Data:2017-12-14
Wyświetleń:1374

Rozmowa z Tomaszem Pułą z Queer Solidarnie
Benedykt O'Connor

Ben O'Connor: Skąd pomysł na Queer Solidarnie i czym on jest? Mam wrażenie, że większość ludzi, nawet ze środowiska, dopiero poznaje tę grupę. Jaki zamysł stoi za jej powstaniem?

Tomasz Puła: Trudno mi wypowiadać się za wszystkich, ale sam rozumiem obecność Queer Solidarnie jako odpowiedź na brak środowiska queer w opozycji nieparlamentarnej. Owszem, próbowało być w jakiś sposób obecne w pierwszej fali protestu, kiedy przychodziły tłumy, natomiast później całkowicie się rozmyło. Część była wypraszana z protestów ze względu na noszenie tęczowej flagi. Queer Solidarnie jest dla mnie odpowiedzią na właśnie ten brak. To środowisko, które również jest wykluczone, powinno zatem krzyczeć głośniej zarówno w obronie swoich praw, jak i w momentach, gdy łamane są prawa innych. Doświadczamy niesprawiedliwości, więc tym bardziej powinniśmy być wyczuleni, kiedy dotyka ona innych.

BO: Teoretycznie mamy reprezentację LGBT, jednak czy tak rzeczywiście jest w praktyce, biorąc pod uwagę fakt, iż parlamentarnie nie do końca ona funkcjonuje? Z moich obserwacji wynika, że ruch queer w pewien sposób wyłamuje się z tej grupy. To znaczy, prezentuje jakąś inną postawę wobec polityki – odcina się od przypisywania do grupy liberalnej. Mamy do czynienia z postulatami, w których zawarte jest dążenie do tego, aby osoby homoseksualne, biseksualne, niebinarne traktować „normalnie”, żeby włączyć w mieszczańską definicję normatywności także te osoby. Queer jest trochę inną postawą wobec tej polityki, zgadzasz się z tym?

TP: Czy mówisz teraz o samym nazewnictwie?

BO: Między innymi. Co dla ciebie znaczy słowo queer? Pytam, ponieważ wiele osób stosuje różne jego definicje i one samą swoją politycznością trochę się różnią. Jak ty sam rozumiesz to słowo i jak go używasz w swojej praktyce politycznej?

TP: Jestem zdania, że wykorzystywanie słów, które mają nas obrazić, i używanie ich wśród nas samych, to wytrącanie broni z ręki przeciwnika – co można było zaobserwować na przykładzie słowa queer w języku angielskim. Dzisiaj istnieje mocny podział w środowisku LGBTQ na tych, którzy oburzają się, jeżeli używa się słowa „pedał” czy „ciota”, oraz na tych, którzy bardzo chętnie się nimi posługują, będąc gejami. Sam stoję na stanowisku, że takich słów trzeba używać w odpowiedni sposób i nie wszędzie, nie w każdej debacie. Umiejętne ich wykorzystywanie jest bardzo ważne, należy bowiem pamiętać, że tak jak w przypadku języka angielskiego, również w języku polskim można im przypisać negatywne konotacje.

Nawiązując do samej nazwy queer, należy zacząć od tego, że nazwa LGBTQA to dość skomplikowana sprawa – część członków tej społeczności czuje się wykluczona przez to, że się nie dodaje wszystkich literek, a mnie trochę męczy wymienianie całego alfabetu. W queer zawiera się wszystko, queer wskazuje na pewne wykluczenie - na odmieńców, dziwaków, co również wpisuje się w taką retorykę walki tego środowiska o innych wykluczonych. My zostaliśmy nazwani dziwakami i ci, którzy walczą o pewne prawa, np. lokatorskie, też są uważani za dziwaków. Ikonowicz jest uważany za dziwaka, wielu innych aktywistów, którzy mają jakieś swoje branże, jest uważanych za dziwaków, więc używanie słowa queer jest jak najbardziej adekwatne, zwłaszcza, że nie razi ono aż tak jak „pedał” czy „ciota”, bo ten etap już część anglojęzyczna przeszła i to słowo się przyjęło.

BO: Wyobrażasz sobie grupę z ambicjami politycznymi, która wychodzi z postulatami właśnie dziwactwa, rozpraszania tych stałych kategorii emancypacyjnych, które dzisiaj możemy usłyszeć? Nie wiem, czy pamiętacie: trzy–cztery lata temu, przed Paradą Równości Krystian Legierski razem z Anną Grodzką reklamowali ubezpieczenia w znanym banku, które miałyby zapewniać osobom nieheteronormatywnym jakieś zabezpieczenie. To był taki prosty pakt z kapitałem i moim zdaniem trochę wyznaczył drogę, w której niestety ta emancypacja może się wyrażać. To znaczy, że uzyskując prawa dla danej mniejszości, wchodzimy w pakty z bardzo podejrzanymi politycznie grupami. Czy można sobie wyobrazić grupę, która reprezentuje interesy wykluczonych, nazywając się przy tym dziwakami, nie dąży do normatywności i chce trochę odwrócić kierunek emancypacji? Może zamiast walczyć o upodmiotowienie, można by zacząć o to, by upodmiotowione grupy mogły się odpodmiotowić, zrezygnować z części przywilejów, które dotychczas, kosztem innych, miały.

TP: Ugryzłbym to z drugiej strony. Ci, którzy chcą wchodzić w dziwne pakty, którzy walczą o inny język, niż ten, którego chętnie używam, czy inny sposób wyrazu, niech walczą. W ogóle nie uważam, żebyśmy sobie przeszkadzali. Jeżeli ktoś chce walczyć w taki sposób – fajnie, bo on też zbierze ludzi, którzy podobnie myślą i też będą chcieli walczyć o te rzeczy i pójdziemy o krok do przodu. Podałeś kontrowersyjny przykład, ale te same osoby walczą również o rzeczy, o które mi nie chce się walczyć, bo nie są dla mnie aż tak istotne, a dla nich już tak – niech to robią. Natomiast taka grupa jak Queer Solidarnie, to jest grupa, która czynnie, praktycznie chce pokazać solidarność w kwestiach socjalnych, w kwestiach wykluczenia bardzo ordynarnego, codziennego.

BO: Po prostu ekonomicznego. Zauważmy, że spora część dzisiejszej lewicy skupiła się na kwestiach podmiotowych, ale w tej podmiotowości jakoś uniknięto walki o prawa socjalne, np. twierdząc, że to postulaty niemodne, bardziej pasujące do starych komunistów/komunistek, że to już czasy przeszłe. Wolimy zabezpieczać swoje interesy na przykład na Paradach Równości, walcząc o to, by nie nazywano nas pedałami na ulicach albo żebyśmy to my decydowali o tym, kto jak i w jakim kontekście nas nazywa, ale zapomnieliśmy trochę o wykluczeniu stricte ekonomicznym, które, moim zdaniem, odgrywa szerszą rolę. Czy Queer Solidarnie nie jest próbą powrotu do pewnej linii lewicowości, obejmującej swym zasięgiem grupy poszkodowane właśnie ekonomicznie?

TP: Na pewno jest, mnie osobiście boli, że ruchy LGBTQ, skupiając się tylko na swoich własnych tematach, walcząc o związki partnerskie i wszystko, co kręci się wokół tego tematu, podchodzą do walki o normalne państwo w sposób bardzo egoistyczny, nie pokazując reszcie społeczeństwa, że jesteśmy ludźmi na tyle wrażliwymi dzięki swoim własnym doświadczeniom, na tyle wyczulonymi na pewne kwestie, że jesteśmy gotowi iść razem z wami i walczyć o waszą i naszą część normalnego państwa.

BO: Wydaje mi się, że właśnie zahaczyłeś o sprawę legislacyjną i to też jest bardzo ważne w kontekście działań samego QS. Czy Queer Solidarnie ma zamiar działać także na polu legislacyjnym, w obrębie kształtu prawa? Czy byłaby to grupa, która miałaby ambicje parlamentarne, albo chciałaby lobbować w kręgach, które wpływają na kształt prawa, czy może wolelibyście działać raczej w samym sercu polityki społecznej?

TP: Tu mogę się wypowiedzieć tylko za siebie. Trudno jest w tym momencie wróżyć z fusów, w co się przerodzi QS na przestrzeni lat, czy nawet miesięcy. Osobiście absolutnie nie widzę ani siebie, ani tych, którzy działają w ramach tej wspólnoty jako ludzi, którzy sami będą chcieli podejmować jakieś inicjatywy legislacyjne czy pchać się do polityki parlamentarnej, a już na pewno nie jako Queer Solidarnie. To jest wsparcie dla wszelkich ruchów lewicowych, socjalnych, godnościowych, wsparcie środowiska LGBTQ. To pokazanie, że geje i lesbijki są zainteresowane tymi kwestiami, które teoretycznie ich nie dotyczą.

BO: Chociaż oczywiście mogą i najczęściej dotyczą.

TP: Mogą, bo geje i lesbijki pochodzą z różnych środowisk, ale rzadko kiedy kwestie socjalne są z nimi łączone. Tu jest położenie tego nacisku na to, żeby pokazać, że chcemy o to walczyć, ale na pewno nie inicjować tej walki, a raczej ją wspierać. Przynajmniej ja tak to rozumiem, ale czy tak będzie za pięć miesięcy? Zobaczymy, co władza nam urządzi, może wtedy trzeba będzie reagować adekwatnie.

BO: Też, jak rozumiem, w samym słowie „queer” zawiera się ogrom wykluczenia, który reprezentowany może wyjść na ulice i działać. To, co w słowie queer, podobnie jak w waszej definicji słowa queer jest bardzo istotne, to to, że daje ono otwarte pole do działań poza rejonami wykluczenia dotychczas znanymi czy bronionymi w trakcie aktualnych protestów. Trochę było tak na manifach, gdy z postulatami obrony praw kobiet przyjeżdżał związek zawodowy Sierpień 80. Podjęto próby rozmowy z różnymi środowiskami, które już stworzyły swoje instytucjonalne formy i narzędzia, żeby coś robić i próbowano łączyć je ze sobą w bardzo konkretnych, wąskich kwestiach. Czy wyobrażasz sobie współpracę z górnikami?

TP: Wyobrażam sobie sytuację ukazaną w filmie „Pride”.

Marta Puczyńska: Który to film był inspiracją do powstania Queer Solidarnie.

BO: Tyle że ten queer ukazany w filmie tworzył się na polu wykreowanym przez Margaret Thatcher, przez jej potworną, nienawistną politykę gospodarczą. Czy jesteście w stanie porównać warunki polityczne i gospodarcze tworzone dzisiaj przez PiS z warunkami, także klasowymi, które miały miejsce za rządów Margaret Thatcher? Gdzie jest problem w dzisiejszej polityce, na którym najbardziej wam zależy i który mógłby popchnąć ludzi do wspólnego działania?

TP: Porównać można wszystko ze wszystkim. Z polityką Margaret Thatcher porównałbym wszystko, co stało się po roku 1989 w Polsce. W mniejszym i większym stopniu były to podobne działania liberalizujące rynek w bardzo niekontrolowany sposób, pomijające wszelkie zabezpieczenia dla tych, którzy wcześniej czy później stawali się ofiarami, wprowadzające niczym nieograniczone mechanizmy wolnorynkowe. Mieszkamy w innym kraju, to nie jest Wielka Brytania tamtych czasów i nie liczyłbym tutaj na taki odzew, na jaki oni mogli wtedy liczyć. Gdzieś się wbili, choć kto wie, czy już za chwilę obecny rząd nie wymyśli takiej rzeczy, która sprawi, że jakaś grupa społeczna będzie w ogromnej potrzebie, a później ktoś chwyci się za głowę i stwierdzi „nigdy bym nie pomyślał/ nie pomyślała, że gdzieś te „pedały” i „lesby”się dołączą do walki o taką sprawę”. To trudne do przewidzenia i raczej nie widzę tego na polu socjalnym, a bardziej w obszarze wolności stricte politycznych.

BO: A skąd to rozróżnienie na pole socjalne i polityczne? Dlaczego sądzisz, że to pierwsze się nie uaktywni?

TP: Rozróżniam je dlatego, że Prawo i Sprawiedliwość to nie jest partia, która agresywnie liberalizuje rynek. Oni, przynajmniej w swoich deklaracjach, chcą łagodzić przykre skutki transformacji. To, jak to im wychodzi, to już inna kwestia, natomiast ważny pozostaje tu odbiór społeczny – dla wielu ludzi PiS to partia socjalna. Nie spodziewam się po niej takich ruchów, które by sprawiły, że nagle wejdziemy z postulatami socjalnymi dlatego, że PiS chce coś zniszczyć w tej materii. Na pewno nie będzie to na tyle spektakularne, żeby wykorzystać moment i przekierować go w naszą stronę. Bardziej widzę to na polu wolności słowa, wolności mediów, sądownictwa. To są rzeczy, które są najbardziej bolące i odnoszące się do tego, co robi obecnie rząd.

BO: Czy ta postawa nie grozi powrotem do polityki środowisk lewicowych z roku 2007 w Polsce, która koncentrowała się tylko i wyłącznie na wykluczeniu społecznym czy kulturowym? Czy to nie jest dokładnie ten sam powrót do znaku, pod którym już wcześniej liberalna lewica próbowała iść? PiS próbuje odbierać argument establishmentowy czy prosocjalny i czy to nie stawia lewicy w pozycji strony, która zabezpiecza interesy klasy średniej, która odwraca się od osób pracujących fizycznie, bo taką narrację stwarza właśnie partia rządząca? Czy nie sądzisz, że powrót do mówienia o wolności słowa potwierdza tę retorykę? To samo było przecież z walką o sądy. Trzeba było w możliwie jak najprostszy sposób zarysować dość zawiłe zmiany, które odbiją się na życiu każdej obywatelki i każdego obywatela. Walką o sądy najbardziej przejęta była klasa średnia – głównie dlatego, że posiadała narzędzia do tego, by lepiej zobrazować, w jakie fundamenty uderzą planowane regulacje, dlaczego walka o jakość polskiej demokracji jest tak ważna. Tymczasem PiS zagrał na polu socjalnym – o to, czy ludzie będą mieli co włożyć do garnka. Czy macie nadzieję, że można odebrać PiS–owi ludzi wierzących w prosocjalne postulaty i włączyć te grupy do walki o np. wolne sądy, wolne media?

TP: Tak, ale pod jednym warunkiem: że lewica znajdzie sposób na wytłumaczenie beznadziejności wielu rozwiązań, które pojawiły się po 1989 roku. Beznadziejności polityki ciepłej wody w kranie, z którą mieliśmy do czynienia przez osiem lat. SLD robiło dokładnie to samo, to była Platforma Obywatelska w nieco innej skórze. Należy pokazywać, że to, co dzisiaj dzieje się w Polsce, jest efektem właśnie takiego myślenia, zafascynowania się zaciskaniem pasa.

BO: Czy sądzisz, że takie ruchy, jak wasz, są w stanie wytworzyć język i zasady działania, które rzeczywiście objaśnią problem z transformacyjną polityką gospodarczą?

TP: Tak, ale za dziesięć lat.

BO: Dlaczego tak późno?

TP: Dlatego, że ci ludzie, którzy zaczęli dzisiaj działać, obudzili się, gdzieś się zebrali, dojrzeją do bardziej konkretnych ruchów. Może to nie będzie dziesięć lat; chciałbym, by to się stało za dwa lata, za rok, ale wylewam na siebie kubeł zimnej wody. Jeśli chodzi o moje osobiste ambicje dotyczące kraju, w którym chciałbym żyć, wiem, że to, co stało się dzisiaj, wypchnęło ludzi do działania. Natomiast ci ludzie będą musieli nauczyć się tego działania od podstaw, aby być skutecznymi w tym, co robią.

BO: Co sądzisz o kulturze protestu, rodzącej się w Polsce na kanwie ostatnich zmian? Mamy w tym naszym mieszczańskim kloszu dużo konferencji i rozmów o performatyce protestu, o tym, w którą stronę protest należy popchnąć. Czy twoim zdaniem wytworzyły się nowe środki protestu, którymi skuteczniej będzie można wyrażać swoje postulaty w przyszłości? Czy widzisz nadzieję w tych spontanicznych akcjach pod kontenerami?

TP: I tak, i nie. Tak dlatego, że znaleźli się ludzie, którzy chcą to robić i coraz lepiej im to wychodzi. Nie dlatego, że ludzie, którzy uczestniczyli w tych protestach, bardzo się na nich zawiedli, zmęczyli nimi. Ich estetyka była żenująca i trudno będzie odzyskać ludzi nią zniechęconych, nawet po ijej zmianie. Częściowo udaje się to Obywatelom RP, ale w dalszym ciągu nie jest skala, o której chcielibyśmy rozmawiać. Marsze miliona już nie będą miały szans, a szkoda, bo skutki tych, które miały miały miejsce, okazały się niewystarczające. Im więcej czasu mija, tym bardziej wszyscy rozumieją, że to nie były postulaty, które byłyby warte aż takiego zaangażowania. Próbowaliśmy reagować na pewne rzeczy, które działy się w państwie, ale zapomnieliśmy o wielu szalenie istotnych postulatach. Ta siła została kompletnie zmarnowana.

BO: Coś jednak popycha cię ku temu, by mimo wszystko się angażować.

TP: Czekam na moment, w którym PiS całkowicie zaburzy to państwo i wtedy znowu będzie możliwość działania z ludźmi naprawdę wkurzonymi. Póki co takiej możliwości nie ma. PiS powoli gotuje tę wrzawę i trzeba naprawdę mocnego bodźca, by ludzi wyciągnąć na ulicę i na taki moment czekam. Chciałbym wierzyć w to, że ten rząd nie będzie wybrany na drugą kadencję, ale mam przeczucie, że tak się to skończy. Z jednej strony to źle, bo będą niszczyć ten kraj dalej, a z drugiej to cudownie, bo będą mieli okazję, by wkurzyć społeczeństwo, które do tej pory mu ufało. Może wtedy zrozumiemy, jako Polki i Polacy, że nie warto oddawać tego kraju takim ludziom, jacy rządzili poprzednio – zarówno jeśli chodzi o PiS, jak i PO. Wtedy te rzeczy, o które my walczymy, te postulaty socjalne, wolnościowe, szacunku do mniejszości etnicznych, religijnych i seksualnych, idea Polski jako domu dla każdego, kto chce tu mieszkać i w zgodzie budować wspólnotę, będą miały szansę naprawdę się zrodzić w myśleniu. Ta idea przejdzie do umysłów wielu ludzi, bo dotychczasowy rząd tak zniszczył ten kraj, że będzie łatwiej rozmawiać na ten temat.

BO: Tylko zauważ, że za każdym razem, gdy dochodzi do protestów – zarówno w sprawie Sądu Najwyższego, jak i przy dzisiejszej debacie dotyczącej zamachu na media, który miałby nastąpić – za każdym razem podnosi się pewne oburzenie i pewność, że tym razem ludzie nie wytrzymają. Natomiast obserwujemy w sondażach, że jest wręcz przeciwnie, to znaczy, że z każdą wprowadzoną zmianą obywatele i obywatelki akceptują te decyzje i są z nich zadowoleni. Czy w twoim oczekiwaniu, że rzeczywiście PiS przetrwa kolejną kadencję i że może coś zepsuje, nie pojawia się jednak pewien przesadzony optymizm, jakoby psucie równało się brakowi zaufania do rządu? Co takiego musiałoby się stać, co doprowadziłoby tych ludzi do zwrócenia się ku postulatom stricte lewicowym, socjalnym?

TP: Sam fakt, że państwo jest psute, to jedno, a efekty i odczuwanie tego, co dzisiaj jest wprowadzane, wymagają czasu. Myślę, że ten czas liczy się w latach, nie w miesiącach. Za jakiś czas odpowiednia liczba spraw i orzeczeń sądowych będzie na tyle nagłośniona, że ludzie zrozumieją mechanizm, zobaczą, jak teraz będą działać sądy. To się nie stanie po jednej sprawie, po jednym przypadku, tylko po latach funkcjonowania nieudolnego rządu w taki sposób. Dlatego myślę, że to się stanie. A dlaczego tak myślę? Dlatego, że na efekty trzeba poczekać, i nie będą widoczne zaraz po wprowadzeniu nowego prawa.

BO: Coś musimy robić w trakcie tego oczekiwania.

TP: Przede wszystkim nie gadać bzdur, nie mówić rzeczy, których ludzie nie czują. Nie uświadamiać na siłę tych, którzy poczują, że ktoś ich przekonuje do rzeczy, które nie mają miejsca w ich życiu, pozwolić ludziom doświadczyć na sobie samym, jak złe są te rządy. W momencie, kiedy oni sami to zrozumieją, dopiero wtedy wskazać im, w jaki sposób z tym walczyć, natomiast nie robić tego na siłę.

BO: Co jeśli jednak „nie zrozumieją”? W oparciu o zewnętrzne czynniki, w oparciu o sondaże, my będziemy czekać i powstrzymywać swój język, czekać, aż ludzie zrozumieją. To zaczyna być problematyczne, jeżeli zaczniemy zauważać, że jednak rozumieją i pragną takiego stanu rzeczy.

TP: To jest też oderwane od innej kwestii: budowania alternatywy, która pokazuje, że my mamy coś do dania temu społeczeństwu, rozwiązania, które naprawdę mogą dobrze działać w tym państwie. Agresywne mówienie o działaniach tego rządu zupełnie się nie sprawdza i jest stricte kojarzone z takim obozem jak Platforma, Nowoczesna czy jakaś taka SLD-owska „lewica”, która już umiera, dogorywa.

BO: To, jak rozumiem, wymaga bardzo konkretnie rozwijanego planu pozytywnego.

TP: Plan pozytywny wymaga czasu i konsolidacji wielu środowisk na lewicy. Skupiłbym się na konsolidacji tych sił, wypracowaniu odpowiedniego przekazu po to, by w odpowiednim momencie mieć już gotowe rozwiązania, zamiast obiecywać „Jeżeli nam zaufacie, to wierzcie, że wypracujemy rozwiązania, które będą dobre”. Te rozwiązania już muszą być gotowe i nad nimi już trzeba pracować, po to, by za dwa lata móc wykładać od razu to, co jest naszą propozycją. Liczę na to, że strona centrolewicowa i anarcholewicowa gdzieś się spotkają i to będzie tą konsolidacją sił – wspieranie siebie w idei.

BO: Idea może tutaj nie wystarczyć, co widać po protestach. Największe protesty, jakie miały miejsce w Polsce pod rządami PiS–u, to były marsze KOD–u i Czarny Protest. To nie były marsze zainicjowane przez lewicę – to nie były Manify, to nie były Parady Równości, to nie były kontrmanifestacje 11 listopada. Moim zdaniem dlatego, że społeczności lewicowe są ogromnie wewnętrznie podzielone, często na gruncie towarzyskim, co nie pozwala zorganizować ludzi w taki sposób, w jaki każda z tych społeczności by chciała.

TP: Doskonale wiem, o czym mówisz. Pewna lewicowa opcja polityczna nie chce wspierać tej drugiej tylko dlatego, że jej członkiem jest osoba, która się nie podoba tej pierwszej. Jeżeli w ten sposób będziemy na siebie patrzeć – przyszłość widzę marnie. Niemniej w Warszawie coś zaczyna się dziać i liczę na to, że da przykład reszcie.

BO: Tylko zawsze się mówi, że to Warszawa ma dać przykład i mam wrażenie, że to największy problem, z jakim się stykamy. Czy nie jest tak, że to właśnie nie Warszawa powinna kreować inicjatywy ruchów i protestów, a wręcz przeciwnie? Może stolica powinna się otworzyć na głos pozawarszawski, kombinować, jak by tu się dogadywać z mieszkańcami i mieszkankami mniejszych miejscowości, w miasteczkach organizować swoje pola społeczne, by Warszawa nie negocjowała warunków i nie stawiała się w nich na pierwszym miejscu? Strategia „Warszawa nam powie, co dalej” moim zdaniem jest wyjątkowo krzywdząca, również klasowo.

TP: Jest fatalna, tu się całkowicie zgadzam, natomiast działałem na różnych polach w innym mieście wojewódzkim i gdzieś na samym końcu każdy czekał na sygnał z Warszawy.

MP: Moje doświadczenia są takie, bo poza Queer Solidarnie działam też w Strajku Kobiet, który jest rozproszony w całej Polsce, że osoby spoza Warszawy mają roszczenia w stosunku do stolicy, że powinna się otworzyć. Moim zdaniem Warszawa nie jest wcale tak hermetyczna, jak mogłoby się wydawać, tylko jeżeli wyciągnie się rękę do tych osób i powie: „dobrze, to powiedzcie co chcecie robić, a my zrobimy to z wami”, okazuje się, że nie mają żadnego pomysłu. Zresztą dziś w Warszawie wszystkie te ruchy (Queer Solidarnie, Obywatele RP, Strajk Kobiet) nie chcą już działać pod przewodnictwem jednego lidera, struktury są bardzo płaskie. Jeżeli ktoś coś chce robić w danym ruchu, to po prostu to robi. Jednak bardzo wiele miast, szczególnie mniejszych, potrzebuje tego wodza i wydaje mi się, że dopóki mentalność się nie zmieni, dalej będą próbować obsadzać na tym stanowisku Frasyniuka, co zresztą źle się skończyło. Wydaje mi się, że jeśli mentalnie zmienimy to, że my sami mamy rzeczywiście realny wpływ na to, co się dzieje, to jak najbardziej, wszystko może się udać.

BO: Też byłem początkowo zachwycony pomysłem protestu bez liderów, który odbył się pod Sejmem, po czym wyszła Krystyna Janda, oczywiście z pozycji liderki. Mówiła do tłumu, który wydawał się być z tej sytuacji niezmiernie ucieszony. Z drugiej strony rzeczywiście polskie ruchy antyrządowe robią się coraz bardziej egalitarne, coraz bardziej rozpraszają swoje struktury władzy, tyle że jednocześnie dominują w nich potężne procesy ucisku klasowego, wykluczenia ekonomicznego, które sprawiają, że we wspomnianych wcześniej mniejszych miejscowościach nie usłyszysz głosu wsparcia.

TP: Moje zdanie jest takie, że gdyby dwie osoby w tym kraju dogadały się i chciały utworzyć jakiś front walki o pewne sprawy, to pociągnęłyby większość społeczeństwa za sobą, ale ani jedna osoba, ani druga tego zrobić nie chcą.

BO: Czy jest jakikolwiek sens zawieszać się na tej perspektywie?

TP: Czy jest sens? Zrobiłbym to zupełnie inaczej, ale patrząc na mentalność Polek i Polaków, wydaje mi się, że naprawdę nie ma innej drogi, niż postawienie dwójki ludzi, którzy wzbudzają zaufanie i którzy powiedzą co trzeba zrobić.

BO: Zauważmy: to wcale nie jest mentalność. To, o czym mówisz, to wynik bardzo konkretnej, dość nieudolnej polityki, aspirującej do modelu schmittowskiego, a zaproponowanej przez Jarosława Kaczyńskiego w 2005 roku. Binarny podział na dwie partie, dwa skrzydła, które będą się wzajemnie antagonizować. Wcześniej mieliśmy rzeczywiście do czynienia z pewnym ideologicznym monolitem, uświęcającym ustrojową transformację. Dwanaście lat temu ów monolit został zburzony i podzielony na dwa bloki. Dlatego myślę, że to nie jest kwestia jakiejś szczególnej mentalności. Moglibyśmy się oczywiście bawić w rozbudowane analizy polskiej pańszczyzny i jej wpływu na współczesną politykę, ale to wydaje się być o tyle szkodliwe, że zamyka nas ogromnie na to, co nowe, na to, co może nadejść. Łatwiej jest powiedzieć, że taka jest mentalność Polaków i Polek – „niech się dwójka dogaduje, my będziemy lobbować i korzystać”, niż rzeczywiście pojechać do tych ludzi. Moje pytanie jest więc takie: czy Queer Solidarnie będzie badać ludzką mentalność, siedząc w Warszawie, czy będzie jeździć po miasteczkach i wsiach, by poznawać ludzi, którzy do tej pory byli fantazmatem, rozmawiać z nimi? Co jest priorytetem i gdzie robi się dzisiaj politykę? Może w odpowiedzi na te pytania czegoś się dowiemy o tej mentalności, może to więcej mówi o mentalności ludzi z większych miast, niejako przygotowywanych do władzy, niż o mentalności Polaków jako takich.

TP: Nie w tym rzecz. Musi być taka idea, poparta mimo wszystko twarzami. Musi być coś, pod czym podpisze się taka Janda, pod czym podpisze się Biedroń.

BO: Naprawdę potrzebujecie takiej „Jandy”?

TP: Czy ja chcę? Mnie osobiście jest to niepotrzebne, ale wydaje się być potrzebne większości w tym kraju. By taka Janda czy Biedroń pokazali, że skoro oni to popierają, to znaczy, że to musi być dobre.

Redagowała:

Julia Miniszewska

Grafika pochodzi z funpage’a „Queer Solidarnie”

Losowe Artykuły

teksty historyczne

mikropolityka

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne