Data:2017-12-23
Wyświetleń:4993

Widmo faszyzmu krąży po Europie
Jan Sowa

Dr. Hab. Jan Sowa inaugurując swoją współpracę ze Studenckim Komitetem Antyfaszystowskim, przypomina swój artykuł o faszyzmie.

Pamięci Clémenta Mérica

Prawicowe ożywienie

Losy ustrojów parlamentarnych w dwudziestym wieku ujawniają ciekawą, aczkolwiek również niebezpieczną właściwość demokracji przedstawicielskiej: łatwość i szybkość, z jaką mogą przekształcić się one w systemy o charakterze autokratycznym. Modelowym przykładem są tu oczywiście Niemcy, które w ciągu dwóch dekad przeszły od parlamentaryzmu podobnego do tego, jaki znaleźć można było wtedy w wielu innych państwach Europy, do skrajnej postaci rządów autorytarnych. Warto tu dodać, że w ciągu następnych niespełna dwóch dekad powróciły one do bardziej demokratycznej formy ustrojowej, stając się nawet dla wielu przykładem wzorowo działającej demokracji parlamentarnej. Ta łatwość i szybkość transformacji w drugą stronę – od autorytaryzmu do demokracji – jest oczywiście faktem budującym, z drugiej jednak strony pokazuje, że bariera oddzielająca te dwie, zdawałoby się, skrajnie odmienne formy organizacji politycznej jest stosunkowo łatwa do przekroczenia. Podobny scenariusz – od demokracji do dyktatury i z powrotem do demokracji – przerabiały w różnych wariantach liczne państwa, jak na przykład Chile, Polska, Austria, Hiszpania czy Włochy. Fakt, że w dłuższej perspektywie większość państw odchodzących od parlamentaryzmu w końcu do demokracji przedstawicielskiej jednak wracała, jest, rzecz jasna, okolicznością pozytywną, nie można jednak zapominać, że te polityczne perypetie często pociągały za sobą nawet nie setki tysięcy, ale miliony ofiar. Owa „dłuższa perspektywa” też nie budzi szczególnego entuzjazmu, skwitować ją można bowiem w ten sam sposób, w jaki Keynes podsumował przekonanie o tym, że w dłuższej perspektywie rynek zawsze reguluje się sam: w dłuższej perspektywie będziemy wszyscy martwi.

Pojawia się tu zasadnicze pytanie: czy zagrożenie autorytaryzmem i dyktaturą jest w przypadku państw o wysoko rozwiniętych i skonsolidowanych systemach parlamentarnych tylko pieśnią przeszłości czy też wciąż istniejącym, realnym zagrożeniem. Obserwując obecną sytuację w Europie – ale nie tylko w Europie, bo Stany Zjednoczone również nie są wolne od szeregu poważnych problemów politycznych – nie sposób nie zadać sobie tego pytania. Lata dwutysięczne przyniosły silne i, jak się wydaje, trwałe ożywienie skrajnie prawicowych sentymentów i dążeń politycznych. Kariera Jörga Heidera i jego partii w Austrii, ostre konflikty na tle religijnym i etnicznym w Holandii, uznawanej przecież za bastion wolności oraz tolerancji, rosnące poparcie Francuzów dla radykalnie anty-imigranckiej partii Jean-Marie Le Pena, kierowanej obecnie przez jego córkę, wyborcze sukcesy separatystycznej UKIP w Wielkiej Brytanii, rządy Viktora Orbana na Węgrzech czy wreszcie spektakularny sukces wyborczy partii Złoty Świt w Grecji to niektóre tylko przykłady tego powszechnego brunatnienia ustrojów parlamentarnych Zachodu. Fala ta nie ominęła również Polski, na co dowód dają kolejne, coraz liczniejsze mobilizacje prawicy na 11 listopada oraz przypadki brutalnych ataków na imigrantów i przedstawicieli mniejszości etnicznych w naszym kraju, jak, na przykład, to, co stało się ostatnio w Katowicach, gdzie stojący spokojnie na dworcu PKP obywatel Egiptu został uderzony młotkiem w twarz przez nieznanego sprawcę.

Toutes proportions gardées, nie sposób nie pomyśleć w tym kontekście o losach Republiki Weimarskiej i o procesie jej faszyzacji. Porównanie to wydać się może w pierwszej chwili przesadzone, ale jest tak przede wszystkim dlatego, że patrzymy na III Rzeszę przez pryzmat wydarzeń II wojny światowej. Pamiętajmy jednak, że Hitler nie zbudował krematoriów i nie wymordował milionów ludzi w pierwszym dniu swojej politycznej kariery. Przez długi czas jego antysemityzm postrzegany był jako bardziej nasilony niż społeczna średnia tamtych czasów, jednak nie odbiegający radykalnie od dopuszczalnych postaw i poglądów politycznych. Dokładnie to samo można powiedzieć o szowinizmie i ksenofobii Orbana, Heidera czy Le Penów. Gdybyśmy mogli odfiltrować z wyobrażenia o faszyzmie lat 30-tych XX wieku naszą wiedzę o koszmarach II wojny światowej, podobieństwo okazałoby się bliższe niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Tym bardziej, że nazizm ukształtował się w obrębie ustroju parlamentarnego i zdobył władzę poprzez wyborcze mechanizmy demokracji przedstawicielskiej, aby dopiero później zawiesić jej procedury. Co znamienne, to zawieszenie dokonało się również w sposób zgodny, przynajmniej pozornie, z jej logiką – poprzez wprowadzenie permanentnego stanu wyjątkowego.

Czytelników i czytelniczki, które podejrzewają w tym momencie, że zamierzam powtórzyć krytykę demokracji autorstwa włoskiego filozofa polityki Giorgio Agambena i próbować udowodnić, że owo łatwe przejście od parlamentaryzmu do nazistowskiej dyktatury dokonało się, ponieważ nazizm wyartykułował tylko ukrytą, totalitarną istotę nowoczesnej polityki obecną również w ustrojach demokratycznych[1], pragnę od razu uspokoić, że nic podobnego nie jest moim zamiarem. Nie podzielam Agambenowskiego przekonania, że „obóz koncentracyjny to biopolityczny paradygmat nowoczesności”, jak głosi tytuł jednego z rozdziałów Homo Sacer i nie sądzę, aby biopolityka była w ogóle istotowo powiązana z parlamentaryzmem czy nowoczesnością. W dzisiejszym świecie najbardziej biopolitycznym państwem są bez wątpienia Chiny z przymusowymi aborcjami, ścisłą kontrolą wewnętrznych migracji, fabrykami przypominającymi obozy pracy, zbiorową gimnastyką itp. Moja perspektywa bliższa jest tej zaproponowanej przez Wilhelma Reicha i podchwyconej później przez Deleuze’a i Guattari’ego: mechanizmy parlamentarne mogą łatwo przekształcić się w faszyzm, ponieważ jego kariera nie była i nie jest efektem manipulacji dokonanej przez pojedyncze jednostki, ale efektem powszechnego pragnienia faszyzmu wśród mas[2]. Przyczyna nie była więc strukturalna, ale podmiotowa: to nie parlamentaryzm wyraził w jakiś sposób swoją istotę, ale raczej masy zrealizowały swoje faszystowskie pragnienie (którego kształtowanie się jest, w mojej ocenie, związane z deficytami demokracji, o tym jednak później). Obecnie mamy w Europie do czynienia z podobną sytuacją, co w niebezpieczny sposób zbliża nas do realiów Republiki Weimarskiej. Z tych powodów powinniśmy na serio przemyśleć ryzyko powtórnego rozegrania się w Europie faszystowskiego scenariusza włącznie z w powtórką holocaustu, którego ofiarami nie byliby jednak w dzisiejszej Europie Żydzi, ale najprawdopodobniej muzułmanie.

Jak z prawa, tak z lewa?

Prawicowo-konserwatywne ożywienie nie jest bynajmniej jedyną złą wiadomością dla hegemonii liberalnego centrum. Ostatnia dekada, a właściwie prawie półtorej dekady, bo za moment przełomowy uznać należy masowe protesty przeciw obradom Światowej Organizacji Handlu w Seattle w listopadzie 1999 roku, to okres wyraźnego przebudzenia różnego rodzaju ruchów i dążeń lewicowych. Na początku ubiegłej dekady w Polsce było ono słabo widoczne, jednak okres rządów PiS w latach 2005-2007 doprowadził do radykalizacji i częściowo konsolidacji środowisk lewicowych[3]. Widoczny jest systematyczny ruch w stronę realizacji przynajmniej niektórych postulatów tzw. lewicy kulturowej, a więc tej części lewicy, która interesuje się kwestiami uznania, równouprawnienia, walki z dyskryminacją itp.: związki partnerskie prędzej czy później staną się w Polsce rzeczywistością, przeciw drakońskiemu ustawodawstwu antynarkotykowemu wypowiadają się dzisiaj coraz głośniej nawet tak konserwatywne postacie jak Lech Wałęsa, a autorytet Kościoła katolickiego staje się coraz słabszy i w przeciwieństwie do lat 90-tych XX wieku instytucja ta z ofensywy przeszła do defensywy. Na polu teorii i refleksji akademickiej myśl kojarzona z lewicą staje się coraz bardziej widoczna, czego najlepszym dowodem jest fakt, że w tym roku nakładem PWN ukazało się pierwsze w III RP wydanie nowego tłumaczenia Karola Marksa[4]. Kryzys finansowy 2008 roku sprawił, że krytyka korporacyjnego kapitalizmu neoliberalnego przestała być kojarzona z demolowaniem przez anty-globalistów restauracji McDonalds.

Pod wieloma względami sytuacja wygląda tak, jakbyśmy mieli do czynienia z procesem opisywanym przez agonistyczną teorię demokracji Chantal Mouffe i Ernesto Laclau[5]: demokracja jest przestrzenią sporu między przeciwstawnymi wizjami życia społeczno-politycznego, które konfrontują się w starciu o fundamentalne elementy ładu ustrojowego. W sporze tym nie ma nic złego, a wręcz przeciwnie – jest on znacznie lepszy niż konsensus liberalnego centrum, który jest nie tyle polityczny, co post-polityczny. Nie będę w tym miejscu wdawał się ani w szczegółowe rekonstrukcje koncepcji Mouffe i Laclau ani w polemikę z nimi. Ich afirmacja polityczności i sprzeciw wobec post-politycznego konsensusu są w mojej ocenie słuszne. Mylą się jednak, nie doceniając tego, co nie jest w społeczeństwie ściśle antagonistyczne, ale raczej wspólne i współdzielone. Z tego powodu ciekawsze i trafniejsza wydaje mi się konceptualizacja zaproponowana przez Jacquesa Rancière’a. Tak jak Mouffe i Laclau podkreśla on rolę sporu i niezgody w uprawianiu polityki, wskazuje jednak, że dotyczy ona zawsze tego, co wspólne (le commun) i że społeczno-politycznego uniwersum nie da się pokroić na kawałki należące wyłącznie do poszczególnych osób czy frakcji (dlatego właśnie jego centralna kategoria polityczna to le partage, co po polsku trzeba oddać jako „dzielenie”, a nie „podział”, jak chcą tego niektórzy tłumacze książek Rancière’a)[6].

Niewątpliwe ożywienie ruchów i organizacji lewicowych prowadzi czasem do konstatacji, że lewicowa krytyka prawicowo-konserwatywnego zrywu w Polsce jest nieuczciwa, bo sprowadza się do oskarżeń o ekstremizm wysuwanych przez tych, którzy sami zajmują równie ekstremistyczne pozycje, tyle że po drugiej stronie sceny politycznej. Taką tezę postawił nie tak dawno Jarosław Gowin, przyznając, że prawica przesadza, ale że lewicowa krytyka owej przesady jest nieuczciwa, ponieważ lewica również pielęgnuje ekstremizmy, odwołując się do Lenina i komunizmu itp. Nie jest to słuszna diagnoza i warto poświęcić chwilę wyjaśnieniu sytuacji, która pozostaje bardziej złożona niż wydaje się to obrońcy polskich zarodków.

Przede wszystkim postulatów prawicowych i lewicowych nie można w prosty sposób zestawić ze sobą jako lustrzanych przeciwieństw. Łatwo jest to pokazać na przykładzie dyskusji wokół dyskryminacji, a konkretnie małżeństw osób homoseksualnych. Problemy, jakie rodzi ich niedostępność mają dla zainteresowanych dojmujący charakter i dotyczą przede wszystkim ich samych: niemożliwość objęcia partnera ubezpieczeniem społecznym, dziedziczenia, dostępu do informacji medycznej itp. Pozycja przeciwników małżeństw homoseksualnych jest zupełnie inna: ich dopuszczalność lub jej brak nie zmienia niczego w ich własnych życiach, a ich sprzeciw w ogóle nie dotyczy tego, jak wygląda ich własna egzystencja, ale tego, jak wyglądać powinno życie innych ludzi. To są kompletnie różne rzeczy. Realnych i konkretnych problemów oraz cierpień dotykających osoby dyskryminowane nie da się zrównać z urojonymi problemami oraz cierpieniami tych, którzy są zwolennikami dyskryminacji i obawiają się jej zniesienia. Używam tu słowa „urojony” w czysto deskryptywnym sensie na opisanie czegoś, co nie jest w żaden sposób elementem bezpośrednio danej rzeczywistości jakiegoś człowieka, ale jedynie produktem jego umysłu (w tym wypadku: cierpienie wynikające ze świadomości, że ktoś inny będzie miał możliwość zawarcia małżeństwa z partnerem bądź partnerką tej samej płci). Taki punkt widzenia nie jest bynajmniej lewicowym ekstremizmem. Dokładnie w ten sam sposób argumentował niedawno Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych, oddalając pozew grupy obywateli Kalifornii, która sprzeciwiła się małżeństwom homoseksualnym, twierdząc, że z ich powodu dzieje się im krzywda (sprawa Hollingsworth vs. Perry). Sąd uznał, że wnioskodawcy nie są w stanie tej krzywdy wykazać[7]. W tym właśnie sensie jest to krzywda urojona, której nie da się sensownie – ani pod względem etycznym ani logicznym – zestawić z realną krzywdą wynikającą z dyskryminacji. Tak się sprawa ma ze znakomitą większością kulturowych postulatów lewicy: chodzi w nich tylko o to, aby ludzie mogli sami decydować o tym, w jaki sposób żyją. Postulaty prawicowe sprowadzają się do uzurpowania sobie prawa do decydowania o tym, jak mają żyć inni. Trudno zrozumieć, dlaczego politycy, którzy sami siebie nazywają liberałami, nie popierają w tej sprawie jednoznacznie postulatów lewicy. Są one w 100% zgodne z podstawową dla liberalizmu definicją wolności jako przestrzeni, w której można działać, nie naruszając wolności innych.

Druga sprawa: poziom przemocy i agresji wpisany w prawicowe przebudzenie jest nie do porównania z czymkolwiek, o czym można mówić po stronnie lewej. Jest znamienne, że najbardziej radykalne elementy środowisk lewicowych – przede wszystkim anarchiści – kierują swoje destruktywne działanie przede wszystkim w kierunku mienia: znane sceny palenia samochodów, demolowania restauracji McDonalds, wybijania witryn sklepowych itp. Nie chcę w ogóle wchodzić w dyskusję, na ile jest to dopuszczalne i czy – co moim zdaniem ważniejsze – jest w ogóle skuteczne, ponieważ jest to sprawa na osobne rozważania. Dla nikogo nie ma chyba jednak wątpliwości, że wybicie młotkiem szyby nie może być zrównane pod względem etycznym i prawnym z uderzeniem kogoś młotkiem w twarz. Jest dziwne i niepokojące, że osoba pełniąca funkcję ministra sprawiedliwości, jak Jarosław Gowin, tej różnicy zdaje się nie dostrzegać. Na tym polega jeden z podstawowych problemów z ekstremalną prawicą, który sprawia, że nie da się jej zestawić z ekstremalną lewicą. Dla tej drugiej problem są przede wszystkim rozwiązania i mechanizmy o charakterze systemowym: rządy korporacji, zbliżenie między elitami politycznymi a biznesowymi, nadmierna władza instytucji międzynarodowych nie poddanych demokratycznej kontroli, jak MFW czy MOH, deficyty demokracji na poziomie państw, dyskryminacja legalizowana przez prawodawstwo itp. Prawica atakuje natomiast grupy ludzi lub pojedyncze jednostki: Żydów, imigrantów, Romów, Arabów, gejów, Putina itp. Symptomatyczne jest, że nie powstał nigdy żaden „Brown Watch”, który dążyłby do napiętnowania działaczy ekstremalnej prawicy w sposób analogiczny do tego, w jaki „Red Watch” piętnuje domniemanych wrogów narodu polskiego. I czy ktoś słyszał, aby jakiekolwiek lewicowe bojówki dokonały czegoś równie barbarzyńskiego, jak pobicie na śmierć kastetami osiemnastoletniego Clémenta Mérica przez prawicowych ekstremistów w Paryżu w czerwcu tego roku? Wątpię. Oczywiście, lewicowe demonstracje kończą się często bójkami z policją i innymi służbami porządkowymi to jest jednak coś innego niż zakatowanie na ulicy nieuzbrojonego człowieka czy uderzenie kogoś młotkiem w twarz.

I wreszcie trzeci powód, dla którego lewicowego i prawicowego ożywienia nie można sensownie ze sobą zestawić: kwestia skali. Przywódcy niektórych lewicowych organizacji, jak np. szef „Krytyki Politycznej”, Sławomir Sierakowski, lubią poprawiać sobie samopoczucie przechwałkami o tym, jak wielki ruch społeczny zbudowali, prawda jest jednak taka, że możliwości mobilizacyjne lewicy są mizerne w porównaniu z rozmiarem sił prawicowych[8]. Pokazują to doskonale obchody święta 11 listopada w Warszawie w ostatnich latach. W 2011 roku na placu Konstytucji kordon policji oddzielał ok. 2 tysiące lewicowców od ok. 10 tys. prawicowców; w roku 2012 demonstracja narodowców zebrała 20 tysięcy uczestników, a marsz anty-faszystowski w najlepszym wypadku 10 razy mniej. W III RP największym ruchem społecznym była i jest grupa słuchaczy Radia Maryja, której udało się na przykład zebrać ok. 3 miliony podpisów pod petycją domagającą się wprowadzenia telewizji Trwam do oferty cyfrowej telewizji naziemnej. Żadna lewicowa siła, nawet umiarkowana, nie może liczyć na podobną mobilizację.

Z powyższych powodów sytuacja wydaje się jasna i oczywista: mamy do czynienia z wyraźnym przechyłem prawicowym, którego rozmiary wielokrotnie przewyższają cokolwiek, o czym można by mówić (a nawet marzyć) na lewicy. Nie istnieje też jakakolwiek symetria ekstremizmów – idee prawicowe są daleko bardziej agresywne i niebezpieczne niż lewicowe.

Co dalej z nami będzie?

Pojawiają się oczywiście dwa pytania: co będzie dalej i co z tym zrobić? Nie będę nawet próbował kreślić tu jakichkolwiek konkretnych scenariuszy na przyszłość. Raczej tylko możliwości i dylematy. Złośliwi twierdzą, że nauki społeczne przypominają meteorologię: potrafią doskonale opisać i wytłumaczyć tornada, huragany, powodzie i inne klęski, które właśnie przeżyliśmy, ale nie są w stanie przewidzieć tych, które nas dopiero czekają. Jest w tym wiele prawy. Powód słabych zdolności predykcyjnych obu dyscyplin jest podobny: bardzo wysoki stopień złożoności systemów, którymi się zajmują (a w przypadku nauk społecznych dodatkowe problemy wynikające z wolnej – przynajmniej częściowo i czasami – woli podmiotów działających w społeczeństwie). Z tych powodów bardzo trudno jest skonstruować modele o uniwersalnej ważności. Przekonali się o tym w dwudziestym wieku amerykańscy socjologowie skupieni wokół Talcotta Parsonsa: w latach 50-tych tego stulecia tworzyli opasłe traktaty, w których pokazywali, jak doskonale zintegrowaną i świetnie funkcjonującą strukturą jest społeczeństwo amerykańskie, aby zaledwie dekadę później skonfrontować się z największą od czasów Wojny Secesyjnej falą społecznych walk i konfliktów.

Problem braku zadowalającego modelu dotyczy również rozwoju i kształtowania się faszyzmu w dwudziestowiecznej Europie. Wyjaśnień tego zjawiska jest wiele, a najpopularniejsze spośród nich tylko częściowo wydają się pasować do obecnej sytuacji. Wielu autorów i autorek powtarza na przykład w mniej lub bardziej zmodyfikowanej formie diagnozę sformułowaną w dwudziestoleciu międzywojennym niezależnie przez dwóch badaczy – Waltera Benjamina i Wilhelma Reicha – i łączącą sukces faszyzmu z nieudaną rewolucją społeczną. Echa tego rozumowania pobrzmiewają w koncepcjach przywoływanej już przed momentem Chantal Mouffe, ale również w diagnozie klęski Solidarności Davida Osta: wzrost ubóstwa i nierówności społecznych w powiązaniu z wyparciem z głównego nurtu dyskusji społeczno-politycznych antagonizmu materialnego – rodzaju „walki klas” – sprawiają, że niewyładowany gniew i frustracja społeczna stają się kołem zamachowym różnego rodzaju populizmów i wojen kulturowych: polowania na „zdrajców narodu”, Żydów, współpracowników tajnych służb, agentów Putina, imigrantów, Romów, gejów, lewaków itp.[9] Bez wątpienia podobny mechanizm działa, nie wydaje się jednak, aby tłumaczył wszystko. Bardzo problematyczny okazuje się w tym świetle przykład Austrii, a więc kraju, który zadziwiająco dobrze radzi sobie z kryzysem gospodarczym, utrzymując przy rozbudowanym systemie opieki społecznej jeden z najniższych na świecie wskaźników bezrobocia – a jednocześnie najwyższych poziomu życia – a jednocześnie doświadczającego jednak w dużym nasileniu sentymentów ksenofobicznych i anty-imigracyjnych[10]. Widać wyraźnie, że chodzić tu musi o coś więcej niż sama tylko desublimacja gniewu zrodzonego z materialnej nędzy.

Nawet jeśli skonstruowanie uniwersalnego w czasie i przestrzeni modelu rodzenia się faszyzmu jest możliwe (wiele racji ma tu zapewne Reich, wskazując na związki pomiędzy religią, autorytarną rodziną a faszyzmem, co rzuca pewne światło na przypadek nie tylko Austrii, ale również Polski), nie podjąłbym się niczego podobnego na kilku stronach, jakie zajmuje ten tekst. Proponuję raczej na koniec zastanowić się nad inną kwestią: skoro demokracje parlamentarne tak łatwo przeobrażają się w autorytarne dyktatury, może powinniśmy na serio zastanowić się nad reformą tego ponoć najlepszego z wymyślonych ustrojów i wprowadzić do naszej kultury politycznej mechanizmy pozwalające zorganizować naszą wspólnotę w sposób mniej narażony na faszystowską degenerację. W swoim poprzednim artykule dla „Przeglądu Politycznego” wspominałem już o pro-demokratycznych protestach z lat 2010 – 2011 (Arabska Wiosna, Ruchy Occupy itp.), a gdzie indziej sprawę analizowałem bardziej szczegółowo[11], nie chcę więc powracać tu do tych samych faktów i ich interpretacji. Wspominam po raz kolejny o wydarzeniach roku 2011, ponieważ należy je łączyć, w mojej ocenie, z ożywieniem ekstremalnie prawicowych ruchów i idei, jakie obserwujemy obecnie w Polsce i na świecie. Jedno i drugie jest wyrazem kryzysu instytucji przedstawicielskich i to kryzysu, co bardzo istotne, nie wynikającego z degeneracji owych instytucji, ale z samych zasad, na których zostały zbudowane. Podstawowym problemem jest tu wyłączenie obywateli z bezpośredniego udziału we władzy. Stanowi ono kamień węgielny nowoczesnych demokracji. James Madison, jeden z Ojców Założycieli pierwszej w pełni ukonstytuowanej demokracji parlamentarnej pisał:

Wielka różnica między demokracją a republiką polega na oddaniu w tej drugiej władzy w ręce małej grupy obywateli wybranych przez resztę. Republika odznacza się całkowitym wyłączeniem ludu, w jego kolektywnej formie, z jakiegokolwiek udziału w rządzie[12].

Trudno o bardziej otwarte i szczere ujęcie istoty problemu: w ustroju przedstawicielskim chodzi o wyłączenie ludu ze sprawowania władzy. W inny sposób to samo diagnozuje konkurencyjna teoria demokracji Josepha Schumpetera: wybory nie służą wyrażeniu czyjejkolwiek woli, ale jedynie przyzwolenia na rządy sprawowane przez konkretne osoby prezentujące się jako kandydaci do rządzenia[13]. Szczerość, z jaką formułowali to wcześni teoretycy i praktycy parlamentaryzmu, niestety zupełnie się dzisiaj zagubiła: słyszymy non-stop, że jesteśmy obywatelami państw o ustroju demokratycznym, co jednak mija się z prawdą. Jesteśmy obywatelami państw o ustroju republikańskim, który zbudowano nie jako wcielenie ideałów demokratycznych, ale jako rodzaj alternatywy wobec demokracji i zabezpieczenia przed nią[14].

Wyłączenie ludu z udziału w rządzie miało oczywiście swoje polityczne uzasadnienie: stabilizację politycznego funkcjonowania państw o ustroju parlamentarnym. Funkcję tę spełniało, ale pewnym kosztem: alienacji obywateli i rosnącego braku identyfikacji ze strukturami władzy. Trzeba pamiętać, że mówimy tu o mechanizmach politycznych zaprojektowanych ponad dwa wieki temu w zupełnie innych realiach społeczno-kulturowych. Postęp emancypacji i upodmiotowienia, jaki od tamtego czasu nastąpił, jest gigantyczny. W wielu innych sferach – począwszy od drobnych kwestii życia codziennego, jak np. samodzielna obsługa konta bankowego, poprzez rosnącą autonomię w podejmowaniu ważnych decyzji życiowych (wybór partnera w małżeństwie, samodzielne kształtowanie ścieżki edukacji i kariery zawodowej) aż po przyjmowanie odpowiedzialności za fundamentalne kwestie materialne, jak np. samodzielne oszczędzanie na własną emeryturę – jesteśmy dziś nie tylko coraz bardziej samodzielni i upodmiotowieni, ale nawet do tej podmiotowości aktywnie zachęcani przez panująca ideologię (neo)liberalną. W sferze politycznej traktuje nas się jednak z takim samym paternalizmem, odbierając nam możliwość samodzielnego decydowania o tym, co nas dotyczy i zmuszając nas, jak dwieście lat temu, do oddawania naszych losów w ręce elity politycznych przedstawicieli, którzy mają działać, ponoć, nie tylko w naszym imieniu, ale również w naszym interesie. Niewiele osób interesuje się myślą polityczną w stopniu wystarczającym, aby odnieść tę sprzeczność do teorii i historii demokracji tak, jak zrobiłem to powyżej, ale wiele – i coraz więcej – odczytuje fałsz parlamentaryzmu, który sprowadza się do zatarcia różnicy, a nawet przepaści między demokracją a republiką. Efektem jest rosnące w siłę przekonanie, że „państwo nie jest nasze”. Po lewej stronie sceny politycznej owocuje to dążeniem do pozbycia się coraz mniej użytecznych, a coraz bardziej pasożytniczych elit – czego kwintesencją jest hasło znane z protestów w Argentynie w 2001 roku: Que se vayan todos! – „Wszyscy [politycy] muszą odejść”). Po prawej widzimy bardzo podobną dezindetyfikację z ideologią i konkretnymi mechanizmami państwa Jest na przykład znamienne, że prawica coraz częściej zamiast o „państwie polskim” mówi o „państwie Tuska”. To wszystko napędza dążenia do radykalnej reformy strojowej, która wreszcie „zrobiłaby z tym wszystkim porządek”, jak np. projekt IV RP.

Stoimy więc przed fundamentalnym dylematem. Rządy przedstawicielskie, których pojawienie się dwa wieki temu oceniam – nie chcę, aby były co do tego jakiekolwiek wątpliwości – jako gigantyczny postęp w stosunku do wcześniejszych form organizacji władzy, zaczynają wyczerpywać swój potencjał i nie mają przed sobą długiego życia (w mojej ocenie, co najwyżej kilka dekad). Tak prawica, jak lewica pragnie czegoś, z czym ludzie byliby w stanie bardziej się zidentyfikować: prawica – silnej władzy, z którą można by utożsamić się tak jak z figurą ojca (spójrzmy, na przykład na kult Jarosława Kaczyńskiego i okrzyki „Jarosław, Polskę zbaw!”), lewica – bardziej uczestniczących mechanizmów władzy, pozwalających na identyfikację obywatelską. Dylemat ten nie zniknie sam. Nie wynika on, jak starałem się pokazać, z samych tylko zamiatanych pod dywan problemów socjalnych, jak chciałaby „sublimacyjna” teoria prawicowego populizmu, chociaż na pewno kryzysy ekonomiczne przyczyniają się do jego wyostrzenia (zbieżność protestów społecznych w Europie i USA z konsekwencjami kryzysu finansowego 2008 roku i ich większe nasilenie na południu Europy, borykającym się z większymi problemami, to tego wyraźny dowody). Mamy więc do wyboru: faszyzm albo demokracja (ale demokracja właśnie, a nie republika, w której żyjemy obecnie). Która opcja przeważy, zależy tylko od nas.

[1] Zob. G. Agamben, Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie, tłum. M. Salwa, Warszawa 2008.

[2] Zob. W. Reich, Psychologia mas wobec faszyzmu, tłum. E. Drzazgowska, M. Abraham-Diefenbach, Warszawa 2009, G. Deleuze, F. Guattari, Capitalisme et schizophrénie. L’Anti-Oedipe, Paris 1972.

[3] Chodzi mi przede wszystkim o ruchy i organizacje pozaparlamentarne. Nie widzę żadnej sensownej definicji lewicowości, zgodnie z którą za formację lewicową uznać można SLD, a więc partię, której czołowi politycy wysyłali polskich żołnierzy do Iraku i Afganistanu, pomagali w organizacji nielegalnych więzień CIA w Polsce, patronowali uchwaleniu konstytucji z odwołaniem do wiary w Boga, podpisywali Konkordat itp.

[4]K. Marks, Rezultaty bezpośredniego procesu produkcji, tłum. M. Ratajczak, Warszawa 2013.

[5]Zob. E. Laclau, Ch. Mouffe, Hegemonia i strategia socjalistyczna. Przyczynek do projektu radykalnej polityki demokratycznej, tłum. S. Królak, Wrocław 2007 oraz Ch. Mouffe, Paradoks demokracji, tłum. W. Jach, Wrocław 2005.

[6]Zob. J. Rancière, Dzielnie postrzegalnego, tłum. M. Kropiwnicki i J. Sowa, Kraków 2007 oraz tenże, Na brzegach politycznego, tłum. I. Bojadżijewa i J. Sowa, Kraków 2008.

[7] Zob. np. E. Segall, The Prop. 8 ruling, in lay person's terms, “Los Angeles Times”, June 27 2013.

[8] Złudzenia niektórych lewicowców wynikają przede wszystkim z tego, że trudno jest im zdystansować się wobec perspektywy salonu, w którym zasiadają. Rzeczywiście, wśród elit akceptacja szeregu mniej lub bardziej radyklanych postulatów lewicy – zwłaszcza kulturowej – wydaje się duża. Inaczej jest jednak na poziomie, na którym generują się oddolne ruchy społeczne. Tutaj hegemonia prawicy jest bezdyskusyjna.

[9] Zob. D. Ost, Klęska „Solidarności”. Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie, tłum. H. Janowska, Warszawa 2007.

[10]Dziękuję Michałowi Kozłowskiemu za zwrócenie mi uwagi na tę paradoksalną sytuację.

[11]Zob. J. Sowa, Polityczność wielości, “Przegląd Polityczny” 117 (2013), tenże, Multitude as A Subject of Democratic Revolutions. Several Conlusions from The Psychoanalysis of A Collective Voice, “R/Evolutions”, Volume 1, Issue 1, June 2013 (pismo dostępne on-line: http://www.r-evolutions.amu.edu.pl/issues/REVOLUTIONS_VOL.1.pdf). [12]J. Madison, The Same Subject Continued, „Th e Federalist”, no. 10.

[13]Kwestie te omawiam szczegółowo gdzie indziej. Zob. J. Sowa, Ciesz się, późny wnuku! Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna, Kraków 2007.

[14]James Madison był bardzo złego zdania o demokracji, czemu dał wyraz w tym samym artykule:

Demokracje były zawsze areną zamieszek i sporów. Nie respektowały indywidualnego bezpieczeństwa i praw własności. Ich żywot był generalnie krótki, a śmierć gwałtowna. Politycy, którzy wychwalali teoretyczną wyższość tych systemów, błędnie zakładali, że sprowadzając ludzkość do doskonałej równości politycznej, wprowadzają jednocześnie doskonałą równość własności, opinii i namiętności.

Warto zwrócić tu uwagę na pojawiający się dwukrotnie motyw własności i prawa własności. Obawy wobec demokracji wiązały się – i wiążą – z przekonaniem, że całkowicie suwerenny lud przestanie respektować święte prawo własności. Jest to słuszne przekonanie: prywatna własność środków produkcji będzie bez wątpienia jedną z pierwszych ofiar autentycznie demokratycznej rewolucji.

Miejsce pierwotnej publikacji: „Przegląd Polityczny” nr 119/2013

Grafika:

Zdjęcie zrobione przez Malwinę Bątruk

Losowe Artykuły

mikropolityka

felietony

teksty historyczne

teksty historyczne