Data:2017-12-06
Wyświetleń:1061

Alienacja
Florian Nowicki

„Opinia Bieżąca” poprosiła mnie o wypowiedź na temat alienacji pracy na przykładzie mojej własnej pracy, czyli operatora żurawia wieżowego. Pobudziło mnie to do rozmaitych refleksji, ale zanim zaprezentuję swoje przemyślenia ściśle operatorskie, muszę wyjaśnić mój ogólny stosunek do całej problematyki alienacji pracy.

Otóż sam termin praca wyalienowana sugeruje istnienie (choćby w odległej przyszłości) czegoś takiego, jak praca niewyalienowana. Taka też była intuicja Marksa. Sam jej nie podzielam, przy czym twierdzę, iż wyrażenie „praca wyalienowana” to masło maślane. Czy to oznacza, że kwestionuję przydatność samego pojęcia alienacji, tudzież że nie podpisuję się pod postulatem walki z nią? Otóż wcale nie. Uważam jednak, że określenia wyalienowana i niewyalienowana powinniśmy odnosić nie do pracy, ale do kategorii zakresowo szerszej: działalności ludzkiej.

Działalność ludzka może być wyalienowana bądź niewyalienowana. Niewyalienowana jest wówczas, gdy jej podejmowanie dyktuje nam nasza własna indywidualność/osobowość, zatem działa, gdy autentycznie się samorealizujemy. Natomiast określamy ją jako wyalienowaną wówczas, gdy do jej podejmowania zmuszają nas okoliczności/konieczności (w stosunku do naszej indywidualności), czy to „przypadkowe”, czy zewnętrzne (np. przymus ekonomiczny). Alienacja jest zatem przeciwieństwem samorealizacji. Działając, albo się realizujemy, albo się alienujemy, czyli albo się eksterioryzujemy (uzewnętrzniamy, wyrażamy naszą indywidualność), albo robimy coś obojętnego, „obcego” (sobie samym). Trzeba to nieco uściślić. Bo przecież nasza własna osobowość może nam dyktować podejmowanie – w określonych okolicznościach – działań, które nie odpowiadają naszym zainteresowaniom, w szczególności może dyktować nam podejmowanie działań, które (w danych okolicznościach) uważamy za moralnie słuszne, zgodne z naszymi przekonaniami, a mimo to „obce” naszej indywidualności (np. może nas zmusić do wzięcia udziału w jakiejś słusznej wojnie, choć zabijanie ludzi budzi naszą odrazę). Działalność niewyalienowaną (samorealizację) definiowałbym zatem jako działalność nie tyle dyktowaną nam przez naszą osobowość, ile dyktowaną nam przez – zakorzenione w naszej osobowości, czy interferujące z jej istotnymi „składnikami” – zainteresowania przedmiotowe.

Praca jest działalnością wyalienowaną par excellence, ponieważ, w tej mierze, w jakiej jest ona pracą, podlega imperatywowi społecznej użyteczności i ekonomiczności – i dlatego nie podlega prawu eksterioryzacji. Pracując, wytwarzamy/oferujemy coś, czego forma jest z góry (z zewnątrz) dana, „gotowa” przed naszym przystąpieniem do pracy (zdeterminowana przez istniejące potrzeby i istniejące środki ich zaspokajania) – i dlatego nie ma tu miejsca na eksterioryzację, czyli samorealizację. I nie pomoże tu żadne uspołecznienie środków produkcji ani intelektualizacja pracy (jako hipotetyczny efekt tzw. rewolucji naukowo–technicznej). Walka z alienacją to zatem walka o maksymalne skrócenie czasu pracy, czyli czasu naszej alienacji. Uspołecznienie środków produkcji dopomoże nam w planowym skracaniu czasu pracy (i o tyle przysłuży się sprawie walki z alienacją), ale nie sprawi, że zaczniemy się utożsamiać z produktami naszej pracy i naszymi – powołującymi je do życia – czynnościami.

No, dobrze – czas przejść do obiecanych refleksji, uwzględniających specyfikę zawodu operatora żurawia. Chyba nie zdradzę wielkiego sekretu ujawniając, iż wykonuję tę pracę dla pieniędzy – nie zaś dlatego, że owładnęła mną pasja budowania, tudzież interesuję się urządzeniami transportu bliskiego, albo fascynuje mnie praca na wysokościach. Nie wykluczam, iż w gronie operatorów żurawi mogą się trafić osobniki interesujące się maszynami, które obsługujemy, tak jak w naszym społeczeństwie istnieją osobniki interesujące się motoryzacją, dla których samochód to nie tylko środek transportu, ale również pasja, styl życia itd. Jednak nie zaliczam się do takich pasjonatów, a nawet gdyby taka pasja tkwiła u źródeł mojego wyboru zawodowego (choć wcale tak nie było), żmudna i nudna praca operatora żurawia, polegająca na powtarzaniu wciąż tych samych czynności, prawdopodobnie wybiłaby mi z głowy takie hobby.

Alienacja ludzkiej działalności ma różne oblicza, towarzyszą jej różne stany psychiczne. Zastanówmy się zatem nad tym jej obliczem, z którym ma do czynienia operator żurawia.

Jak już wyznałem, materialna treść pracy operatora (czy ogólniej: pracy budowlańca) kompletnie mnie nie interesuje. Interesuje mnie jednak moje własne samopoczucie w trakcie jej wykonywania. Może być ono lepsze bądź gorsze. Jest złe wówczas, gdy daje mi się we znaki stres, a także, gdy w formach komunikacji (głównie radiowej) między hakowymi/sygnalistami a mną nie dopatruję się kultury osobistej. Gdy byłem operatorem początkującym, stres towarzyszył mi na okrągło. Nie był może silny, jednak uporczywy (odczuwałem go również w chwilach przestojów; a może to właśnie w nich odczuwałem go szczególnie intensywnie?). Kryła się za nim nie tyle obawa, że może dojść z mojej winy do jakiegoś wypadku, co raczej niepewność odnośnie tego, jak oceniają moją pracę ci na dole, czy w ich oczach jeżdżę wystarczająco szybko i płynnie. Wraz z nabieraniem przeze mnie doświadczenia, stres zaczął ustępować nudzie. Ściślej rzecz ujmując, nuda towarzyszyła mi od samego początku: stres od niej nie uwalnia, a co najwyżej modyfikuje sposób jej odczuwania. W zawodzie operatora nuda bez stresu jest możliwa, ale stres bez nudy już nie. Do tematu nudy jeszcze powrócę.

Kilka słów należy poświęcić kulturze komunikacji. Dość szybko zorientowałem się, że jej wysoki poziom jest czynnikiem najsilniej poprawiającym moje samopoczucie na budowie. Jest taki wówczas, gdy hakowy/sygnalista: (1) używa zwrotów grzecznościowych (,,dzień dobry”, ,,cześć”, ,,dziękuję, proszę”) oraz używa trybu pytającego (,,czy mógłbyś podjechać?”); (2) mówi do mnie miłym tonem; (3) wypowiadając moje imię używa zdrobnień (czyli Florianku zamiast Florian); (4) naprowadza mnie w precyzyjny sposób (w sytuacjach, gdy jest to konieczne, bo nie widzę ładunku).

Zaprzeczeniem kultury komunikacji są rozpowszechnione na budowach formy: „dźwigowy, daj obrotem w lewo”, „operator, podjedziesz wózkiem do przodu”, „jedź na patio do Ryśka”, „dawaj po wibrator”, „góra i pod gruchę”, „po beton”, „dzida/kita do góry”, „operator, gdzie buty?”, „na samochód” itd. Tego rodzaju zwroty wywołują u mnie nieprzyjemne rozdrażnienie. Analogiczne uczucie pojawia się u mnie w sytuacji, gdy hakowi są dla mnie mili (a nawet mi się podlizują), ale toczą między sobą, na moim kanale radiowym wojnę o to, do kogo mam podjechać w pierwszej kolejności, kto jest ważniejszy, cieśla czy zbrojarz, kto ma na którą godzinę beton. Ta wojna bywa pozorowana, przybiera formę sympatycznych przekomarzanek – staje się budowlaną konwencją towarzyską. Bywa jednak wojną realną, wynikającą z brutalnej presji ekonomicznej. Bo na kapitalistycznych budowach obowiązuje prawo dżungli, maksyma homo homini lupus. Każdy jest zawsze w permanentnym niedoczasie, nikt się z niczym nie wyrabia, dlatego każdy chce mieć dźwig cały czas dla siebie – a w tym celu trzeba odgonić wszelkich potencjalnych konkurentów, zastraszyć ich przez radio, uświadomić im ich odległą pozycję w hierarchii budowlanej.

Tu mała dygresja: na czele tej hierarchii stoją cieśle szalunkowi, w szczególności ci od ścian i słupów: szalowanie i zalewanie betonem ścian i słupów nazywa się na budowach „produkcją”. Produkcją jest również ich zbrojenie. Jednak nie zaliczają się do niej rozładunki, załadunki, sprzątanie placu i rozbiórki (aczkolwiek niektóre rozbiórki, takie jak demontaż szalunków zalanych betonem ścian czy słupów, już tak), wykonywane przez cieśli, ściśle zazębiają się z produkcją, bo blaty zdejmowane z gotowych ścian i słupów są używane zazwyczaj tego samego dnia do szalowania kolejnych elementów. Cieśle, kłócąc się o dźwig z innymi grupami, często używają argumentu, że to oni mają pierwszeństwo, bo przecież robią produkcję – ci sami cieśle potrzebują jednak żurawia do licznych czynności nieprodukcyjnych, bez których produkcja nie mogłaby ruszyć. Ich produkcja jest również zależna od tempa czynności produkcyjnych i nieprodukcyjnych innych grup (wymagających często żurawia). I oni dobrze zdają sobie z tego sprawę, a mimo to niekiedy zachowują się tak, jak gdyby odsunięcie wszystkich pozostałych od dźwigu leżało w ich interesie. W obecnych realiach ekonomicznych poszczególne brygady pracują często dla oddzielnych firm podwykonawczych, a każda z nich dba tylko o swój interes ekonomiczny. Cwaniactwo ma jednak krótkie nogi, bo jeżeli zbrojarz nie zazbroi, to cieśla nie może szalować; jeśli murarz nie skończy rozładunku, to cieśla nie może lać betonu, bo gruszka nie ma się gdzie ustawić. Z punktu widzenia firmy zwierzchniej ma ono jednak nogi długie. Bowiem efekt jest taki, że wszyscy uwijają się jak w ukropie. Kierownictwo budowy nie musi pilnować, by robota posuwała się do przodu, bo sami robotnicy podkręcają tempo pracy, pośpieszając się nawzajem: „odpinajta szybko i dawajta dźwiga!”, „ile jeszcze będzieta się pierdolić z tym blatem?!”, „migusiem zabierajta tę stal, bo nie mamy miejsca!”, „rozbierajta w pizdu, bo nie możemy jechać ze stropem!” itd.

Atmosfera tej wojny na dole, wojny wszystkich ze wszystkimi o dźwig, odbija się ujemnie na moim samopoczuciu, wywołuje moją irytację – choć doskonale rozumiem jej uwarunkowania systemowe, czyli nieuchronność tej wojny, wypływającą z samej natury stosunków kapitalistycznych. Z punktu widzenia mojego samopoczucia jest jednak istotne, czy ta nieuchronna wojna dociera do moich uszu przez radio w postaci mowy artykułowanej nadto skrępowanej pewnymi standardami kultury osobistej, czy też w postaciach niczym nieskrępowanych. Ma dla mnie wielkie znaczenie, czy ci na dole kłócą się ze sobą kulturalnie, (albo choćby obelżywie, ale z pewną domieszką luzu, przymrużenia oka, wzajemnej sympatii i jakiejś solidarności wypływającej ze zrozumienia, że niezależnie od tego, kto pierwszy dorwie się do dźwiga, i tak wszyscy mamy przejebane), czy jadą po bandzie. System napuszcza jednych na drugich, i dzięki temu wszyscy biegają po budowie zamiast chodzić (a kierownik nikogo nie musi pośpieszać, może być bardzo miły, a nawet taki, o którym można by powiedzieć ,,do rany przyłóż”), ale mimo wszystko osobowościowe cechy osób posługujących się radiem mogą tej atmosferze podwyższonej nerwowości stawiać pewien opór, bądź dodatkowo ją nakręcać (gdy hakowym zostaje największy psychopata w brygadzie). Ostatnimi czasy zdarza mi się pracować głównie z hakowymi niezwykle kulturalnymi, co sprawia, że moja praca – jeśli abstrahować od nudy – nie dostarcza mi żadnych odczuć szczególnie nieprzyjemnych. Czuję się w niej dobrze. Budowa wydaje mi się obecnie światem „oswojonym”. Obecnie jestem na budowie, uchodzącej za trudną i niebezpieczną. Budujemy wieżowiec (na obecnym etapie: poziomy głęboko podziemne), praca jest niezwykle intensywna, a mój żuraw – ze wszystkich żurawi na tej budowie – jest najbardziej narażony na kolizje. Ale wysoki poziom kultury komunikacji powoduje, że nie odczuwam żadnych nieprzyjemności, a intensywna praca nie powoduje u mnie zmęczenia.

Wróćmy do zagadnienia nudy. Nuda i alienacja to nierozłączni towarzysze, jak Flip i Flap. Bo gdy się alienujemy, czyli robimy coś, w czym się nie realizujemy, coś, co kompletnie nas nie interesuje, to się po prostu nudzimy. Ale nuda operatorska ma dwa oblicza. Bo z innego rodzaju nudą mamy do czynienia w trakcie intensywnej pracy, gdy non–stop jeździmy, a inaczej się nudzimy w tych chwilach, gdy nie mamy nic do roboty (tzn. puste haki i nikt nas nie woła, albo trzymamy blata w określonej pozycji i czekamy, aż cieśle przytwierdzą go do podłoża). I jedną, i drugą można „zabijać”, ale na różne sposoby. Gdy mamy do rozładowania tira ze stalą, to mamy do wykonania kilkadziesiąt takich samych rzutów z punktu A do punktu B. Nuda potęguje się do rozmiarów grożących eksplozją czaszki. Mogą ją zabijać radiowe pogawędki z przeprowadzającym rozładunek zbrojarzem, albo rozmowa telefoniczna z kimkolwiek (tyle że ja, rozmawiając przez telefon, nie korzystam ze słuchawek, więc taka rozmowa mnie męczy, bo muszę jakoś trzymać komórkę, a do sterowania potrzebuję dwóch rąk, a nie lubię używać łokci), albo wreszcie słuchanie zwykłego radia (co bywa kłopotliwe w sytuacji, gdy musimy słyszeć również to, co mówią do nas przez radio budowlane, a słyszalność jest marna, bo radio trzeszczy, jest na granicy rozładowania, a na dodatek dochodzą do nas przebitki z innych budów). Zupełnie inaczej możemy natomiast zabijać nudę rodzaju drugiego. Mianowicie można zagłuszać ją lekturą, rozmyślaniami snutymi na jej kanwie, oraz nad ewentualnym użytkiem twórczym, który z przeczytanej książki możemy uczynić. Czyli możemy zagłuszać nudę własną samorealizacją. Otóż to! Kabina operatorska może być miejscem samorealizacji twórczej. I nie ma to nic wspólnego z pracą operatora żurawia, ma zaś coś wspólnego z jakością operatorskiego fotela i architekturą kabiny, które to czynniki mogą oddawaniu się lekturze sprzyjać, bądź nie.

I tu dochodzimy do bardzo interesującego od strony teoretycznej punktu. Bo gdy mówimy o pracy wyalienowanej, to mamy często na myśli pracę, której treść nas nijak intelektualnie nie angażuje; pracę, w trakcie której nasz rozum może pozostawać w stanie uśpienia; pracę, którą wykonujemy jak automaty. Pracą wyalienowaną w stopniu jak gdyby mniejszym byłaby natomiast praca pseudointelektualna, z której celem się może nie utożsamiamy, ale w którą musimy się jednak intelektualnie angażować, co sprawia, iż myślimy o tej pracy przez cały czas (także w trakcie przerw, a nawet po pracy). Tego rodzaju praca, teoretycznie mało wyalienowana, jest moim zdaniem szczególnie perfidna, bo – nie będąc formą naszej samorealizacji – trwoni siły naszego umysłu na myślenie o sprawach kompletnie nam obcych, czyli odciąga nas od myślenia o sprawach pozapracowych, należących do nurtu naszej aktywności samorealizacyjnej. Kabina operatorska bywa miejscem samorealizacji twórczej właśnie dlatego, iż praca operatora jest wyalienowana w stopniu maksymalnym, że o tej pracy nie trzeba myśleć, więc gdy zdarza nam się chwila przestoju, możemy momentalnie przenieść się do tej rzeczywistości, którą rozpościera przed nami książka, kompletnie nie myśląc o tym, co się dzieje na budowie (chyba, że jesteśmy w pozycji kolizyjnej i musimy ciągle zerkać na inne żurawie, albo nie słyszymy własnych myśli z powodu docierających do nas hałasów). Co więcej, rozważania snute na kanwie lektury mogą być snute również w trakcie wykonywania czynności operatorskich, bo choć czynności te wymagają od nas pewnej koncentracji, nie jest to koncentracja ściśle intelektualna, więc w naszej głowie jest jeszcze sporo miejsca na równoległe myśli o treści niebudowlanej. Jednym słowem, samorealizacja jest tu możliwa dzięki spotęgowaniu alienacji, a przynajmniej jednego z jej wymiarów.

Czas wreszcie poruszyć pewien doniosły filozoficznie wątek. Pracę wyalienowaną przedstawia się często jako pracę cząstkową, której wykonawca nie obcuje z całością produktu pracy, ale jedynie z jakąś drobną jego cząstką. Kryje się za tym intuicja, iż jedynie wówczas, gdy robotnik w jakiś sposób obcuje z całością produktu, może uważać ten produkt za swoją eksterioryzację, za potwierdzenie swojej indywidualności. Otóż operator żurawia, choć jest oddalony od przedmiotu pracy, obcuje jak gdyby z jego całością. Bo cieśla tylko szaluje i betonuje, a zbrojarz tylko zbroi, a operator pracuje ze wszystkimi: cieślami, zbrojarzami, murarzami, i różnymi dziwnymi specjalistami, którzy pojawiają się na budowie po zakończeniu prac żelbetowych (czyli po exodusie cieśli i zbrojarzy), z fachowcami od okien, od dachów, od jakichś instalacji, z ogrodnikami itd. (A może pojawiają się oni wcześniej, tylko dopiero po zniknięciu cieśli i zbrojarzy operator zaczyna ich dostrzegać i rozróżniać?) Trzeba jednak wyjaśnić, że operator nie obcuje z finalną postacią swojego produktu. Owszem, jest na budowie dłużej, niż cieśle i zbrojarze, ale nie do samego końca. W dniu rozbiórki żurawia, budynek jeszcze dalece odbiega od swej ostatecznej formy estetycznej, którą założył w projekcie architekt. Do pracowników, którzy są na budowie od początku do samego końca, można zaliczyć chyba tylko kierownika budowy i ochroniarza, zwanego cieciem. Cała reszta uczestniczy jedynie w określonych etapach prac budowlanych. W porównaniu z cieślą jestem – jako operator – pracownikiem bardziej całościowym, i mogę spoglądać na niego z góry jako na pracownika li tylko cząstkowego. Jednakże cieśla ma nade mną tę przewagę, że to on, a nie ja, dotyka gołymi rękami produktu pracy. Po demontażu szalunków niektórzy cieśle z przyjemnością dotykają swymi dłońmi wyprodukowanych przez siebie ścian, napawając się ich gładką fakturą, zapachem, świeżością. Bo taka świeża ściana betonowa jest naprawdę miła w dotyku i na swój sposób piękna. Nie wiem, czy postrzegają te ściany jako eksterioryzacje swych osobowości (i czy w ogóle czytali młodego Marksa), jednak na pewno mogą być dumni, że ściany są proste (o ile są) – bo to, że są proste, jest rezultatem ich, niekiedy dość rozpaczliwych, kombinacji.

Choć ogarniam wzrokiem cały plac budowy, i uczestniczę w bardzo różnych procesach produkcyjnych czy pomocniczych, współpracując praktycznie ze wszystkimi kategoriami budowlanych fachowców, relacja między mną a „całością” jest w istocie niezbyt intensywna, gdyż po pierwsze, jestem od przedmiotu swej pracy oddalony (umykają mi więc jego rozmaite walory, detale), po drugie, usuwam się z budowy przed uzyskaniem przez budynek postaci docelowej, a po trzecie – jestem relatywnie mało zaangażowany intelektualnie w jego powstanie. Gdy za jakiś czas będę przechodził ulicą obok budynku, który budowałem, raczej nie przystanę, by z dumą powiedzieć do siebie w duchu: oto moje dzieło! Być może nawet go nie rozpoznam, a na pewno nie rozpoznam w nim siebie. Nie będę miał poczucia, że włożyłem w jego powstanie swoje serce bądź siły swojego intelektu. Bo pracując nad jego powstaniem myślałem cały czas o czymś innym. Praca budowlana wymaga myślenia – ale nie od operatora żurawia. Żeby powstała prosta ściana, cieśla musi się nie tylko naszarpać, ale i nakombinować – a operator jedynie bezmyślnie wykonuje jego polecenia („dwa centy w lewo”, „dołek, dołek, stop dołek”, „tak trzymaj”, „poluzuj”, „pionuj”, „napnij”, „cyknij lekko górka”, „w prawika, jeszcze w prawika, malinowo, gitarra mistrzu”, „ściągaj śmiało na siebie”, „do odpięcia”), myśląc w tym czasie np. o niebieskich migdałach. Ode mnie nie wymaga się myślenia, a jedynie zręczności w operowaniu. Jeżeli budynek jako całość jest w ogóle czyjąś eksterioryzacją, to jest on eksterioryzacją architekta, który – choć skrępowany różnymi wymaganiami (i narzuconymi mu założeniami) – mógł mieć jakiś margines swobody twórczej. I o ile miał ten margines, mógł odcisnąć na budynku jakieś swoje piętno indywidualne. Budowlany fachowiec musiał przy wykonywaniu swej pracy intensywnie myśleć, ale rezultatem tego myślenia było – koniec końców – pomyślne zrealizowanie cudzych założeń. Fachowiec potwierdził swoje intelektualne kwalifikacje, ale na pewno nie zrealizował się twórczo. A ja nawet nie myślałem (a jeżeli myślałem o czymś merytorycznym, to głównie o tym, żeby nie uszkodzić żurawia, nie otrzeć liny, nie wyrwać blata przedwcześnie zbyt mocnym napięciem lin, nie zahaczyć o coś butem, nie przygnieść komuś głowy pojemnikiem do betonu itd.).

Zwolennicy tezy, iż zniesienie własności prywatnej usunie alienację pracy, zapewne liczą na to, iż uspołecznienie środków produkcji zapewni każdej osobie pracującej więź z całością produktu pracy. Choćby nawet nikt nie miał więzi z całością jako pracownik, każdy będzie z nią związany jako „obywatel” – współgospodarz swojego zakładu pracy i współwłaściciel całej gospodarki. Otóż ja tego wcale nie czuję, a perspektywa mojego współudziału w zarządzaniu moją budową nie wydaje mi się atrakcyjna. Naprawdę nie zależy mi na uzyskaniu identyfikacji z przedmiotem pracy (ani jego całością, ani taką czy inną cząstką), gdyż identyfikuję się z zupełnie innymi przedmiotami (czyli samorealizuję się na zupełnie innych polach). Uspołecznienie środków produkcji może natomiast (być może) uzdrowić związane z pracą relacje międzyludzkie, co sprawi, iż społeczne środowisko naszej pracy będzie środowiskiem bardziej przyjaznym człowiekowi, środowiskiem bardziej przez człowieka „oswojonym”.

Czy alienację operatora pogłębia okoliczność, iż siedzi on wysoko, zamknięty w małej kabinie, odizolowany przestrzennie od budowlanej społeczności i wykluczony z budowlanego życia towarzyskiego? Mi osobiście taka przestrzenna izolacja nie przeszkadza, a nawet oceniam ją jako okoliczność sprzyjającą ewentualnej samorealizacji twórczej. Muszę jednak przyznać, iż dość dobrze wspominam budowę, na której obsługiwałem żurawia pilotem z dołu – w całej rozciągłości rozkoszując się urokami budowlanego życia towarzyskiego, nawiązując liczne pogawędki, jak również spełniając przy okazji różne funkcje dodatkowe, będące trochę obciążeniem, a trochę przyjemną odmianą. Byłem bardzo ściśle zintegrowany z całą ekipą, i to miało liczne plusy psychologiczne. Ale nie tęsknię za tym.

Czerpanie z pracy satysfakcji jest bardzo często mylone z brakiem alienacji. Jest to, moim zdaniem, teoretyczny błąd, ale wszystko zależy oczywiście od tego, jak definiujemy alienację. Będę się trzymał konsekwentnie takiej definicji alienacji (działalności), która przeciwstawia ją autentycznej samorealizacji, czyli działaniom dyktowanym rzeczywistymi zainteresowaniami i preferencjami podejmującego je podmiotu. Zdaję sobie jednak sprawę z faktu, iż nie jest to jedyna możliwa definicja alienacji. Sytuację komplikuje okoliczność, iż rozważając zagadnienie alienacji możemy koncentrować naszą uwagę bądź na relacji podmiot – przedmiot (działalności podmiotu), bądź na relacji podmiot (działalności) – inni ludzie. Może być tak, iż satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi (mające związek z naszą działalnością) mogą całkowicie „zagłuszać” niesatysfakcjonujący charakter naszej relacji z przedmiotem. Alienacja nie jest wówczas dotkliwie odczuwana, niemniej: ani nie znika, ani nie staje się nieszkodliwa. Bo samo zajmowanie się rzeczami dla nas nieinteresującymi (nie stymulującymi rozwoju tych naszych dyspozycji, których rozwijanie odpowiada naszym indywidualnym preferencjom), choćby towarzyszyły temu przyjemne interakcje z innymi ludźmi, jest dla naszego rozwoju osobowościowego szkodliwe. To marnotrawienie naszego potencjału i „wygaszanie” naszej indywidualności.

Praca może być źródłem rozmaitych satysfakcji, ale mają one zazwyczaj związek z naszymi relacjami z innymi ludźmi albo z faktem, iż potwierdziliśmy w pracy siłę naszego charakteru czy posiadane kwalifikacje – nie zaś z faktem, iż przedmiotowa treść naszej działalności odpowiada naszym rzeczywistym potrzebom samo realizacyjnym. Możemy być usatysfakcjonowani tym, że własną pracą jesteśmy w stanie utrzymać rodzinę, że uporaliśmy się z jakąś bardzo nieprzyjemną i niebezpieczną robotą, że opanowaliśmy jakiś bardzo trudny fach, że dobrze wypadamy na tle innych pracowników, że jesteśmy w pracy lubiani i doceniani, że jesteśmy częścią zgranego zespołu, itd. – ale wszystkie te satysfakcje nie mają nic wspólnego z prawdziwą samorealizacją i tą ścieżką rozwoju indywidualnego, którą wyznacza nam nasza aktualna indywidualność. Choć w pracy nie czujemy się „obco”, nadal marnujemy swoje życie na działalność wyalienowaną.

Wykonywanie zawodu operatora może być źródłem rozmaitych satysfakcji (że nie boimy się wejść na żuraw, że w miarę dobrze zarabiamy, że wznosimy imponujące budynki, że jesteśmy ważni, bo swoimi decyzjami możemy paraliżować budowy, że wykonujemy pracę bardzo odpowiedzialną, itd.), ale te satysfakcje nijak nie uwalniają nas od alienacji w jej postaci zasadniczej: przedmiot naszej działalności pozostaje dla nas czymś „obcym”, i nigdy nie stanie się naszą eksterioryzacją.

Redagowała:

Julia Miniszewska

Losowe Artykuły

felietony

mikropolityka

teksty historyczne

Coś jest źle