Data:2017-10-15
Wyświetleń:692

Zwykły nosiworek
Rafał Czerski

Zatrudniłem się na Poczcie trzynastego maja 2014 roku. Długo starałem się o pracę listonosza. Sądziłem, że w państwowej firmie będzie spokojnie, to znaczy, że w miejscu pracy będą przestrzegane prawa pracownicze albo przynajmniej prawa człowieka. Marna pensja, ale wezmę listy w rejon i święty spokój. Atmosfera bywała przyjemna, ale dla mnie taki nastrój był wyjątkiem. W momencie, kiedy dostałem umowę na stałe, zacząłem walczyć o swoje prawa. Różnie to było odbierane przez kadry kierownicze i samych pracowników. Starzy listonosze są już blisko emerytury i często nie opłaca im się zmniejszać rejonu. Większość z moich współpracowników nawet gdy miała taką możliwość, nie zrobiła tego. Wiadomo: większy rejon, większe obrywki. Byłem listonoszem-skoczkiem, to znaczy, że jako zastępca innych listonoszy jeździłam po prawie całym powiecie wołomińskim wtedy, kiedy oni byli na urlopach lub zwolnieniu.

Nie podobało mi się, że próbowano oceniać tak samo pracę skoczka, jak listonosza, który zna rejon od lat. Nadmiar materiału do rozwiezienia był tak duży, że nie sposób było dostarczyć wszystko w 8 godzin. Szybko przestałem mieć kolegów, bo starałem się pracować te osiem godzin. Za nadgodziny nikt nam nie płacił.

Przez kadry kierownicze również nie byłem za bardzo lubiany, bo nie wszedłem w żaden wewnętrzny układ, unikałem kolesiostwa i miałem czelność upominać się o swoje prawa pracownicze.

Nosiliśmy ulotki, za które nam nikt nie płacił. Sprawdzaliśmy stan liczników gazowych w pierwszym okresie, nie widząc za to ani złotówki. Podobnie było ze sprzedażą słodyczy i zniczy. Kadry kierownicze za każdą taką akcję dostawały niemałe pieniądze, a my niejednokrotnie dokładaliśmy z własnej kasy do planów sprzedażowych. Niestety, ale byliśmy też szantażowani zwolnieniem, jeśli nie zgadzaliśmy się na durne plany sprzedażowe.

Jest problem z urlopami. Jesteśmy przeciążeni. Pracujemy bezpłatnie (najczęściej, bo nie we wszystkich placówkach) w nadgodzinach. Często z okresu ponad roku, dwóch lat, nadal są niewykorzystane urlopy w okręgu, ponieważ jest za mało ludzi. Dziś ty pójdziesz na zwolnienie, jutro ściągną kolegę z urlopu.

Pracodawca zmienia zasady. Dziś paczka nie nazywa się paczka, dziś to list polecony gabarytu B. Używamy własnych rowerów. Nie mamy jak zabezpieczyć przesyłek. Często ktoś je kradnie. Zapłaciłem 130zł za niby zgubioną przesyłkę. Pracodawca zgodnie z prawem nie ma prawa narażać mnie na straty finansowe. Płaczemy i płacimy. A czasami dorzucamy się do planów sprzedażowych, bo wszystkim przecież zależy na Poczcie. Dwa lata temu naczelnicy przeprowadzali zbiórkę po około 100-300zł od pracownika w zamian za słodycze. Plan wykonany. I tylko pasożyty syte od tych słodyczy.

Pracodawca wypowiedział mi umowę z dniem 30 czerwca. Uważam, że niesłusznie, więc moja sprawa jest w sądzie. Praca listonosza podobała mi się, ale całe te groźby i krzyki stosowane przez pracodawcę, te wszystkie kasty na poczcie, zniechęciły mnie do tego zawodu. Kiedyś listonosz to był ktoś. Dzisiaj to zwykły „nosiworek”, często nieszanowany przez ludzi, a przede wszystkim przez pracodawcę.

Redagowała:

Natalia Rojek

Autor grafiki:

Marcin Matuszewski

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

teksty historyczne

mikropolityka

polityczno-filozoficzne