Data:2018-02-12
Wyświetleń:5776

List do opozycji
Sebastian Słowiński Wojciech Łobodziński

Kiedy dwa lata temu na ulicę wyszedł Komitet Obrony Demokracji, zniknął wstyd, jaki ciążył na praktyce protestu w środowiskach liberalnych i mieszczańskich. Ludzie oburzeni wygraną obecnej partii rządzącej wyszli masowo na ulice, wtedy jeszcze niepodzieleni, dając nadzieję na szerszy front opozycyjny. Ale my, ludzie lewicy, nie pojawialiśmy się obok nich ze swoimi hasłami, tylko daliśmy im samodzielnie protestować. Przez to stworzył się obraz bardzo prosty, aż nazbyt prosty: protestują tylko ci, którzy i które nie mieli zastrzeżeń do rządów po 1989 roku. Był to cyniczny pochód mieszczan, nieczuły na krzywdy wyrządzane pracownikom, pracowniczkom, lokatorom, lokatorkom, mniejszościom seksualnym, etnicznym, kobietom etc.

Jak się to skończyło, wiemy wszyscy i wszystkie – chcąc ugrać zbyt dużo, zbić kapitał polityczny na oburzeniu, które miało wiele twarzy, liberalna praktyka protestu szybko się wyczerpała, liderzy, na których ona postawiła, zawiedli, dając świadectwo chciwości, buty i egoizmu. Liberałowie wykluczali feministki, osoby nieheteronormatywne oraz mieszczańską młodzież o poglądach lewicujących.

Po kompromitacji liderów (liderek nigdy nie było) ruchu liberalnego protesty się wypaliły. Nowa jakość miała zaistnieć latem, kiedy ważyły się losy polskiego sądownictwa – jak to się skończyło, niestety pamiętamy aż nazbyt dobrze: patriarchalne zachowanie Frasyniuka, wykluczenie lewicy, oraz próby zachowania statusu quo, czyli impotencji, (odejście KOD-u spod sejmu), która doprowadziła do łapanki młodzieży pod sejmem w nocy 20 lipca. Ostatecznie ruch wokół Komitetu Obrony Demokracji zamarł. Wielki protest, oblężenie sejmu, zostawił garstkę, kilka setek z wielotysięcznego tłumu, pod sejmem na pastwę brutalności policji.

Jednak od samego początku zdawało się, że istnieją alternatywy. Alternatywy zawsze istnieją.

Poznaliśmy Obywateli RP ponad rok temu, protestując pod sejmem z ruchem anarchistycznym. Kiedy obywatele i obywatelki RP w pojedynkę były wyrzucane z terenu Sejmu przez Straż Marszałkowską, a my staliśmy obok, powiedzieliśmy sobie, że trzeba im pomóc. Ktoś ewidentnie obrywa od władzy, czyjś protest jest nadzwyczaj ważny, a niewidoczny. Weszliśmy do sejmowego biura, które zaczęliśmy okupować, żądając sprawiedliwości dla aktywistów i aktywistek ORP.

Przez rok wspólnie protestowaliśmy przeciwko zmianom w prawie oraz przeciwko faszyzmowi. Jednak od jakiegoś czasu widać pęknięcia na tej wspólnej płaszczyźnie oporu. Pęknięcia te dotyczą przesłanek. To nieprawda, że młodzież nie protestowała; protestowaliśmy w cieniu zadowolenia liberalnej opozycji KOD-ORP z darów III RP. Protestowaliśmy przeciwko III RP lub zaciskaliśmy zęby, żeby powstrzymać łzy. Lewicująca, krytyczna młodzież "walcząca" jest fantazmatem ruchów reakcyjnych, ale jest też realnym bytem, który, jeżeli nie był świadomie politycznie upodmiotowiony, to właśnie z winy III RP, która wmówiła wszystkim mit końca historii. Ta ostatnia nigdy się nie kończy, czego dobrym przykładem jest aktualny konflikt. To, że opozycja "wzywa młodzież" do protestu, świadczy o jej świadomości (często skądinąd wyrażanej), że świat należy do młodych, do tych, którzy urodzili się po 1989 roku. Ale to, że jest tej anty-PiSowskiej młodzieży garstka, stanowi z kolei rezultat braku krytycznej perspektywy w III RP oraz utraty politycznej podmiotowości. Tak, świat należy do nas i to my będziemy go zmieniać, właśnie dlatego, że nie straciliśmy wiarygodności, tak jak stracili ją reakcjoniści.

Zniewolony umysł Miłosza stawia zasadną tezę; tak, stalinizm był potworny. Ale po Zagładzie ludzie potrzebowali wiary w system. System, który wyzwolił ten kraj. Ludzie, którzy „odbudowywali stolicę”, naprawdę robili to z poczucia sprawiedliwości, spokoju i możliwości szczęścia. Czysto psychologicznie, z perspektywy ludzi lat 40. i 50. ubiegłego wieku, to co wkraczało jako wyzwolicielka, było wyzwolicielskie. Dziś ludzie też potrzebują symbolu, wiary, dążności ku sprawiedliwości i skończoności. Skończoności w tym sensie, w jakim ludzie uwierzyli w spokój, gdy Armia Czerwona wyzwalała Warszawę. Rok 1989 był czasem, gdy wkraczający Wolny Rynek dał ludziom to poczucie: „dobra, koniec, już możemy spokojnie żyć”. Jeśli my nie znajdziemy pomysłu, to znajdą go inni, autorytarna, nacjonalistyczna prawica (ona już ma aż nadto pomysłów). Nie macie racji, twierdząc, że dzisiejszy system ekonomiczno-społeczny to najlepszy z możliwych światów, a trzeba go jedynie tylko „poprawić”. Wasze umysły są również zniewolone.

Pierwsze pęknięcie: to jest najgorszy z możliwych światów, gdzie starzy bronią konsensusu ekonomiczno-społecznego, który dla nich jest krainą wolności, a dla nas upodleniem człowieka. Światem, którym rządzą sztuczne wartości (wtórne, te które nie są ani sprawiedliwe, ani naturalne dla człowieka, jak jest to sprzedawane w dyskursie. „Świat taki jest, tak jest dobrze” — nie, nie jest. Ustanowiony na wyzysku rozum — apologeci „konsensusu” często powołują się na rozum, racjonalność owego systemu — te same praktyki towarzyszyły praktykom kolonizatorskim i średniokapitalistycznym, gdzie kolonizowani/ne i wyzyskiwani/ne były traktowane jako głupsze, którym trzeba albo zanieść światło, albo uświadomić ich o ich koniecznym miejscu w procesie produkcji. Nie będziemy bronić establishmentowego rozumu, nie będziemy brać kredytów, by ugrząźć w patriarchalnie urządzonym domku z reklamy banku. Nie będziemy protestować z tymi, którzy wykastrowali nas z podmiotowości i poczucia wspólnoty. Będziemy sami i same wyznaczać nasz własny dyskurs i granice, nadawać sobie samym tożsamość, symbole i narracje, tam gdzie będziemy mieć na to ochotę. Naszych wartości bronić, słowem, teorią i praktyką protestu. Jesteśmy w tym coraz odważniejsze i odważniejsi, lepsze i lepsi, co wiedzą Ci, którzy próbują nas tłamsić.

Nasza obecność w świecie ma wszystkie kolory, choć ostatnio jej kolor jest czerwony. Jesteśmy uczennicami i uczniami, studentami i studentkami, pracownikami i pracownicami, waszymi dziećmi, które cierpią z powodu ojcowskich zakazów oraz matczynej miłości. Wasze rodzicielskie sugestie są poleceniami autorytetu i opresyjnymi nakazami, które przyczyniły się do politycznej degrengolady. Ruch, którym jesteśmy, opiera się na siostrzeństwie i prawdziwym wolnomyślicielstwie, a nie autorytecie wieku: „ja to przeżyłem, to wiem”, nic on dla nas nie znaczy. Jakkolwiek szanujemy doświadczenie każdego człowieka, to jednak uważamy argument z wieku za nieuczciwą uzurpację intelektualną wobec nas: tak, żyliście w PRL-u i czerwony kolor oraz pojęcie komunizmu, ich znaczenie, zostały dla was przykryte przez ich sens propagandowy. Nawet jeśli żyliście w realnym socjalizmie, dziś już w nim nie żyjecie. Próby bezkrytycznego przekładania osobistego doświadczenia na polityczną strategię są nieuczciwe zarówno wobec teraźniejszości, która nie jest bynajmniej socjalistyczna, jak i wobec nas, ponieważ nie możemy ustosunkować się do tego argumentu, jest on nam obcy, to wasza historia, nie nasza. Teraźniejszość jest politycznie miałka i nijaka, większość ludzi żyje pod dyktando rynku, który wy wychwalacie, a my widzimy w nim „drugą partię”. Każda epoka ma swojego tyrana i zniewolone umysły, ale do czasu. Możemy przełamać tę historiozoficzną prawidłowość. Jak?

Z pewnością próbując przynajmniej scharakteryzować problemy i potrzeby dzisiejszego świata, nie patrząc na Polskę i świat w kategoriach przeszłych, dawno minionych, czasem wręcz „zimnowojennych”. Żyjemy w dobie gigantycznych nierówności ekonomicznych, o których usłyszano już nawet w neoliberalnym mainstreamie; tworzą one świat ludzi niewyobrażalnie biednych, niedecyzyjnych na poziomie własnego ciała, życia, jak i tych niewyobrażalnie bogatych, decyzyjnych na poziomie globalnym. Jest to świat ludzi, w którym niektórzy czy niektóre wiedzą o nas wszystko, a my nie wiemy o nas nic. Świat Internetu i kapitału, w którym każda i każdy z nas tworzy siebie, jednocześnie oddając to, co nasze, naszą podmiotowość; równocześnie produkując i konsumując. Nie żyjemy już w każdym razie w dobie „prostych” dychotomii - totalitaryzmu i demokracji, niektórzy jeszcze muszą to sobie uzmysłowić, a inni będą nas tym karmić, by nami rządzić. Sami i same musimy diagnozować problemy, za pomocą wybranej przez nas tradycji i teorii. Scharakteryzujmy nowe totalitaryzmy, już wśród nas działające i operujące, rozwijające się i oplatające nas. O totalnym charakterze tej nowej władzy stanowi to, że każde próby uchwycenia alternatywy wobec niej są rozpoznawane jako nieludzkie, groźne i zagrażające wywalczonemu konsensusowi (w Polsce jest to dyskurs III RP).

Czerwony kolor jest symbolem sprawiedliwości społecznej i buntów przeciwko ekonomicznym i politycznym tyraniom. Możecie mówić o nas „marzyciele i utopistki”, ale to jest drugie pęknięcie: nasze marzenia są nierealne dla was, my chcemy je spełnić, zmieniając stosunki panujące w waszym społeczeństwie. Gdy mówicie o „drażniącym czerwonym kolorze”, mówicie z pozycji kontent-obywateli, których horyzonty współczucia nie przekraczają granic świętej rodziny. Mówicie jako uprzywilejowana klasa średnia, mężowie, ojcowie, panowie. Kiedyś KOD miał problem z tęczowymi flagami, dziś wy go macie z naszą pozycją w świecie, którą wyraża czerwień, czerń, nasze słowa.

Komunizm? Anarchizm? Socjalizm? Tak, ponieważ nasza historia się nie skończyła. Jesteśmy bezrobotnymi studentami i studentkami, uzależnionymi od rodziny, przyjaciół, przyszłymi smutnymi i zmęczonymi bezrobotnymi w waszym świecie, którego prawem jest psychiczny i ekonomiczny wyzysk.

Redakcja:

Dr hab. Michał Herer

Korekta:

Nina Michnik

Zdjęcie:

Marta Bogdanowicz

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

felietony