Data:2017-10-28
Wyświetleń:1275

Walka także o ulice. O polityce historycznej w rocznicę rewolucji październikowej
Weronika Pazdan

6 listopada to data, która przypomina, że najwyższy czas postawić polskie elity pod tablicą i odpytać z historii. Wyciągnąć na tapetę dziki antykomunizm i krzyknąć „Hańba!” nie tylko do faszyzujących przedstawicieli PiS-u, ale do wszystkich, którzy skrzywili polską pseudodemokrację w prawo, wygryźli i zdemonizowali historię lewicy, pozbawili ludzi godności, ograbili ich i zdehumanizowali. Panie Balcerowiczu, liberalne ciamajdy, reżyserowie-ignoranci, polska popkulturo, zwolennicy „prawdo-pośrodkizmu”, nieudolni wyzwoliciele, przedsiębiorczy zbawcy narodu – hańba! Za wpuszczenie nacjonalistów do głównego nurtu i (leżące w liberalnych tradycjach) oddanie im platformy politycznej, za szaloną prywatyzację i reprywatyzację, za konsekwentne pozbawianie ludzi dachu nad głową. Za przyzwolenie na umowy śmieciowe.

Za dekomunizację, będącą żałosną próbą całkowitego wymazania tradycji robotniczych z historii Polski; za wykorzystanie bogoojczyźnianej tradycji do uciszenia rosnących żądań robotniczych, za ich konsekwentne pomijanie. Za to, że nie mieszczą się w waszym wyidealizowanym modelu rynkowym, gdzie to ludzie podporządkowani są wielkim zyskom transnarodowych korporacji. Za złożone mi, biseksualnej kobiecie, fałszywe obietnice emancypacji. Za zamknięcie wszystkich naszych walk w sztywnym, brunatnym kontekście narodowym. Za krzywdząco ciasną listę osób tworzących społeczeństwo polskie i za wciąż powiększający się „margines”.

Z punktu widzenia którejkolwiek współczesnej polityki historycznej rocznica rewolucji październikowej jest wydarzeniem kłopotliwym. Zaczynając od „cywilizowanej” i zachodniej, mającej na celu podtrzymać neoliberalną hegemonię, kończąc na polskiej, antyemancypacyjnej i prawicowej (od niedawna skrajnie prawicowej). Ciężko wyobrazić sobie sytuację, w której dla scentralizowanego globalnego kapitalizmu możliwe jest podtrzymywanie tradycji wydarzenia decentralizującego fałszywy twór narodowy i redukującego rolę władzy kapitału. Stąd wszystkie próby zdegradowania rewolucji bolszewickiej do miana chociażby „przewrotu” czy zauważalna w literaturze walka z samym słowem „rewolucja” pod pretekstem rzekomego braku „czynnika społecznego”. Skrajną postacią takich pozornych drobnostek językowych są wszystkie pseudonaukowe, zakłamujące historię, publikacje pokroju rozsławionej w centroprawicowych kręgach „Czarnej księgi komunizmu”. Zmanipulowane próby wyliczenia ofiar mają jasno określony cel – udowodnić społeczeństwu, że „nie warto” i umieścić bunty wyzyskiwanych pracowników w kategorii moralnie złych.

Takie działania mają dwie płaszczyzny. Pierwszą z nich jest zacieranie tradycji robotniczych. Drugą, równie ważną, jest konieczność znalezienia substytutu, która powstaje pod wpływem stopniowej eliminacji bohaterów i bohaterek radykalnej lewicy z historii powszechnej głównego nurtu. Przedstawiciele strajków robotniczych, antyfaszystowskie bojowniczki, feministki czy krytykanci imperializmu ulegają stopniowemu wypieraniu z przestrzeni publicznej. Nikt nie pisze ich biografii, nikt nie nazywa ulic ich imionami, nie powstają wznowione wydania ich dzieł, a literatura na ich temat kurzy się na półkach niszowych antykwariatów. Równocześnie rośnie liczba publikacji doszukujących się rzekomego drugiego dna działań wyzwoleńczych oraz ich rola jako głównych informatorów legitymizujących „przy okazji” bzdurne i coraz odważniejsze ustawy antykomunistyczne. Naturalną konsekwencją tego brutalnego i nieuprawnionego wydzierania ludziom ich przedstawicieli/lek jest oczywiście ryzyko deficytu wzorców postępowania i stawiania oporu, a tym samym konieczność zrekompensowania powstałych w wyniku takiej polityki strat. Stąd rosnąca na świecie popularność liberalnego wzorca „obywatelskiego nieposłuszeństwa” – buntowników zastępujemy ugrzecznionymi na te cele „pacyfistami” pokroju Gandhiego, którzy, jasne, mogli protestować – byle cicho, mało skutecznie i oczywiście non-violence. Niesie to za sobą oczywiste ryzyko wzrostu znaczenia nacjonalizmu, który, korzystając z niezamierzonej niepopularności „demokratycznych” autorytetów, uzurpuje sobie prawo do historycznego zbliżenia z klasą robotniczą.

Pozostajemy więc między młotem w postaci odrealnionych wzorców Obywatelskości, a kowadłem realnie groźnego nacjonalizmu – i raczej nic nie wróży zmiany. Od zawsze sympatyzująca z prawicą polska niby-demokracja czuje się coraz bardziej uprawniona do korzystania z afirmowanych przez neoliberalizm wzorców równania komunizmu z faszyzmem (na oczywistą korzyść tego drugiego) i wymuszania tym samym na radykalnej lewicy przyzwolenia na działania antyrównościowe pod groźbami zdelegalizowania Antify razem z ONR-em. Skutkiem tego są wszystkie absurdy polityki dekomunizacyjnej, której ofiarami padają też, ku mojemu ubolewaniu, mniej radykalne odłamy lewicy, pokroju partii Razem bojącej się „bolszewizmu” czy Krytyki Politycznej przeciwnej symbolowi sierpa i młota, legitymizującym tym samym pronarodową politykę PiS-u czy PO. Walka o przywrócenie współczesnej lewicy wartości musi się więc toczyć również na polu polityki historycznej poprzez odkłamywanie propagandy i determinację chociażby w aspekcie nazywania ulic. Stąd moja pochwała dla wszystkich inicjatyw takich jak „Łapy przecz od ulicy Dąbrowszczaków!”, nawet gdy pozornie wydają się mieć one małe znaczenie. Współczesna walka musi się toczyć nie tylko na ulicach – ale też o ulice.

Weronika jest członkinią Partii Socjaliści.

Redagowała:

Natalia Rojek

Źródło fotografii:

wikipedia, przedstawiona żołnierka to Marija Dolina

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

mikropolityka

polityczno-filozoficzne