Data:2017-01-10
Wyświetleń:529

Co z symboliką?
Sebastian Słowiński

W dzisiejszych czasach, czasach postideologicznych, symbole, moim zdaniem, straciły na dotychczasowym znaczeniu i wymowności. Rola czerwonych przypinek z Leninem jest zgoła odmienna od znaczenia politycznego w wieku XX, chociaż jest niezmiennie potrzebna dla uzyskania pewnych reakcji. Gdy dzisiaj wychodzę na ulicę, a oczywiście robię to, z leninowskim symbolem, nie znaczy to bynajmniej, że jestem komunistą. Próbuję w ten sposób skonfrontować establishment z czymś „niecodziennym”, aby w odpowiedzi na niepolityczny charakter mojego czynu uzyskać odpowiedź, wywołać rezonans.

Lenin przypięty do mojego płaszcza wywołuje zazwyczaj dwie reakcje. Pierwsza jest taka, że błędnie jestem brany za leninistę i wtedy ktoś wyraża aprobatę dla moich preferencji lub, co częściej ma miejsce, obrzuca mnie wiązką wulgaryzmów, zarzucając przy tym głupią prowokację. Jak jedna i druga reakcja nie jest tym, czego oczekuję, to, mimo wszystko, cieszę się, gdy spotykam się z opinią „prowokatora”. Uważam, że skostniałe i ciasne ramy polityczne, odżegnujące się od ideologii, a coraz częściej powołujące się na „bezpieczeństwo obywateli”, należy wysadzać oraz bombardować, nacierać na nie i obrzucać je prowokacjami. Wydaje się mi, iż nie zaryzykuję wiele (a nawet jeśli tak, to warto) i nie będę się też bardzo mylił w tej sprawie, nieobecnej i mdłej, gdy podzielę się swoim odczuciem: żyjemy w czasach politycznej ekspresji — już dawno pogrzebaliśmy etap, na którym ważna była polityczna tożsamość. Nieistotne są deklaracje, lecz czyny. Niepoważnym wydaje się też zapisywanie do partii — poważnym natomiast wydaje się „polityczna” obecność pozaparlamentarna.

W pewnym momencie historii, a mianowicie w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, ideologia przestała odgrywać dotychczasową rolę. Znamienitym tego przykładem jest ruch uczniowsko-studencki ’68. Młodzież, czująca się wyparta z polityki, a tylko zdana na płody zachodniej demokracji, zorganizowała się w nieformalne grupy antytotalitarne. Rewolta ’68 miała wydźwięk pozbawiony ideologii (chociaż, co prawda, uczestniczki ruchu sięgały po literaturę, którą dzisiaj niektórzy nazywają lewacką — całkiem niesłusznie moim zdaniem). Każdy młody człowiek, czujący się oszukany przez obietnicę zachodu brał udział w happeningach, prowokacjach i demonstracjach. Fala oburzenia młodych zalała demokratyczny zachód, uwypuklając przy tym skrzętnie chowaną przemoc systemu i strukturę wyzysku konsumpcjonizmu. Dzięki członkom i członkiniom niezależnych, socjalistycznych ugrupowań drugiej połowy ubiegłego wieku widzimy świat przez mniejszą liczbę filtrów, fałszujących rzeczywistość. Akumulacja frustracji ideologiami znalazła ujście w formach buntu: przemarsze, spotkania, performance — to wszytko należało do spektrum aktywności politycznej młodych z ruchu ’68. Zamiast haseł partii, to hasło komentujące autorytatywne rządy Zachodu. Zamiast programu wyborczego — prowokacyjne skandowanie, gloryfikujące Mao, którego Chińska Rewolucja Kulturalna stała się zarówno wzorem, jak i ideałem nowego, antyautorytatywnego dyskursu politycznego pokolenia 68. A to wszystko w imię falsyfikacji i obalenia mitu zachodniej wolnorynkowej demokracji, będącej katem niewinnych osób w Wietnamie, opozycji pozaparlamentarnej w RFN i mas studenckich na całym świecie, organizujących się w protestach antyrządowych.

Symbole, jakkolwiek ich potrzebujemy, są niebezpieczne, a co przede wszystkim — reakcyjne. Cynizmem byłoby wyrywać ludziom przypinki partyjne z klap ich marynarek. Niepodobna też śmiać się z symboli, dementować ich znaczenie oraz szydzić z osób korzystających z tożsamościowych przedmiotów bez uprzedniej krytyki i analizy. Dobrze wiemy, że bezpieczniej czujemy się, gdy podpisujemy się pod pewnym pomysłem, ideą albo twarzą — po części zmywamy z siebie odpowiedzialność, po części wstępujemy do wspólnoty i nie czujemy się samotni, oraz wyzbywamy się własnej orientacji. Definiując siebie jako członka wspólnoty, redukujemy własną osobę do „statutowych” założeń inicjatywy. Dobrze wiemy, iż każdy musi się nagiąć i zrezygnować z niektórych swoich sądów, aby móc być w pełni członkiem. Problemem wydaje się kurczowe poszukiwanie symbolów, gdyż nastawiając się teleologicznie na symbol, to podczas jego poszukiwań tracimy po drodze własne indywidua (od których oczywiście trzeba odejść, jeśli mamy podpisać się w pełni pod strukturalnym społeczeństwem).

Rzecz, jeśli nie jestem w błędzie, w tym, iż otworzyć musimy społeczeństwo*. Potrzebne nam społeczeństwa otwarte na zarówno inność, jak i obcość, abyśmy nie dogmatyzowali się z pewnymi tezami. Ratunkiem, lekarstwem, przed skostnieniem ram myślenia (w ogóle przed ich wytworzeniem — wyrzucić ramy, rozciągnąć płótno i nazwać obrazem wszystko!) oraz instrumentem prewencyjnym jest ciągła zmiana punktu widzenia i rezygnacja z osiadłego miejsca obserwacji. Postscriptum, problem epistemologiczny. Między prowokacją a poznaniem i rzeczywistością; zapewne tekst otworzy perspektywę dłuższej dyskusji o obecności znaków tożsamościowych, gdyż ich oddziaływanie, potrzeba i niejasny status nakłaniają do refleksji. Czym one są i czy naprawdę są potrzebne ruchom społecznym? Czy, od tego pytania chciałbym wyjść, możemy myśleć bez symboliki? *Fragment o społeczeństwie otwartym jest parafrazą tezy książki K. Poppera Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie, przeł. Halina Krahelska, PWN, Warszawa 2006. Popper tworzy pojęcie społeczeństw zamkniętych, bazujących na ideologiach, pseudonaukach (marksizm, freudyzm, państwo Platońskie), które nie są w stanie opisać ani człowieka, ani racji. Człowiek, za Sartrem, może zdefiniować się tylko poprzez wolność — tę daje mu społeczeństwo otwarte.

Losowe Artykuły

teksty historyczne

felietony

felietony

mikropolityka