Data:2018-02-01
Wyświetleń:791

Zanieśmy ludziom czerwony sztandar
Paweł Jaworski

Reportaż telewizji TVN o polskich nazistach świętujących urodziny Adolfa Hitlera doprowadził do paradoksalnego, chociaż w istocie łatwego do przewidzenia skutku. Prawica zrobiła to, co potrafi najlepiej, czyli momentalnie odwróciła kota ogonem, przypuszczając frontalny atak na niewielkie pozaparlamentarne organizacje lewicowe, zbiorowo oskarżone o promowanie „zbrodniczego systemu totalitarnego”, bo tak rozumiany komunizm jest rzekomo dla naszego kraju większym zagrożeniem niż faszyzm. Fakty nie mają dla nich żadnego znaczenia – trudno w tej hucpie doszukać się śladu rozumnego namysłu nad historią i dzisiejszą działalnością lewicy w Polsce. Liczy się nienawiść i chęć zmieszania nas z błotem, choćby za cenę konieczności staranowania granicy absurdu na pełnym gazie i zakończenia szalonego rajdu kłamstwa gdzieś hen, w dzikim interiorze nonsensu.

Kraj obiegły więc zdjęcia Piotra Ikonowicza trzymającego wraz z grupą działaczy baner z wizerunkiem Ludwika Waryńskiego, a internetowa strona TVP Info opisała ich jako „organizację o zbrodniczym profilu”. Za potencjalnych „zbrodniarzy” uznano również resztki PPS i organizatorów obchodów rocznic rewolucji 1905 roku w Łodzi. Partia Razem, mimo że od początku swojego istnienia rozpaczliwie, czasami wręcz ocierając się o śmieszność, nie tylko odżegnuje się od komunizmu, ale wprost stara się w antykomunizmie prześcignąć prawicę, musi teraz bronić się przed zalewem żądań delegalizacji ich właśnie jako organizacji „komunistycznej”. Najbardziej porażeni głupotą reżimowi pismacy, np. Cezary Gmyz, chcą nawet zamknięcia „Krytyki Politycznej”, która regularnie klei się do antykomunistycznych celebrytów, takich jak Anne Applebaum czy Timothy Garton Ash. Dziw naprawdę bierze, że nie zdelegalizowano jeszcze „Gazety Wyborczej” jako „bolszewickiej jaczejki”.

Martwa natura z Hitlerem

Spokojnie, to tylko Polska. Bądźmy szczerzy, tutaj cała prawica z PiS na czele nie ma innego wyjścia, jak tylko odwracać uwagę opinii publicznej od elementarnych, coraz boleśniej bijących po oczach faktów. Czy mogą na serio za priorytet przyjąć walkę z polskimi nazistami, skoro ich sympatycy rozsiedli się w IPN i piszą dla PiS historię na nowo, skoro sami dali im intratne posadki w NBP, skoro razem z nimi defilują w Marszu Niepodległości, skandując „śmierć wrogom ojczyzny”, ujadając na „czerwoną hołotę” i „islamską dzicz”? Nikt przytomny nie ma cienia wątpliwości, że na polskiej prawicy aż roi się od brunatnej patologii. Że co i rusz można spotkać schludnego, zadbanego i dumnego samca żarliwie wierzącego we własność prywatną, rodzinę i tradycję, w triadę „Bóg, honor, ojczyzna”, frasobliwie przyznającego, że „Hitler to jednak miał rację z tym i tym…”, „Hitler to by zrobił porządek z tymi a tymi…”. Z góry wiadomo, że PiS wykorzysta ostatni skandal, żeby pochwalić się ujęciem kilku patentowanych idiotów układających swastyki z wafelków, aby dalej wzorem ministra Brudzińskiego zapewniać publicznie, że „Polska jest krajem tolerancyjnym, gościnnym i bezpiecznym”, że „nie ma żadnego problemu z narastającą falą nazizmu”. Wiadomo też jednak, że to za mało. Że „hitlerki”, bojąc się wyjść na Hitlerów, żądać będą przede wszystkim (dokładnie tak jak Hitler) krwi lewaków, realnych lub urojonych komunistów. A rząd, który chce być ich rządem, będzie spełniał ich marzenia. Chyba nie na darmo od lat ćwiczą się w recytowaniu formułki, że komunizm był gorszy od nazizmu. Dla antykomunistów komunizm to bezkresna otchłań, w której kłębią się wszelkie koszmary konserwy. Dlatego do „setek milionów” ofiar komunizmu dodają kolejne miliony „wymordowanych dzieci poczętych”. Dodatkowo poważnym zagrożeniem dla Polski – według słów szefa MSWiA – okazują się Antifa i skłotersi. Obrona ojczyzny bez wątpienia nabiera rozmachu.

Wszystko to jest tak żałosne, bo do bólu przewidywalne. Kto zna historię, ten wie: im więcej antykomunizmu, tym bliżej hitleryzmu. Adolf Hitler był największym antykomunistą w historii. W jego epickich wizjach starcie „Najświętszej Rzeszy” ze „światowym żydowskim komunizmem” nabierało patosu Wagnerowskiej opery. Dlatego dzisiaj pokolenie wychowane na podobnej estetyce i symbolice, zawartej choćby we „Władcy Pierścieni”, hitlerowskiego poziomu mistrzostwa w antykomunizmie jeszcze co prawda nie osiągnęło, ale jest na dobrej drodze. Śmieszne jest to ich kompulsywne wypieranie własnego hitleryzmu poprzez wmawianie samym sobie – za Korwinem, Ziemkiewiczem, Zychowiczem – że „Hitler był lewakiem”. Widocznie tylko w ten sposób mogą ratować się psychicznie przed ciężarem świadomości bycia jednocześnie Polakami i nazistami – uciec w fikcję, w hitleryzm przeźroczysty, „hitleryzm ducha” i bez Hitlera będącego lewakiem. Koniecznie z rdzennie słowiańską symboliką (wiadomo jaką).

Wróg publiczny numer jeden

W praktyce zatem polska prawica zna tylko jeden totalitaryzm – komunizm. Swoich nie będą przecież nękać, a zdziecinniałych „Wunderwaffel z lasu” będą pewnie ścigać jako „lewaków”. Położenie obecnej lewicy socjalistycznej należy ocenić pod wszelkimi kątami, choć szykować należy się głównie na wojnę o symbolikę, bo to głównie w oparciu o nią PiS definiuje wroga. Szacując ryzyko i konsekwencje represji, należy brać pod uwagę nie tylko ataki rządowe. Atmosfera pogromowa podgrzewana przez prawicowe media niesie ze sobą co prawda mniejszą groźbę kryminalizacji, jest jednak w stanie zdemoralizować i zastraszyć samych działaczy oraz przynajmniej czasowo zniechęcić do nas część społeczeństwa. Oznacza to realne ograniczenie możliwości działania, np. problemy z wynajęciem sal na konferencje lub z wydrukiem materiałów, czy też utrudnienie kontaktów z osobami apolitycznymi przy akcjach społecznych. Resort Brudzińskiego skupi się raczej na tropieniu symboli sierpa i młota, korzystając z passy dekomunizacyjnej i powszechnego – fałszywego! – przekonania, że jest to symbol nielegalny. Co gorsza, aktywiści socjalistyczni mierzyć się muszą od niedawna z nagonką na czerwony sztandar, ochoczo podsycaną też przez co bardziej „prawilnych” liberałów jak Tomasz Lis.

Z powodu rekordowego poziomu zakłamania historii rewolucji październikowej i wojny domowej w Rosji sierp i młot będzie wyjątkowo trudny do skutecznej obrony – nawet na lewicy, która powszechnie cierpi na „dziecięce choroby lewicowości” w postaci anarchizmu („Lenin to nie komunizm”) i razemizmu („komunizm to faszyzm”). Znacznie większe szanse daje lewicy jednoczenie się właśnie pod czerwonym sztandarem. Toleruje go nie tylko mądrzejsza część anarchistów (po których Brudziński też się wybiera, więc mają powód, by leczyć się z sekciarstwa), ale i coraz więcej liberałów, a to stwarza lewicy możliwość poszerzenia bazy społecznej o normalsów uczestniczących w protestach w obronie praw reprodukcyjnych kobiet. Przykład, jaki dali ostatnio młodzi działacze i działaczki podczas tych demonstracji, pokazuje, że zwykli ludzie – przynajmniej ci wściekli na rząd – mają mniejsze uczulenie na czerwień niż liberalni celebryci, których barwa ta przyprawia o białą (nomen omen) gorączkę. Ci ostatni, gdy przeminie władza PiS, z pewnością pierwsi poprą utrzymanie lub zaostrzenie szykan wobec konsekwentnej lewicy. Z reguły są to ci sami, którzy opowiadają się za zachowaniem haniebnego „kompromisu” aborcyjnego, za nienaruszalnością skorumpowanego sądownictwa i za likwidacją 500+. Summa summarum są więc gorsi od PiS.

Ktoś mógłby jednak zapytać, czy warto iść na frontalne starcie z tą faszystowską władzą, kiedy stawką są same symbole? Gdyby tak faktycznie było, odpowiedź brzmiałaby: nie warto. Jest jednak inaczej. Oczywiście, symbolika i tradycja buduje nasz etos, streszcza aksjologię. Zwarta tożsamość daje nam siłę, tak potrzebną do zdobycia się na gest elementarnej odwagi wobec nienawidzącego nas wroga, gdy wytacza przeciwko nam ciężkie działa. Pozwala pamiętać o tym, że musimy się jakoś dostosować, ale „każdy kompromis zgniły”. Z drugiej strony, chodzi o przyszłość, nie o konserwację skansenu. Chodzi o socjalizm, a nie zbudujemy go z samych czerwonych sztandarów i główek Lenina. Nie jest to jednak alternatywa rozłączna – w obecnej sytuacji co najwyżej pozornie. Przecież Antifa nie chce mieć nic wspólnego z Leninem, a Brudziński i tak im grozi. Przecież Partia Razem wypiera się czerwieni, nawet nie kwestionuje kapitalizmu, a ogół prawicy i tak chce ich traktować dokładnie tak jak Komunistyczną Partię Polski. Co z tego, że fiolet, nie czerwień? Podatki 75 procent – czyli komunizm, Gułag, Katyń. Proste. Symbolika jest tylko pretekstem. Celem jest doszczętne zmiecenie obcej „hitlerkom” formacji ideowej. PiS wszczyna tę „świętą wojnę” z dwóch powodów. Po pierwsze, nie jest to dla nich priorytet, ale są politycznie obrośnięci kukizami, winnickimi, sieciami, frondami i z tą psychoreakcją muszą się dogadywać. Po drugie, inteligentniejsza część z nich zdaje sobie sprawę, że w przeszłości z dzisiejszej lewicy może wykluć się społeczna alternatywa dla ich hegemonii i w chwili kryzysu stracą popularność na jej rzecz. Dziś nie wiadomo więc na sto procent, czy spełnią swoje groźby, ale lekceważenie ich byłoby niepoważne.

Z kim, z czym? O kim, o czym?

Pytanie, jak się bronić, należy poprzedzić innym: po co się bronić? Czyli jakiej wizji tak naprawdę bronimy? Nie ma obawy, nie wyniszczą nas zupełnie, skoro nie udało się to Franco ani Pinochetowi, a nasza sytuacja jest bez porównania „lżejsza”. Pytania zasadnicze o przyszłość lewicy nie unikną kwestii, w jakie wchodzić sojusze czy gdzie szukać poparcia, ponieważ w osamotnieniu nie znaczymy nic i nie uzyskamy żadnej dogodnej pozycji wyjściowej, zwłaszcza, że sama czerwona lewica jest środowiskiem podzielonym i przeżartym rakiem sekciarstwa. Zakorzenienie w szerszych środowiskach jest o tyle ważne, że niedługo dojdzie do sytuacji, w której tylko silna presja społeczna wywierana przez media i ulicę będzie zdolna powstrzymać aparat represji Ziobry i Brudzińskiego, bo instytucje nabiorą charakteru czysto marionetkowego.

Jeszcze ważniejsze są formacje klasowe, na których można się oprzeć. Brutalna prawda jest oczywista: w klasie robotniczej nie mamy i przez długi jeszcze czas nie będziemy mieć posłuchu ani nie będziemy mieć w niej sojusznika. Przede wszystkim nie jest to wina proletariatu – czy też „klasy ludowej” – bo klasa ta nie ma wobec nas żadnych obowiązków. To my wobec niej mamy obowiązki. Nie jest to też szczególnie nasza wina. Powody są obiektywne: jesteśmy mało liczebni, mamy bardzo ograniczone zasoby, proces wpływu politycznego jest długi, żmudny i złożony, zawsze są straty w toku, a działalność na małą skalę często ulega przypadkowym zakłóceniom. Ludzie zawsze będą wdzięczni za wsparcie w walkach socjalnych i propracowniczych. Angażują się jednak rzadko, punktowo, z doskoku, i to też ma powody obiektywne: wiąże się z ryzykiem i brakiem czasu. Łatwiej przyciągalibyśmy ludzi pracy, gdybyśmy dysponowali sprawną i wpływową organizacją, by móc w ten sposób zaoferować im konkretną pomoc – to niestety błędne koło. Nie jest prawdą, że zniechęca ich do nas powszechny antykomunizm, ponieważ masy są zdecydowanie mniej antykomunistyczne niż burżuazyjne elity, i to z prostego powodu – są w ogóle mniej zaangażowane ideologicznie niż wszelkie elity. Prawdą zaś jest, że obsesyjnie antykomunistyczna prawica ma na nich większy wpływ, bo żeruje na popularnych fobiach, przesądach i stereotypach – my zaś stawiamy sobie zadanie, by je przełamywać. Socjaliści będą niczym bez klasy robotniczej, ta orientacja klasowa jest naszym obowiązkiem i tylko z ludźmi pracy uda się kiedyś wywrócić kapitalizm. Na razie jednak musimy ograniczyć się do budowania przyczółków, które w przyszłości pozwolą socjalistom rozwinąć skrzydła wśród pracowników. Niezastąpiona jest tu oczywiście niezależna działalność związkowa, której zalążki istnieją.

Jest też jednak świat poza proletariatem. Tworzony przez średnioklasową elitę portal OKO.press dość niespodziewanie zamieścił materiał wideo, za który bez dwóch zdań należy mu się wdzięczność czerwonych. Jego redakcja zrobiła to, czego nikt z głównego nurtu hipokryzji zrobić się nie ośmielił, czyli jasno i zwięźle wyłożyła, dlaczego w Polsce nie ma podstawy prawnej do kryminalizacji symboli komunistycznych, łącznie z „sierpaczem” – wszystko przez orzeczenie TK z 2011 r. Brawo! Oczywiście nie łudźmy się, pisowscy harcownicy mają to gdzieś, literę prawa traktują czysto instrumentalnie. Mają już własny trybunał i mogą szaleć do woli. Obecny stan prawny i tak nie stanowi dla nich przeszkody w nękaniu sądami za symbolikę komunistyczną, o czym doskonale wie redakcja pisma „Brzask”.

Niemniej jednak postawa OKO.press jest ważna. Jest też przykładem zjawiska widocznego już od długiego czasu: istnieje trwała tendencja przechodzenia części środowisk liberalnych na lewo, i to bardziej na lewo niż można by się było tego spodziewać jakiś czas temu. Na pewno zaś młode pokolenie wykształconej klasy średniej jest dziś bardziej otwarte na czerwień, na idee socjalistyczne i komunistyczne. Ten trend nabrał tempa po objęciu władzy przez PiS w 2015 r., a u jego podstaw leży załamanie się porządku liberalnego w Polsce i spektakularna kompromitacja liberalnej ideologii, niezdolnej dziś do odbudowania zaufania społecznego do PO nawet w obliczu jawnie autorytarnych zapędów PiS. Bez wątpienia działa tu też czynnik ekonomiczny, bliższy bazie: pokolenie wykształconych „millenialsów” lepiej dostrzega ograniczenia i społeczne porażki kapitalizmu, bo doskonale widzi, że w obecnym systemie będzie miało gorzej niż ich względnie zamożni rodzice. Uśmieciowienie i niepewność pracy, nieustannie rosnące koszty utrzymania, narastające poczucie niemocy – a wszystko to przy natrętnym akompaniamencie „wolnościowej” propagandy – zdecydowanie rodzi poczucie rozczarowania kapitalizmem i jego liberalną nadbudową.

Nie jest niczym zaskakującym, że lewicowość wykuwa się dziś najpierw wśród młodych wykształconych osób, bo było tak zawsze. Robotnicy i klasy ludowe, buntując się, ponoszą największe ryzyko, dlatego sami z siebie skłonni są poprzestawać na tym, co Lenin określał mianem „ekonomizmu”, tzn. na walce o płace i warunki pracy. Dzisiaj natomiast lewica może odrodzić się wyłącznie na drodze otwartego podważenia kapitalizmu, co jest zadaniem dla średnioklasowej inteligencji. Ponieważ to przede wszystkim ona posiada odpowiednie ambicje i potencjał intelektualny zdolny dokonać wyłomu w zastanej ideologii, jest praktycznie jedynym środowiskiem, które stać na antykapitalistyczną krytykę kapitalizmu i antykapitalistyczną praktykę społeczną, która ma w pełni upodmiotowić klasę robotniczą i przygotować ją do jej historycznego dzieła.

To robić

Nie będzie innej obrony czerwonego sztandaru. Głupotą jest myślenie, że będąc niszą, można obronić się jakimś zaskakującym kontratakiem, że można coś wywalczyć, dziarsko machając flagami w zupełnej próżni społecznej. Chwilowo można odeprzeć atak poprzez zwarcie szyków wokół wyrazistej ideologii i etosu – nie ma wręcz innego wyjścia. Nadejdą jednak następne ataki, bo antykomunizm, tak jak faszyzm, nie jest li tylko wymysłem PiS, a pozostaje nieodłączną częścią kapitalizmu skazanego na kryzysy. Konsolidacja i nadzieje na przyszłość muszą zakładać odnalezienie drogi do reszty społeczeństwa, które na razie albo nas nie chce, albo w ogóle o nas nie wie.

Taktyka zmusza nas do nabrania sił w młodej wykształconej klasie średniej, strategia zaś musi prowadzić do szerszych mas społecznych, bo bez nich nie będziemy tym, czym chcemy być. A chcemy zbudować nowy, lepszy, radykalnie demokratyczny porządek – socjalizm. Na początek więc – bezpardonowa obrona naszych wartości i symboli, nawet za cenę poniesienia strat, ale z korzyścią w postaci zjednoczenia i zahartowania się w walce, by dać przykład ludziom głodnym idei. Następnie mozolna praca edukacyjna z wiodącą rolą marksizmu, niekończące się dyskusje polityczne i wysiłek organizacyjny przy całkowitym wyrzeczeniu się sekciarstwa. Perspektywa zaś długotrwała stawia przed nami zadanie zdobycia przyczółków wśród klas ludowych, co samo w sobie wymaga od nas trudnej zmiany postaw i osobnej wizji taktycznej – i tego, byśmy sami uczyli się od zwykłych ludzi, jak dla nich pracować. W ten sposób będziemy gotowi, gdy nadejdzie nasz czas. A bańka narodowo-katolickiej fikcji w końcu pęknie.

Redagowała:

Monika Błaszczak

Grafika:

Zdjęcie studentów i studentek z demonstracji feministycznej

Losowe Artykuły

felietony

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

kultura