Data:2017-10-01
Wyświetleń:3201

Listonurek miejski
Wojciech Sadawa

Gdy zaczynałem swoją pracę w firmie p.p.u.p. Poczta Polska, to były trochę inne czasy, trochę inny świat. Zaczynałem w epoce przedkomórkowej, przedinternetowej, przedfejsbukowej. Polska nie należała jeszcze a do struktur Unii Europejskiej. Bezrobocie szalało, panowały bieda i poczucie beznadziejności – dotykały właściwie wszystkich, z którymi dane było mi żyć. O dziwo, ja jakoś się odnalazłem. Znalazłem pracę na pół etatu w systemie dwuzmianowym w Poczcie Polskiej jako tzw. konwojent manipulacyjny. Chodziło o to, że wraz z kierowcą i wartownikiem, pod bronią, jeździłem w konwojach pocztowych w trasę – od placówki pocztowej do placówki pocztowej. Zabierałem lub też przywoziłem worki z listami oraz paczki pocztowe.

Najgorszy był dla mnie ten dwuzmianowy system pracy. Miałem stawiać się o 6 rano na 2 (dwie!) godziny pracy, a następnie na 14, też na 2 godziny. Jakoś zaaklimatyzowałem się w strukturach UP Radomsko, dobrze pracowało mi się z kierowcami oraz paniami z ekspedycji. Panowała tam wtedy przyjemna atmosfera, co dla mnie, jako młodego pracownika, było czymś naprawdę ważnym. Chociaż pieniądze były, patrząc na to z dystansu, marne, żeby nie powiedzieć bardzo marne, to dla mnie co innego się wtedy liczyło: ta satysfakcja, to poczucie spełnionego obowiązku. Nie wiem, może wszyscy młodzi pracownicy i stażyści także i dziś na początku swej „kariery zawodowej” odczuwają to, co i ja wtedy. Nie przeszkadzało mi to, że niekiedy, szczególnie popołudniu, zostawałem dłużej w pracy. Takie pojęcie jak „nadgodziny”, do tego płatne, nie istniało w moim słowniku. Zapewne jest to wpływ rodziców, którzy od zawsze wpajali mi „etos pracy”, tłumaczyli, że "praca jest najważniejsza!". I praca rzeczywiście stała się najważniejsza. Zasłoniła mi wszystko. Tak zwane „utożsamienie się z firmą” było w moim przypadku absolutne. Tak to wtedy czułem, tak to wtedy przeżywałem.

Nagle po około dwóch latach mojej pracy na ekspedycji nadeszła tzw. „restrukturyzacja”, czyli likwidacja konwojów oraz zmniejszenie liczby etatów. Przerzucono mnie na listonosza, tym razem na 0,7 etatu. Bycie „panem listonoszem” to zupełnie inna historia. Stałem się nim, jeździłem na rowerze rozwożąc listy po przedmieściach i okolicznych miejscowościach wokół Radomska. Jeden zasadniczy plus tej sytuacji był taki, że nie musiałem się dwa razy stawiać do pracy jednego dnia.

Jako listonosz, pracownik Poczty Polskiej, poczułem, co oznacza pełna eksploatacja mnie i mojej wrażliwości. Moje spojrzenie na otaczających mnie ludzi i zmieniający się świat zaczęło ulegać przemianie. Co prawda miałem pracować na niepełny etat, czyli mniej niż 8 godzin dziennie, ale zawsze wychodziło więcej, zawsze byłem w pracy dłużej niż wymaga tego Kodeks Pracy. Co miałem poradzić? Niekiedy się nie wyrabiałem. Przychodziło tyle listów, tyle przekazów, że nie dało rady ich rozwieźć przez te 8 godzin. A najgorsze było to, że po skierowaniu na inny, nieznany rejon, to chociaż wcześniej uczył cię starszy listonosz, który dany rejon już znał, to i tak idąc sam byłeś skazany na siebie. I musiałeś sobie sam poradzić ze wszystkim. Wielokrotnie było tak, że pracując na nieznanym rejonie, pracowałem po 10-12 godzin i wracałem półżywy. Nie dość, że nie dostawałem żadnego wsparcia od przełożonych, to jeszcze za ten dodatkowy czas pracy nie dostawałem ani złotówki.

W tym wszystkim najgorszy był stres. Nerwowa atmosfera, ciągła gonitwa, ciągły pęd nie wiadomo do czego... Ci ludzie, z którymi pracujesz i ci na zewnątrz, na rejonie. I to ciągłe "coś", jakby zawsze było coś nie tak. Jakieś urojone pretensje, niewypowiedziane wprost, ale dające się wyczuć. Musiałem stale między nimi lawirować.

Czy nosząc ten bagaż emocji, myśli i słów miałem się nie zmienić?

Po części w pewnej chwili praca mnie zdehumanizowała. Stałem się jakby „nieprzemakalny”, zamknąłem się w sobie. Byłem pracownikiem, listonoszem Poczty Polskiej. Takim wyrobnikiem, który pracuje od świtu aż do momentu, kiedy nie zakończy wszystkich zadań, nie wyda wszystkich listów, nie wypłaci wszystkich przekazów i nie zjedzie ze swojego rejonu. Stałem się jakby niewolnikiem.

Moje życie osobiste umarło, nastała głęboka samotność. Paradoks polegał na tym, że pracując pośród ludzi i otaczając się nimi zewsząd, byłem absolutnie sam. Sobota i niedziela służyły tylko po to, abym mógł odespać morderczy tydzień ciężkiej pracy. A i tak najgorsze dla pocztowców, listonoszy i dzielaczek są niedzielne wieczory. Zarówno ja jak i wielu znajomych mi listonoszy dostawało wtedy ataku stresu, ogarniał nas niekontrolowany niepokój. Co to będzie w pracy w poniedziałkowy ranek? Zawsze to, co zwykle. Niewyobrażalne ilości listów poleconych, listów zwykłych i "gabarytów". Poniedziałki zawsze niosły ze sobą stres, który bardzo mocno odbijał się na psychice mojej i moich kolegów. Niewiele mogliśmy zrobić, aby to w jakikolwiek sposób zmienić.

Stres, wyzysk, przemęczenie i brak nawet zaplanowanych urlopów powodowały, iż ludzie po prostu nie dawali rady. Nadal nie dają, mają dosyć, ale zaciskają zęby i pracują. Wielu moich kolegów jest już starymi pracownikami. To właśnie na nich opiera się Poczta Polska S.A. Co mają począć, skoro zostało im tylko parę lat do emerytury? Oczywiście o ile wcześniej nie wylądują na rencie chorobowej... Gdzie pójdą do pracy? Kto ich zatrudni w ich wieku? Stali się oni jakby zakładnikami tej firmy. I żyją tak, jakby świat zaczynał się i kończył w Poczcie Polskiej. Smutna konkluzja, ale prawdziwa.

Odszedłem z pracy za porozumieniem stron po pełnych 16 latach. Dzięki swojej ciężkiej pracą nad sobą wyzwoliłem się z tamtego stanu psychicznego. Przestałem być niewolnikiem. Zawsze pragnąłem czegoś więcej i wciąż pragnę.

W kapitalizmie los człowieka pracy, proletariusza, prekariusza, pracownika najemnego nie jest wesoły. Jest tylko smutną konsekwencją tego systemu.

Dobryszyce dnia 17.09.2017 r.

Redagowała:

Natalia Rojek

Grafika:

Marcin Matuszewski

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

felietony

mikropolityka