Data:2018-02-01
Wyświetleń:1472

Dlaczego nie można być ,,liberalnym lewicowcem" (choć jest ich pełno)
Łukasz Moll

Wszyscy znamy tę śpiewkę, obojętnie, czy chodziliśmy na zajęcia z doktryn politycznych czy doszliśmy do tego intuicyjnie. Upraszczając, brzmi ona tak: przeszłość była epoką zniewolenia. Zniewolenia większości przez mniejszość. Zniewolony był chłop przez pana, kobieta przez chłopa, dzieci przez rodziców, skolonizowani przez kolonizatora. Potem nastąpiła epoka rewolucji: najpierw politycznych – te były dzieckiem liberalizmu; potem robotniczych – pod sztandarem socjalizmu; wreszcie kulturowych – niesionych przez nowe ruchy społeczne. Przekładając to na konkrety: najpierw prawa polityczne wywalczyli sobie odpowiednio majętni dorośli mężczyźni, potem wszyscy dorośli mężczyźni. Walka trwała jednak dalej: do dorosłych mężczyzn dołączyły dorosłe kobiety. Na niezależność wybiły się kolonie i też przyznały skolonizowanym prawa polityczne. Pewne prawa zapewniono także dzieciom. Obok walk o obywatelstwo rozwinęły się walki pracownicze, a następnie walki mniejszości, które zwróciły uwagę na nowe niesprawiedliwości: w gospodarstwie domowym, w sferze intymnej, na tle rasowym, etnicznym czy w stosunku do zwierząt i środowiska. Wniosek: liberalizm zaczął długi marsz po prawa, który zradykalizował socjalizm, feminizm, antykolonializm, humanitaryzm czy ruch na rzecz praw zwierząt. Z tą opowieścią jest tylko jeden maleńki problem: nie trzyma się ona faktów.

Otóż liberalizm historycznie NIE BYŁ dyskursem przemawiającym w imieniu większości. I to nie tylko w tym sensie, że początkowo pomijał niektóre grupy i sprawy i dlatego musiał zostać zradykalizowany. Liberalizm był ideologią uzasadniającą najbardziej rażące nierówności w historii ludzkości, dotykające największego jej odsetka. Jedyną grupą, której położenie miał poprawić, byli biali, dorośli, majętni mężczyźni. Ich prawa jednostkowe były prawem do zniewalania całych ludów, traktowania czyjejś pracy jako towaru lub – jeszcze gorzej – jako pracy niewolnej (handel niewolnikami kwitnie nie w krajach ,,zacofanych" i bogobojnych, ale w tych, w których zwyciężyły rewolucje burżuazyjne i oświecenie), despotycznej władzy nad kobietami (sprawdźcie, jak rewolucja francuska przełożyła się na położenie kobiet). Dyskurs wolności jednostki nie służył temu, by go upowszechnić. Jego nie da się upowszechnić – chyba, że jako społeczeństwo krążących wokół siebie, wrogo nastawionych wzajemnie atomów. Dyskurs wolności służył temu, żeby odróżnić się od niewoli, którą sam ustanowił.

Klasycy liberalizmu nie protestowali przeciwko faktycznej niewoli. Niewolę rozumieli jako to, co odbiera im prawo do swobodnego wyzyskiwania, kolonizowania, rugowania barbarzyństwa, zarządzania domownikami i własnością. Zniesienie niewolnictwa, prawa pracownicze, prawa kobiet, dekolonizacja – to wszystko zostało wywalczone WBREW liberalizmowi, a nie dzięki niemu. I chociaż trzeba przyznać, że dyskurs praw jednostki mógł przydać się w walkach emancypacyjnych (skoro mężczyźni, to czemu nie kobiety? Skoro biali, to czemu nie czarni?, itd.), to było to wykorzystanie go ,,pod włos". Locke i Calhoun bronili niewolnictwa w koloniach, a ten pierwszy odmawiał ludom rdzennym prawa do ich ziem. Burke, Sieyes czy Bentham postrzegali robotników jako żywe narzędzia. Jefferson zalecał odbieranie dzieci ludności czarnoskórej po to, by mogły świadczyć pracę przymusową jako więźniowie. To samo postulował Bentham w stosunku do dzieci klas niższych, z tą różnicą, że chciał przeprowadzać na nich eksperyment eugeniczne. Gdy w Europie znoszono pańszczyznę, Burke zachwycał się złotą wolnością właścicieli plantacji niewolniczych w USA i folwarków w Polsce. John Stuart Mill uważał, że barbarzyńców należy pod przymusem ,,cywilizować", a Tocqueville pomstował na związki ,,międzyrasowe"... Mam wymieniać dalej? Komu nie wystarcza przykładów, niech sięgnie po książkę "Liberalism. A counter-history" Domenico Losurdo.

Po co zamieszczam tę pogadankę z filozofii politycznej? Bo jej konsekwencje maja przełożenie na nasze bieżące identyfikacje i wybory. Problem w tym, że nie da się kontynuować emancypacji w ślad za ideologią, która powstała jako ideologia zniewolenia. Jeżeli punktem wyjścia uczynimy wolność jednostki, to nie wystarczy, że rozciągniemy ją na kobiety, niebiałych, robotników czy dzieci. Stwarza to tylko nowe kłopoty: prawo matki kontra prawo płodu, prawo kapitalisty do własności kontra prawo pracownika do owoców jego pracy, własność prywatna kontra własność wspólna, prawo do prywatności kontra prawo do interakcji, prawo delfina i szympansa (bo przypominają człowieka) kontra prawo ekosystemów...

Emancypacja nie opiera się na rozciąganiu praw jednostki, lecz na podmiotowości mas, pospólstwa, gminu, hałastry, tłuszczy, motłochu, hydry! Same te słowa, które znajdziemy w słowniku polityki, zanim przeorał go liberalizm – masa, pospólstwo, gmin, hałastra, tłuszcza, motłoch, hydra – nie znają liczby pojedynczej. Emancypacja to po prostu prawo do bycia wspólnie, do wytwarzania razem, do spółkowania. To, że tak trudno nam dzisiaj myśleć tymi pojęciami, pokazuje, jak ciąży nad nami hegemonia liberalna, jak bardzo burżuazyjnymi podmiotami się staliśmy. Im szybciej zdamy sobie sprawę z tego, że wbrew zwodniczym pozorom i nasuwającym się intuicjom lewicowość nie jest przedłużeniem liberalizmu, a liberałowie nie są naszymi sojusznikami, tym prędzej odzyskamy nasze idee.

Redagowała:

Rozalia Małolepszy

Grafika:

https://www.saatchiart.com/

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

felietony

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne