Data:2018-02-01
Wyświetleń:453

Liberalna walka lewicy
Tomasz Figura

Lewica uwikłana jest w nieprzepracowany, a przez to wyparty ze świadomości związek z liberalizmem, przypominający o sobie na różne, zazwyczaj bolesne sposoby. Ostatnią sytuacją, w której ta funkcjonująca zazwyczaj podskórnie relacja wybiła się na powierzchnię, jest oczywiście farsa związana z projektem #RatujmyKobiety, w której główne role odgrywali posłowie i posłanki liberalnej opozycji.

Podejrzewam, że każda osoba wspierająca ideę gruntownej przebudowy społeczno–ekonomicznej zgodzi się, że działanie lewicowe to takie, którego celem jest usunięcie opresji, marginalizacji czy dyskryminacji. Zatem emancypacja, będąca właśnie zwalczaniem tych stanów rzeczy, jest kluczowym dla lewicy terminem. Powoływanie się na to słowo ma długą historię. Emancypacyjne miały być rewolucje burżuazyjne, walka o prawa wyborcze tych, którzy byli z nich wykluczeni przez płeć czy rasę, czy wreszcie różnego rodzaju polityczne projekty antykapitalistyczne. W zależności od poglądów, każdy, czytając poprzednie zdanie, oceni, czy ,,miały być emancypacyjne" można zamienić na ,,były emancypacyjne". Powszechna atrakcyjność tego pojęcia jest naturalna, lecz branie go na sztandar przez różne, wzajemnie antagonistyczne ruchy powinno wzbudzić podejrzliwość wobec niego, której to podejrzliwości zadość najlepiej uczyni zastanowienie się nad tym, co znaczy słowo ,,emancypacja" dla nas, a jak rozumieją je jego współużytkownicy.

W wolnościowym ujęciu tego terminu jest to, po pierwsze, zniesienie nierówności wobec prawa osób pod jakimś względem podobnych. Po drugie, jest to zmiana prawa na takie, które pozwala na możliwe najmniejszą ingerencję państwa czy innego nadrzędnego wobec jednostki podmiotu w życie i własność osoby, która pod danym prawem funkcjonuje. Podobieństwo, obecne w pierwszym członie tej definicji, wymaga doprecyzowania względu podobieństwa. Jego zakres jest w istocie zakresem podmiotowości obywatelskiej. Podobnymi, którym należy się równe prawo, mogą być więc jedynie bogaci, zdolni do uczestnictwa w sprawowaniu władzy biali mężczyźni, mogą to być osoby posiadające paszport danego kraju, mogą to być wreszcie ludzie jako tacy. O uszanowanie różnorodności w obrębie podobieństwa dba drugi człon definicji, czyli nietykalność zarówno fizyczna, jak i polityczna, która chronić ma przed „tyranią większości”. Z tego względu, przykładowo, demokrację liberalną w założeniach wyróżnia od demokracji jako takiej to, że jest to demokracja, która dba o interesy mniejszości. Umożliwiać to mają instytucje liberalne, takie jak konstytucja, które w uproszczeniu sprowadzić można by do przeniesienia różnego rodzaju nietykalności z poziomu prywatnego na poziom polityczny, „naturalnego” na „pozytywny”.

Skoro spory w demokracji liberalnej sprowadzają się do dwóch wartości, czyli równości w prawie i nietykalność obywateli, pole polityki w obrębie demokracji liberalnej jest miejscem debaty o tym, która z konfiguracji prawnych obejmie swoim zasięgiem największą zdolną do uczestnictwa w sprawowaniu władzy grupę, oraz w jak najpełniejszym stopniu zagwarantuje realizację ideału wolności. Praktyka liberalna w celu ich spełnienia będzie zawsze uciekać się do państwowości i prawa. Wynika to stąd, że wolność od państwa zakłada istnienie państwa, wolność od innych ludzi wymaga istnienia państwa, państwo zaś wymaga istnienia prawa. Ze względu na silny historyczny i ideologiczny związek klasycznego liberalizmu i rozwoju nowożytnego prawa każde działanie w obrębie systemu parlamentarnego, nawet dążące do rozwiązań antyliberalnych, ze względu na swoje metody będzie stało po stronie liberalizmu.

Dopełniania emancypacji przez rozszerzenie podmiotowości uznawanej za mogącą uczestniczyć w procesach politycznych domagały się rozmaite aktywizmy, jak abolicjonizm czy sufrażyzm. Przykładowo, wartości stojące za działaniem pro–choice są inherentnie liberalne: główną praktyką jest zmiana prawa, wartością zaś idea wybitnie wolnościowa, czyli możliwość decydowania o własnym ciele, nietykalność wobec państwa i innych osób. Feminizm właśnie, jak i inne nurty myślowe stojące za ruchami obywatelskimi, od początku swojego istnienia wplątany był w problematyczną dynamikę balansowania między wartościami liberalnymi a radykalnie społecznymi. Pojęcie emancypacji zawdzięcza tę zdolność do zawierania w sobie sprzecznych metod działania, celów i postulatów nałożeniu się na siebie wielu płaszczyzn: rozwoju tych dwóch doktryn, rozwoju samych ruchów i zmieniającej się problematyce społecznej. Doprowadza to do przewrotnej sytuacji, w której lewica i prawica funkcjonujące w obrębie demokracji liberalnej, obie w sporze o prawa aborcyjne, korzystają z argumentów liberalnych. Nie zachodzi tu jednak symetria. Lewica powołuje się na argument nietykalności: mam prawo decydować o swoim ciele, nie będzie decydować o nim państwo. Jest to poprawny argument liberalny. Liberalny argument prawicy to: prawem do życia powinny zostać objęte także ,,nienarodzone dzieci". Jest to argument z tego samego porządku, co argument lewicy, lecz materialnie niepoprawny.

Wiem, że określenie stanowiących znaczną część lewicowych tradycji ruchów społecznych jako liberalnych może budzić sprzeciw nie tylko ze względu na zasadniczy antyliberalizm lewicy (od którego istnieją jednak wyjątki). Jest to kontrowersyjne także ze względu na obraz walki o prawa obywatelskie, który pokazuje, że sami liberałowie podchodzą do tych problemów albo na zasadzie ustąpienia przed zbyt dużą siłą danego ruchu, albo w celu ocieplenia swojego wizerunku. Świadome bądź nieświadome odwoływanie się do tożsamych wartości tworzy miejsce spotkań tych dwóch sposobów myślenia o społeczeństwie, przy którym to spotkaniu samo ich działanie jest diametralnie różne. Walka o prawa, przykładowo aborcyjne, zawsze będzie walką liberalną, choć rzadko walką liberałów. Określmy sprawę jasno: pracę wykonuje tutaj lewica, to, co ukierunkowuje tę pracę (wartości, idee) należy do liberałów. Praxis lewicy okazuje się podlegać ideologii, która służy politycznemu wyzyskowi jej przez wspierające kapitalistyczny ład siły. Następują próby obrabowania radykalnych ruchów społecznych z owoców ich zaangażowania. Próby te możliwe są przez to, że ruchy te nie są właścicielami myśli, które nadają tor ich akcjom.

Problem systemowej opresji seksualności jest priorytetem, na przykładzie walki o który najlepiej zauważyć można problemy i niebezpieczeństwa pochopnych sojuszy z parlamentarnym głównym nurtem. Wydaje się, że szkodzące sprawie pasożytnicze żerowanie liberałów na ruchach społecznych nie skończy się tak długo, jak nie zostanie stworzona radykalna linia demarkacyjna między aktywizmem radykalnym a aktywizmem liberalnym. Chodzi tu o próbę zastanowienia się, czy nowa perspektywa i nowe postulaty dążące do realizacji określonego już celu możliwe są w walce o nasze ciała i nowe stosunki ekonomiczne oraz międzyludzkie. Należy stworzyć nowy język do mówienia o problemach społecznych i sposobach ich rozwiązania. Jeśli chcemy, żeby nie był to język liberalizmu, na pewno nie powinien dominować go zwrot: „moje prawo”. Wydaje się bowiem, że polityka nieliberalna jest możliwa bez potrzeby odrzucenia starań o zwiększenie dostępności aborcji czy jakikolwiek przeszły czy przyszły postulat obywatelski.

Aby się do tego odnieść, myślę o przedłużeniu na pole aktywizmu społecznego ciągnącej się od XIX w. przez wszystkie doktryny socjalistyczne linii, która wyznaczała zawsze dwa pola: reformistyczne i rewolucyjne. Klasycznym sposobem przejścia od pierwszej kategorii do drugiej jest ujęcie danego problemu jako problemu systemowego. Przykładem takiej operacji jest spojrzenie na kwestię aborcji z pozycji klasy pracującej, skierowanie do nich właśnie swojego przekazu, dyskusja o tym, że osoby z tej grupy są najbardziej pokrzywdzone przez utrzymywanie „kompromisu”, a tym bardziej przez zaostrzenie przepisów. I jak jest to słuszne, tak wydaje mi się, że jest to jednak jedynie rozszerzenie myślenia liberalnego o komponent klasowy, bez szerszego kontekstu, w którym klasa powinna występować. Trzeba więcej.

Moje wątpliwości biorą się z trudności z odpowiedzią na klasyczne już pytanie: czy można być w kontrze wobec liberalizmu, uczestnicząc w liberalnie zdeterminowanej polityce? Jeśli można, to czy znaczy to, że należy się pogodzić z liberałami, przyznać, że jednak nie tak dużo nas dzieli? Jeśli zaś nie, to czy istnieje jakieś inne wyjście, niż konsekwentne działania zgodne z daną doktryną radykalną?

Redagowała:

Rozalia Małolepsza

Grafika: Liberalna walka lewicy.

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

kultura

kultura