosłych na jej brzegach zakładów wjeżdżają i wyjeżdżają samochody i do tego ogranicza się ruch na tej drodze. Kawałek dalej biegnie już autostrada A1, lecz drogi nie łączą się, choć na logikę powinny i, jak sądzę, było to zamysłem ludowych urbanistów przemysłowej Łodzi. Patrzmy dalej, może bez tak precyzyjnych wycieczek jak ta do Łodzi, mimo że jej przykład wydał się mi na tyle jaskrawy, że godny przytoczenia. Nie znam peryferii i dzielnic przemysłowych wielkich miast polskich na tyle dokładnie, żeby móc podać dla kolejnej interesującej mnie rzeczy równie jaskrawy jak ten łódzki przykład, lecz z pewnością każdy z nas widział nie raz ogromne i nieużywane bocznice kolejowe. W miastach klasy niegdyś wojewódzkiej, z wielkimi dworcami, płaszczą się w widoku z okien pociągu sześcio-, ośmio-, dziesięciotorowe bocznice z zardzewiałymi, od wielu lat nieujeżdżonymi szynami o falistych i wybrzuszonych kształtach, porosłe najczęściej wierzbą i brzozą; a przy tych torach i bocznicach stoją magazyny z zawalonymi dachami, w jednym na pięć mieści się skup złomu lub makulatury. Czasem, gdy uważnie obserwuje się świat, z okien pociągu dostrzec można szyny uciekające w bok od jezdnego torowiska, biegnące gdzieś w krzaki, za którymi majaczy zrujnowany budynek, może jakiejś fabryki, a może dawnej kolejowej stacji naprawczej. Nie ma tu dla nas większego znaczenia, co doprowadziło do zaniechania ulic, placów i torowisk, każde ma znów swoją opowieść i kilkanaście aspektów swego porzucenia, lecz z nich wybierzemy jeden, który rozpatrzymy osobno, ale najpierw…

Zróbmy kolejny zoom in – zajrzyjmy do wnętrz znanych nam domów i mieszkań. Są oczywiście takie, w których wszystko zrobione jest pod klucz – choć i do nich się za moment doczepię – większość jednak miejsc zamieszkania urządzana i wyposażana jest przez użytkowników sukcesywnie, etapami. Zajrzyjmy do kuchni – gdy dom się budował, kranówka w okolicy była tak zanieczyszczona, że sprytny gospodarz postanowił zamontować pod kuchennym zlewem zestaw filtrów i specjalny kran do wody pitnej. Woda już z tego kranu nie płynie, bo ostatecznie miasto zmieniło filtry, woda się poprawiła, a w kuchni został nieczynny kran i szafa pełna niepodłączonej aparatury. Zobaczmy w salonie – gdy dom się budował, okolica nie miała podłączenia do sieci ciepła i nie było to nawet w planach, ale starosta też się wybudował, trzy domy dalej, i jakoś to ciepło podłączono, są kaloryfery i jest ładnie, tylko myśmy zaczęli budować salon z kominkiem, żeby był modny ogień w salonie i płaszcz wodny do ogrzania całego domu – ale jednak są te kaloryfery, coś tam z tym wodnym płaszczem jest „nie tego” i nie można w kominku palić, bo się w rurach od płaszcza, który jednak leci w ścianach w całym domu, woda zagotuje i wszystko wybuchnie. Bez dalszych szczegółów – z jakiegoś powodu mamy w sypialni włącznik, który nie zapala żadnej lampy; kontakt, w którym nie ma prądu; krzywe okno na poddaszu; kanał w garażu, do którego nie ma schodów; wannę z jacuzzi, która nie ma pompy i tak dalej, i tak dalej. Podałem nawet kilka rzetelnych przyczyn – woda się poprawiła, ciepło podłączono – nie są one jednak bardzo istotne, nad nimi bowiem coś bierze górę. Spójrzmy, jak obiecałem, na domek „spod igły”. Była kilka lat temu, a może i nadal panuje, wśród średnioposażnych moda na centralne odkurzacze – cóż to? zabawny wynalazek – mamy w pomieszczeniu technicznym, jakiejś piwnicy, kotłowni, garażu, ogromny odkurzacz wielkiej mocy (w Kubusiu Puchatku Tygrysek kiedyś jeździł na takim po mieście, pamiętacie ten odcinek?), od którego rozchodzi się sieć rur ukrytych w ścianach i w każdym pokoju, zazwyczaj obok gniazdka elektrycznego, jest drugie gniazdko – odkurzaczowe, w które wtyka się tylko wąż, dopina odpowiednią końcówkę i można odkurzyć każdy pokój bez wleczenia po podłodze odkurzacza, bez wpinania i wypinania go z sieci w każdym pokoju; włącza się tylko pilotem diabelską machinę ukrytą przed wzrokiem i sprząta nie słysząc uciążliwego burczenia. A co jak machina zastrajkuje? Najczęściej kupuje się tani odkurzacz tradycyjny, a dom zdobią po jego kres niesłużące niczemu dziwne rurowate gniazda w każdym pomieszczeniu. Gdy w takim domeczku „spod igły” zepsuje się designerskie oświetlenie pochowane za meblami albo gdzieś w elewacji, to też się go w większości przypadków nie naprawia – co się świeci, to się świeci; co zgasło, to zgasło; kto ma uszy, niechaj słucha.

Wbrew dotychczasowej konstrukcji tej pisaniny zróbmy znów zoom in (miast out). Spójrzmy okiem i szkiełkiem na własne miejsce pracy. Nie mam na myśli stanowisk fabrycznych, krzeseł przy tokarkach, desek kreślarskich czy biurek w korporacjach. Spoglądamy blisko, tam, gdzie w domu coś robimy. Ja mam, na ten przykład, dwa takie miejsca pracy – biurko i ogród. Na biurku leży laptop, kilka zeszytów z notatkami (zapisuję pomysły), stosy luźnych kartek z cytatami, szybkimi myślami pisanymi gdzieś po nocach, tytułami wciąż nieprzeczytanych książek, et cetera. Leżą także zeszyty z rozpoczętymi rękopiśmiennie tekstami, pełne notatek specjalnie do tych tekstów, na pulpicie wiszą rozpoczęte teksty, prezentacje, tabele, wykresy. Mówiąc w liczbach – ten krótki zapis, w którego lekturze dobiegacie właśnie połowy, jest dwunastym rozpoczętym tekstem, jednym z czterech krótszych niż dziesięciostronicowe, jednym z dwu nie wymagających gęstego tłumaczenia się z metodologii i obfitych indeksacji. Cóż, wyjdźmy do ogrodu – żywopłot na wejściu trochę ścięty, trochę nie, tak jakby przechodząc gospodarz obrywał po dwie, trzy gałązki – tak właśnie robię; gdzieś leży wbita łopata, coś sadziłem albo przesadzałem; tu piła, tam nożyce, ówdzie widły, bosaki i inne przybory rokoszowe. Dokąd zmierzam? Czy to się w ogóle w coś składa?

Na początek środkowej części tego teksu małe wyjaśnienie – zdarzyło mi się przed kilkoma miesiącami tak, że rozmowa niezobowiązująca nagle obłożyła mnie znaczącym i niebłahym dla mnie zobowiązaniem. Z dwojgiem ważnych i nieokazjonalnych autorów tekstów dla Opinii Bieżącej mówiliśmy w knajpie przy piwie o literaturze i wyplułem z siebie pewien sąd, czy hipotezę (jeżeli ten tekst doprowadzę do końca z sukcesem, to z pewnością i tamtą hipotezę, która kilka dni temu naprowadziła mnie na hipotezę dla tego pisania, poznacie) i Naczelny rzekł, żebym to opisał. Pomyślałem: „dobra propozycja, dobra szansa, czemu nie, poczynię skromne preliminaria i zrobię, bo warto”. Z początku otworzyłem ogólny mój notatnik do wszystkich rzeczy ważnych i zanotowałem sobie myśl przewodnią, podumawszy nad nią kilka dni otworzyłem program Word i zacząłem grzebać. W ten sposób rozgrzebałem jedenasty tekst, któregom jeszcze nie zamknął, nie doprowadził do szczęśliwego zakończenia.

A o czym miało być (i zapewne kiedyś będzie)? O problemie z prowadzeniem długiej narracji w najnowszej powieści polskiej; o tym, że w gruncie rzeczy, proza esemesowacieje na naszych oczach i nie dość, że ciężko przeciętnemu młodemu czytelnikowi przebrnąć przez Joyce’a, Prousta, czy Manna, to jeszcze zapewne nie ma co liczyć na to, że coś w tych autorów szeroko pojętej podobie powstawać będzie w przyszłości, gdyż jednako, jak współczesny młody czytelnik nie jest w stanie się dostatecznie skupić na ciągłym lub podzielonym na obszerne całostki tekście, tak współczesny (jeszcze nie do końca, ale z pewnością przyszły) pisarz nie będzie w stanie takich tekstów konstruować. Nie miałem zamiaru wieszczyć straszliwego końca powieści lub całej prozy. Wszyscy wiemy, jak podobne prognozy zwykle się kończą. Pragnąłem jedynie zauważyć, podążając w ślad za Walterem Benjaminem, że coś się zmieniło i nie do końca wiadomo, co będzie. Benjamin pisze o relacji i wzajemnym oddziaływaniu malarstwa i fotografii, a także o muzyce i filmie, to jednak, co właściwie się zmieniło, o czym filozof niemiecki niebezpośrednio pisze, to ludzki aparat percepcyjny. Oko wpierw zmienia sposób patrzenia z malarskiego na fotograficzny, a wnet na filmowy. Wraz z wynalezieniem fonografii muzyka coraz bardziej znika w tle lub zmienia się w szum tracąc właściwą sobie, ze względu na asemantyczność, niezwykłą i nadzwyczajną aurę niepowtarzalności. Słuch jednak dla większości ludzi nie jest wiodącym zmysłem, tym odpowiedzialnym za konstruowanie oglądu świata – najczęściej, nie na darmo mowa o „oglądzie”, jest nim wzrok. Mówiąc bez wnikania w głębokie struktury i szerokie przykłady – to wzrok determinuje sposób prowadzenia narracji w powieści, a raczej sposób widzenia autora fizycznego determinuje sposób przedstawienia świata w utworze. Podam przykłady, które wydają mi się najbardziej ilustracyjne – proza Dickensa czy Turgieniewa ma charakter malarski, opisy są jak wzięte z landszaftów, akcja dzieje się w podobie do malarstwa rodzajowego, wszystko się toczy, jak gdyby oglądać cykl malarski; Zola dla przykładu to właśnie fotografik, który przedstawia panoramę wykonaną metodą długiego naświetlania kliszy i obejmuje w sposób bardziej dynamiczny i doskonale bardziej szczegółowy od malarstwa to, co przedstawione; Proust zaś skupia się na chwili, na zatrzymanym na fotografii momencie, pokazuje wspomnienia, jakby przeglądał album ze zdjęciami; Steinbeck reprezentuje natomiast trzecią możliwość, film, jego oko jest okiem kamery, sprawnie operowanej, która chwyta i rejestruje ruch i dynamikę w każdej jej barwie i odcieniu, przyciemnia i wyjaśnia to, co uznaje, w przeciwieństwie do malarstwa i fotografii nie podkreśla swych ram i swej umowności, pretenduje do roli arbitralnego i niezależnego sędziego. Wydaje się, że w każdej z Ingardenowskich warstw dzieła (choć niektórzy mówią, że to przedawniona teoria, na ten użytek sama klasyfikacja warstw tekstu wydaje się najbardziej przydatna) odbija się, bliższym lub dalszym echem, czysto wzrokowy sposób postrzegania i jego modele. Zmiany patrzenia mają charakter procesualny i odbywają się ciągle, stale. Nie staram się nikogo przekonać, że tak rzeczywiście jest, podaję swoje wrażenia i refleksje. Pozostaję w przeświadczeniu, że to, co oczom najczęstsze, a co nie jest widokiem naturalnym, to modeluje ekspresję w sztukach, szczególnie w literaturze. Spójrzmy jednak na pierwsze filmy, czyż nie mają rozdziałów jak dobra, tradycyjna powieść? Istotnie tak jest, a ja dodam, że stało się tak dlatego, że do takiego sposobu nawykli byli ówcześni reżyserowie. Gdy film wziął górę, koleje się odwróciły i to książki jęły przypominać obrazy srebrnego ekranu.

Cóż dziś bierze górę? Medium wirtualne – komputer, Internet, strony, przeglądarki, hiperłącza, pulpity, interfejsy, itd. W to głównie wpatrzony jest dziś człowiek, zarówno w pracy, jak i dla rozrywki. Wiele osób włącza telewizor „aby brzęczał” i zwyczajnie nie ogląda, czasem jeno zerkając, odrywając wzrok od monitora komputera, urządzenia mobilnego. Wciąż jednak film dominuje w sposobach przetwarzania doświadczenia i sporo czasu jeszcze minie, nim całkowicie się to zmieni, a możliwe, że w ogóle inne sposoby nie zyskają hegemonii, a współistnieć będą jedynie z patrzeniem filmowym. Co pojawia się w sposobach postrzegania dzięki, a może z winy świata wirtualnego?

Zobaczmy przykład, zapewne zbyt jaskrawy, ale pewnie każdemu z użytkowników Internetu coś podobnego się nie raz zdarzyło: weźmy na to, że włączam komputer jedynie po to, aby sprawdzić przepis na śledzia w śmietanie. Wpisuję w Google, silnik wyszukuje, jest link do Wikipedii, hasło „śledź w śmietanie”, klikam link. W trakcie czytania moją uwagę przykuwa atrakcyjny niebieski napis „śledź”, klikam hiperłącze, czytam stronę o śledziach, ale szybko mi się nudzi, a wpadł mi w oko równie niebieski napis „Morze Bałtyckie”, no to jedziemy, a stamtąd dalej „wojny o dominację w basenie Morza Bałtyckiego”  „wojny polsko-szwedzkie”  „Szwecja”  „Lasy regionu Norrland”  „gospodarka leśna Szwecji”  „przemysł drzewny i tartaczny”  „leśnictwo w USA”  „Dakota Północna”  „j¬okes about american states in Family Guy series/category: Peter’s North Dakota promo video”. Nie poznałem przepisu na śledzia w śmietanie, znam za to chwytliwy slogan „North Dakota, we are not even the best Dakota” i spędziłem przy komputerze 3 godziny czytając różne bzdury. Brzmi znajomo? No pewnie. Przy nieco większej koncentracji pootwieram tylko dziesięć nowych kart, żeby zostawić sobie na później ciekawe strony, których i tak nie przeczytam. Ten model postrzegania widoczny jest w trendach czytelniczych – pozwoliłem sobie, z pełną świadomością wadliwości metody, przeprowadzić ankietę wśród czytelników, którzy z pewnością od dziecka posługują się, jeśli nie Internetem, to komputerem i telefonami mobilnymi. Na próbie 500 osób między 15 a 20 rokiem życia wynik potwierdził moje przeczucia – powieści niepodzielone na wartkie, interesujące i przede wszystkim możliwie najkrótsze rozdziały trudniej poddają się lekturze od tych dobrze i drobno posiekanych. Można zrzucić ten wynik na karb niskiego doświadczenia czy wykształcenia czytelniczego, jednak mniemam, że istotnie stoi za tym coś więcej. W odpowiedzi na ostatnie pytanie ankiety, co ze współczesnej literatury „dobrze się czyta”, królowała „Sońka” Karpowicza (polecam zapoznanie się), której rozdziały są jedne z najkrótszych, jakie kiedykolwiek widziałem.

Przełoży się to również na pisanie. Literatura eksperymentalna, dla przykładu „Gra w klasy” czy wczesnointernetowy fenomen liberatury, jak mi się wydaje, nie odpowiadają na zachodzące zmiany. Były to bowiem, w mej ocenie, próby podejmowane w geście awangardowym, wyprzedzające i zwiastujące nadejście nowego, zdecentralizowanego i zdekoncentrowanego sposobu czytania i pisania. Nowa powieść, która na naszych oczach przebijać się będzie do świata literatury, której pierwociny wyda z siebie pokolenie dzisiejszych osiemnastolatków, która kiedyś osiągnie pełnię, może w pokoleniu dzisiejszych przedszkolaków, może to przyszłość pisarzy wciąż nienarodzonych, nie będzie w żaden sposób eksperymentem ani awangardą – będzie odpowiedzią na biologiczne zmiany w aparacie postrzegania, narracją o świecie hiperłączy pisaną człowiekiem i przez człowieka, dla którego świat jest pulpitem w urządzeniu multimedialnym.

Znów pora zadać pytanie – na co się to wszystko składa? Co ma niedokończoność w świecie fizycznym wspólnego z hiperłączowym charakterem częściowo współczesnej, ale i przyszłej literatury? Kluczem jest zmiana, która już zaszła, istotą zaś różnica między niedokończonymi budowami domów poprzednich pokoleń, a moimi (naszymi?) rozgrzebanymi robotami.

Zaznaczałem w zamknięciu każdego z początkowych zbliżeń, że poza wszelkimi innymi aspektami jest jeden, najważniejszy dla tego tekstu. Pora go nazwać, jest to n i e k o n s e k w e n c j a. Prawdą jest, że każdy niemal przypadek rozbabranej budowy, remontu, jakiejkolwiek roboty, ma swoje wytłumaczenie w rzeczywistości społeczno-ekonomicznej. Przypuszczam, że każdy ma takiego wujka, który zaczął coś kiedyś, czego nie zakończył i niezależnie od przyczyny rzeczywistej w jego narracji zawsze pojawia się jakiś „zbieg okoliczności”, „nieszczęśliwy traf” itp. Nie zamierzam produkować tu sądów w rodzaju: „wszystko zależy od woli człowieka”, jednak trudno oprzeć się pokusie, że w każdym niemal przypadku niedokończoności aspekty społeczno-ekonomiczne tylko przykrywają niekonsekwencję. Inwestorowi zwyczajnie brakło sił na dokończenie dzieła. Czy ja (my?) mamy jakieś swoje przykrywki dla naszych rozgrzebanych projektów? Czy ich w ogóle poszukujemy? Czy potrzeba nam usprawiedliwiać porzucenie dzieła przed nami samymi?

Moja propozycja odpowiedzi jest następująca: nie. Mówię zupełnie szczerze, że wszystkie poprzednie 11 tekstów porzuciłem w połowie albo za połową, czasem o krok przed metą z własnej nieprzymuszonej woli i żadne okoliczności na to nie wpłynęły. Czy roboty w ogródku porzuciłem z powodu grzmotów, piorunów i deszczu lipcowej burzy nade mną? Również nie. Wziąłem się za co innego ot tak, z ochoty. Brak w tym wszystkim konsekwencji. Świat poniekąd działa już (dla nas?) na zasadzie hiperłączy. Skaczemy z karty na kartę, z linku do linku, otwieramy 11 kart w przeglądarce naszych realnych zadań. Wychodząc z szopy z narzędziami z widłami, aby nimi przerzucać siano z miejsca na miejsce, zauważam chybotliwą klepkę w płocie, i zamiast skończyć najpierw z sianem, wbijam widły w ziemię, żeby przypominały mi o sianie i idę do warsztatu po gwoździe i młotek do naprawy klepki.

To jest jednak dopiero połowa różnicy między naszym dzisiejszym rozgrzebaniem roboty, które widać na każdym kroku, a tym, które cechuje pokolenia dawniejsze. Wyobraźmy sobie Ojca rodziny, mężczyznę rocznik 1956. Gdy jemu zabraknie konsekwencji w realizacji jakiegoś planu, nigdy do niego nie powróci: wanna nie stanie się jacuzzi, bo pompy się nigdy nie podłączy, a kran na wodę z filtrów zawsze pozostanie suchy. Ten brak konsekwencji nie wynika z (mimowolnego) patrzenia na świat, jak na sieć linków o różnej atrakcyjności – z niego bierze się współczesna niekonsekwencja, tu natomiast moderatorem jest los, którego obarczy się winą za każde niepowodzenie. Istnieje plan, którego należy się trzymać, a każde odeń odstępstwo wieszczy katastrofę. Otóż właśnie – niegdysiejsze porzucenie roboty jest niepowodzeniem. Czy u mnie też tak to działa? Odłożone na bok teksty nie są nieudanymi przedsięwzięciami, przeciwnie, kiedyś doprowadzę je do końca, a póki co czekają „spuszczone do paska zadań”. Gdzieś po drodze, dzięki (mimowolnemu) przestawieniu się torów myślenia z linearnych na sieciowe, znika przymus konsekwencji. „Zrobić coś porządnie, od początku do końca” nie oznacza koncentracji na jednym zadaniu przez wszystkie fazy. Postępowanie podyktowane jest ochotą, a co najwyżej i terminem ukończenia (stąd wielka motywacyjna siła deadline’ów). Niepowodzenie pojawia się wówczas, gdy efekt jest niezadowalający, nie wtedy, gdy zarzuci się projekt na jakiś czas. Plan istnieje na sposób propozycjonalny lub wręcz życzeniowy; czasem pojawia się, lecz nie bywa stosowany.

Skoro odkryłem już wszystkie karty swoich refleksji, czas zajrzeć w karty ewentualnego oponenta. Można zatem zarzucić powyższym wizjom, że przystawiam do siebie i porównuję przedsięwzięcia, inwestycje i prace niewspółmiernych rozmiarów. „Gdzież tam machaniu piórem czy widłami do rzeczy tak poważnej, jak budowa domu” – słyszę już głos krytyka, któremu natychmiast odpowiem, że miałem już przyjemność poznać młodego człowieka, który budowę domu zarzucił na półtora roku, żeby pieniądze, które inaczej wydałby na wykończenie, wydać na podróże. Zgrozy w rodzinie było niemało, ojce i dziady rzeczonego nie mogły tego zdarzenia przeżyć (mieniły sobie bowiem przerwę w budowie domu za klęskę). Pytanie drugie: czy istotnie problem wynika wyłącznie z hiperłączyzacji percepcji? Z pewnością wiedzie ona prym, lecz, czemu z braku miejsca poświęcę tylko tu pół zdania, przymus kreatywności odgrywa tu równie istotną rolę. Odnoszę bowiem wrażenie, że kreatywność, w sposób w jaki nauczana jest na wszelkich kursach, i w szkołach, plasuje się na przeciwnym biegunie wobec konsekwencji. Nie na darmo mowa o „burzy mózgów”, nie zaś o ich regularnej i spokojnej pracy. Kreatywność jest w moim mniemaniu cechą, która wycelowana jest w swoisty rodzaj działalności. Kontynuuję każdą z rozpoczętych przeze mnie robót, gdy mam akurat pomysł na to, co zrobić dalej. Gdy pomysłu mi brak, praca leży i na niego czeka. Wynikająca z hiperłączyzacji oglądu rzeczywistości oraz przymusu kreatywności n i e n k o s e k w e n c j a jest w istocie p e r m a n e n t n ą d o r a ź n o ś c i ą, czyli takim sposobem prowadzenia każdej pracy, w którym zadania przeplatają się ze sobą w czasie, w którym zadanie ma charakter całkowicie p ł y n n y, niestały. Rytm wyznaczony przez zrealizowane od początku do końca zadania i następujący po nich odpoczynek znika. Istnieje bank zadań i każde ma swój termin (nawet nieokreślony termin jest jakimś terminem), natomiast czas pracy, nazwijmy to dla przykładu ośmioma godzinami spędzanymi od poniedziałku do piątku w biurze, wypełnia chaotyczne, zapewne mniej ekonomiczne od koncentracji na jednym zadaniu, prowadzenie wielu niezwiązanych ze sobą zadań do nieuchronnego celu.

Jest być może tylko stereotypem w szerokiej skali przeświadczenie, że niegdyś pracowano w sposób uporządkowany, a osiemdziesięciokilkuletni rzemieślnik, którego dane jest mi znać osobiście, który pracując nad jednym krzesłem wykonuje tylko je i nie robi nic innego, nic na zapas (choć mógłby np. wytoczyć od razu nogi dla dziesięciu krzeseł, nie dla jednego tylko), jest wyjątkiem. Wydaje mi się jednak, że istotnie, wskazane przeze mnie w szkicowy sposób różnice między najnowszą, a dawną (choć współobecną pokoleniowo) niekonsekwencją pracy; między niepowodzeniem i permanentną doraźnością; między stałym i płynnym charakterem pracy; filmowym i multimedialnym (hiperłączowym) sposobem postrzegania i przetwarzania rzeczywistości, nie są jedynie teoretycznymi propozycjami. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszystkie konkretne aktywności zawodowe wpasowują się w opisany powyżej model, jestem jednak pewien, że dla znakomitej większości jest to model wiodący.

Redagowała: Natalia Rojek

Grafika:

Marcin Matuszewski

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

mikropolityka

mikropolityka

mikropolityka