Data:2017-02-15
Wyświetleń:370

Mamy moralne prawo do odebrania władzy rządowi
Wojciech Łobodziński, Sebastian Słowiński

Władza impertynencko lekceważy niezliczone protesty walczących o swoje prawa ludzi. Okrzyknięty ostatnio Pierwszym Człowiekiem w Polsce poseł Jarosław Kaczyński rozciąga swoją roszczeniowość wobec władzy do granic możliwości; politycy partii rządzącej głośno mu przytakują (ponieważ autorytarność jest jej fundamentem); opozycja parlamentarna ma związane ręce (ponieważ sama w swej strukturze i działaniach niewiele się różni), a wspierające ją ruchy — takie jak na przykład KOD — działają w granicach prawa, mimo że ludzie, których cele polityczne uświęcają środki, przekroczyli tę granicę już dawno (tak ci po stronie opozycji jak i ci w rządzie). Gdy wbrew poszanowaniu wolności blokuje się usta kobietom falliczną ustawą czy żenującym kompromisem, ateistom grozi „deportacja” (tak jak wcześniej przymusowe było uczestnictwo w katolickiej propagandzie), łamie się prawa do zgromadzeń na rzecz narodowych mszy smoleńskich lub pacyfikuje się górników, zastrasza się zagranicznych studentów swoją ignorancją lub gloryfikuje się rasistowskie bojówki, a rządowy dyskurs używa pojęcia „prawdziwego Polaka”, wszystko, co można było zrobić w granicach prawa, zostało zrobione (mimo oczywistej niechęci prawa do obywateli). Trzeba przetrzeć oczy — i koniec. Mamy moralne prawo do odebrania władzy rządowi w sposób nielegalny, czyli taki, który nie został przewidziany w neoliberalnej demokracji. Czymś druzgocącym jest czekanie na kolejne wybory, a przy tym uzupełnianie pustki między nimi manifestacjami lobbującymi potencjalną nową władzę. Nie o to chodzi.

Dlaczego prawo moralne?

Nawet gdyby Prawo i Sprawiedliwość uzyskało najwyższy elektorat w dziejach Polski, to polityka ich nie byłaby bardziej legitymizowana. Z konstytucyjnego punktu widzenia byłaby tak samo niemożliwa. Nie jest argumentem stwierdzenie, iż ta partia wygrała legalne wybory. Jest to jedyne pole, w którym wobec partii Kaczyńskiego (dalej nazywanego K.) możemy zastosować termin legalności. Każda inna czynność, polityczna aktywność i forsowane przez nią środki konstytuowania władzy za pomocą totalitarnych instrumentów jest zgoła niezgodna z prawem. Kodeksy są łamane nader często, zarówno teraz jak i wcześniej. Ale i to nie musi każdego przekonać, zwłaszcza iż nie jest to samo przez się bezwzględną prawdą, gdyż prawo można zmienić. Zmieni je oczywiście władza głucha na krzyk stłamszonego suwerena. Tak więc jedynym, co nam zostaje — gołym obywatelkom, obywatelom, ludziom żyjącym w kraju przemocy politycznej i raczkującej opresji policyjnej — jest prawo moralne. Niezgoda na zachowania rodem z najpotworniejszych okresów historii Europy, Ameryki Północnej, stalinowskiej Republiki Rad i choćby intuicyjna znajomość mechanizmów Zagłady stanowi przesłankę, na której oprzeć można swój gest przeciwko władzy. Tam, gdzie rodzi się faszyzm, rodzi się on za przewodnictwem Kapłana. Zwierają się siły, które będą gotowe pójść za nim w świat. My z kolei, póki jeszcze przysługują nam swobody umożliwiające zbudowanie sprzeciwu, faszyzm powinniśmy zatrzymać w zalążku. Prawem, którego instytucjonalny aparat państwa nie zawłaszczy, jest właśnie prawo moralne. Faszyzm jest ucieleśnioną frustracją, niemocą, bezradnością, wynikającą z potrzeby zmiany. A więc geneza faszyzmu nie jest faszystowska, bo wynika z kolektywnego poczucia pustki politycznej, ubezwłasnowolnienia. Działanie, o takim rodowodzie winno być kolektywne, aktywność destruktywna — wspólna, a nie przejęta przez ideologię implikującą faszyzm. Wspólnotowa destrukcja jest przyczyną egalitarnego konstruktywizmu.

Caratu nie zniosły dekrety, tylko moralne oburzenie ludu na poczynania władzy. Przeto, jak możemy wnioskować, prawo moralne, niebędące własnością państwa, posła K. ani dekretów, a także niebędące efektem apelów wygłaszanych z góry, jest jedyną nadzieją i przesłanką do antyrządowych działań. Niestety, aktywność antyrządowa jest kojarzona ze źle zrozumianym illegalizmem, którego celem, w legislacyjnym dyskursie, jest dziecinna destrukcja. Tak nie jest. Łamanie praw i schematów należy do fundamentów współczesnej politycznej myśli awangardowej, którego — owszem — celem jest faktycznie destrukcja państwa jako instrumentu przemocy i przyczyny wszelkiego zła. Gdyby krytyczna polityka opierała się tylko na tym jednym antydogmacie, to czymś bezsensownym stałaby się cała myśl tego ruchu, różne jego wizje i niezliczona bibliografia. Tak też nie jest. Zmitologizowana awangarda polityczna, ku zaskoczeniu niektórych, ma solidne fundamenty intelektualne. Wystarczy sięgnąć po kanoniczne teksty, traktujące o spółdzielczości, pozwalające na zredefiniowanie zarówno pojęć pracy jak i kapitału; tworzyć nowe, wielogłosowe, wielonarracyjne gazety; wystarczy przenieść dyskusję z papieru na żywą, nieakademicką dyskusję wśród nas samych i o nas samych. Na tym kolektywnym fundamencie budować trzeba sprzeciw wobec zastanego systemu, który nic już zgoła nie ma nam do zaoferowania.

Myśl człowieka nowoczesnego jest zaaprobowana różnymi wrażeniami ustrojowymi, demagogią systemu, spektaklu. Uwolnienie się ze szponów tych złudzeń wiąże się z ostracyzmem społecznym, nieproduktywnością etc. (nieraz słyszymy, że ci, co nie głosują, powinni milczeć — sami skądinąd uważamy dokładnie na odwrót), ale pozwala osiągnąć peryferyjną, bardziej niezależną perspektywę. Jeżeli uda się kiedyś na te peryferia przeciągnąć część ludzi, którzy świadomie lub nie tworzą państwo (lewiatana), to idea ta, konstrukcja wzniesiona i podtrzymywana czczymi paragrafami, definicjami ograniczającymi wolność, runie. Padały różnorakie ustroje, niech runie także ten najtrwalszy i najokrutniejszy: państwo.

Formy dążące do zniesienia państwa potrzebują świeżego powietrza. Jak Wokulski, o własnych siłach, bez żadnej pomocy, a wręcz z założeniem, że będą podkładać nam nogi, trzeba wyrwać się z reakcyjnych okowów, stawić czoła współczesnym terenom i wymaganiom. Nie sposób walczyć z nowymi wiatrakami mieczem ze skansenu. Zadanie, jakie stawia opozycji pozaparlamentarnej codzienność i utopizm, jest obciążone wielką odpowiedzialnością. Od naszego zaangażowania i form oporu zależy, niestety zabrzmi patetycznie, przyszłość. Ale wcale nie przyszłość narodu — idzie raczej o przyszłą rzeczywistość, której będziemy mogły spojrzeć z zadowoleniem w twarz. Jest to kwestia sporna czy jest taka przestrzeń możliwa do osiągnięcia, natomiast, jak mi się wydaje, nie wpływa to na środki, jakie należy przedsięwziąć. Czy walczymy o lepsze jutro, czy walka sama z siebie wytwarza cel (jest autoteliczna), a zmaterializowana utopia należy do sfery marzeń; odpowiedzi na te pytania są kwestią nieistotną (choć często, błędnie, braną za decydującą). Nie do nas należy formułowanie przyszłej rzeczywistości — to pozostawiamy naszym spadkobiercom, a sami zajmijmy się uprawą ziemi, na której możliwe będzie nowe społeczeństwo. Bez fundamentów największe i najszlachetniejsze pałace idei runą. Równościowa, konstruktywna edukacja i jeszcze raz edukacja, zaprawdę powiadamy.

Redagowała:

Natalia Rojek

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

mikropolityka

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne