Data:2017-10-30
Wyświetleń:3455

Poczta
Anonimowa pracowniczka

Zanim zaczęłam pracować na poczcie, pracowałam parę dobrych lat u „konkurencji”. Pracowałam jako doręczyciel obsługując różne miasta na terenie Śląska. Byłam już okropnie zmęczona i zniechęcona pracowaniem po 10-12 godzin dziennie, tym bardziej że miałam wówczas małe dzieci. Jedno z nich właśnie wtedy szło do pierwszej klasy i postanowiłam, że przeniosę się na pocztę, a właśnie nadarzyła się ku temu okazja.

Zmieniłam prace mając nadzieje, że polepszę swój los, czyli że będę pracować po 8 godzin dziennie, i będę miała wreszcie czas dla dzieci, rodziny, a oprócz tego miałam korzystać z różnych dobroci jakie poczta proponowała między innymi zapisałam się do ZZ "Solidarność", mając nadzieję że związek ten będzie bronił moich praw i interesów. Jakież było moje zdziwienie po przepracowaniu kilku miesięcy na poczcie, brutalnie krótko mówiąc - wdepnęłam w jeszcze większe gówno. Jak się okazało, praca nie polegała na 8 godzinnym dniu pracy, a zarobki były fatalne. Pracując u konkurencji zarabiałam 2000-3000 zł (z czego musiałam zakupywać paliwo na miesiąc pracy, więc na rękę otrzymywałam ok. 2000-2200zł), a na poczcie moja pierwsza wypłata wyniosła 1100-1200zł (2012 rok) a pracowałam jak wcześniej po 10-12 godzin. Byłam wściekła na samą siebie. Przeżyłabym tę wypłatę, gdybym pracowała po 8 godzin, bo miałabym wtedy czas dla dzieci.

Do poprzedniej pracy nie wróciłam, bo pokłóciłam się z szefem, no i w ogóle – było mi wstyd. Gdy pytałam przełożonych o nadgodziny - dlaczego nie mamy za nie płacone – to tłumaczono mi, iż pracuje w „zadaniowym czasie pracy”, czyli mam zadanie do wykonania na dzień i muszę je wykonać; widocznie jestem zbyt powolna i muszę szybciej chodzić. Jeszcze wtedy nie miałam pojęcia, co to jest „zadaniowy czas pracy” i na czym on polega, więc skuliłam ogon i pracowałam dalej. W roku 2013 Poczta Polska przegrała przetarg na „sądówki”. Wtedy bardzo szybko obliczono, że na każdym urzędzie w Polsce ma zniknąć kilka rejonów, taka likwidacja została wprowadzona z dnia na dzień. W 2015r. rozpętało się piekło, gdy poczta wygrała przetarg na odczytywanie gazomierzy, a następnie przetarg na wspomniane „sądówki”, a do tego doszła jeszcze spora część przesyłek, np. z Selgros czy InPost – to wszystko doszło do obowiązków listonosza (tak za darmo, bo listonosz ma po drodze), nie przywrócono mam rejonów, które utraciliśmy po przegraniu „sądówek” w 2013r., a wyniki obciążenia pracą w 2016 roku wyraźnie pokazywały, które rejony należą do przeciążonych. Wtedy zaczęłam czytać o swoich prawach, o tym, co to jest „zadaniowy czas pracy”. W naszym urzędzie często zgłaszaliśmy kierownictwu problemy z nadgodzinami - że są rejony przeciążone i nie dajemy rady. Kierownictwo to ignorowało, zwróciliśmy się nawet o pomoc do ZZ "Solidarność".

Początkowo wyglądało to obiecująco, przewodnicząca miała „dobre gadanie”, ale na tym się skończyło. Musieliśmy wziąć sprawy w swoje ręce. Napisaliśmy skargę do PIP [Państwowa Inspekcja Pracy]. Po kontroli przywrócono nam rejony i zatrudniono nowych pracowników. Po protestach zorganizowanych przez listonoszy z marca i kwietnia 2017r. sytuacja finansowa również uległa zmianie. Może nie są to duże zmiany, ale „coś tam” na lepsze, żałosne jest jednak to, że ten mały sukces przypisuje sobie na wyłączność ZZ "Solidarność", podczas gdy to my - szeregowi pracownicy - sami to wywalczyliśmy. Gdybyśmy nie wyszli na ulicę, do dzisiaj nic byśmy nie dostali, i smutne jest to, że zostali zwolnieni niektórzy z organizatorów protestów, osoby, które nas, szeregowych pracowników, miały odwagę reprezentować i mówić otwarcie o naszych problemach...

Redakcja: Jakub Polański

Grafika ze strony www. artuk.org

Losowe Artykuły

Coś jest źle

Coś jest źle

kultura

mikropolityka