Data:2018-03-08
Wyświetleń:386

Tydzień z życia lokatorów
Robert Nowak

Pani Teresa Stawicka jest od 33 lat mieszkanką jednego z bloków spółdzielczych na Bemowie. Od 1985 roku w SM „Wola” na stanowisku dozorczyni. W tej samej spółdzielni był do 2009 roku zatrudniony mąż pani Teresy, pan Jan. Oboje regularnie płacili czynsz, nie mieli zaległości. Dziewięć lat temu pan Stawicki poważnie zachorował i stracił obie nogi. Nie miał prawa do renty, kalectwo wyeliminowało go z rynku pracy, a jego jedynym źródłem dochodu był dodatek pielęgnacyjny w wysokości 150 złotych miesięcznie. Głównym źródłem utrzymania była pensja pani Teresy, 1000-1200 złotych. Trudno jest się utrzymać za takie pieniądze. Państwo Stawiccy wpadli w dług czynszowy. Pani Teresa chciała odpracować zaległości swoją pracą dozorczyni w innych blokach spółdzielni „Wola”, ale prezes Robert Ambroziak odmówił. Powodem była „ocena pracy pani Teresy”.

„Uważam, że wywiązuje się ze swoich obowiązków. Dba o porządek na klatce i wokół niej. Bardzo sympatyczna kobieta. Zna tu wszystkich i nie boimy się, że jak wyjedziemy coś się tu stanie” – chwali pracę pani Teresy sąsiadka, Izabela Nowik-Fryc. Odmiennego zdania o pracy pani Teresy była jednak sekretarka pana Ambroziaka, która wzorem perfekcyjnej pani domu przejechała białą chusteczką po parapecie i orzekła zdecydowanie – nie nadaje się do sprzątania. Ten telewizyjny wzorzec stał się podstawą negatywnej oceny pracy dozorczyni. Prezes, ufając swojej sekretarce, a nie mieszkańcom, którzy stanęli w obronie gospodyni domu, odmówił przydzielenia kobiecie dodatkowych prac, co jest równoznaczne ze skazaniem rodziny Stawickich na dalsze zadłużanie się, a w niezbyt odległej perspektywie – na bezdomność. Mamy tu do czynienia z celowym doprowadzeniem pani Teresy do zadłużenia, zapewne po to, aby spółdzielnia, już po eksmisji, mogła mieszkanie sprzedać na wolnym rynku. Jedna z sąsiadek państwa Stawickich wspomniała, że prezes umarzał długi innym lokatorom mającym większe zadłużenia niż dozorczyni i jej mąż. Umorzenie długu innym mieszkańcom bloków należących do spółdzielni jest słuszne. Ale jaki jest problem z panią Teresą? Tego dziennikarze programu TVN „Uwaga” nie dowiedzieli się od Roberta Ambroziaka. Podczas interwencji w obronie pani Teresy u prezesa byli obecni nie tylko dziennikarz TVN z kamerą, a także Piotr Ikonowicz i zbulwersowani postawą zarządu SM „Wola” lokatorzy bloku, w którym od ponad 30 lat pani Teresa jest gospodarzem domu. Ich obecność zaskoczyła prezesa Ambroziaka, który wytoczył w rozmowie przeciw pani Stawickiej znane wszystkim argumenty zwolenników eksmisji, że dług czynszowy za nich pokryją inni mieszkańcy swoimi pieniędzmi, co prawdą nie jest. Wygłoszona opinia prezesa wywołała oburzenie mieszkańców, wypominających prezesowi m. in. bezduszność wobec sąsiadów.

Sprawa ma jednak drugie dno. Pan Jan Stawicki był zatrudniony w spółdzielni bez ubezpieczenia zdrowotnego. Czyli na czarno. Pan prezes nie dopełnił obowiązków pracodawcy, co kwalifikuje się do zgłoszenia prokuraturze. Może dlatego chce się pobyć z pola widzenia ludzi, wobec których nie był uczciwy. Sprawa pani Teresy pokazuje dobitnie, jak niewiele brakuje do wpadnięcia w spiralę zadłużenia. Wystarczy choroba przy braku ubezpieczenia, by ludzie z gruntu uczciwi nie byli w stanie dalej wywiązywać się ze swoich zobowiązań. Pani Teresa Stawicka po otrząśnięciu się z szoku po ciężkiej operacji męża znalazła sposób, by zarobić dodatkowe pieniądze i spłacić długi, ale perfekcyjna pani sekretarka oraz jej szef uznali, że nie dadzą tej rodzinie żadnej szansy.

„Zachwiała się nasza hierarchia wartości. Zaczęto uważać, że jeśli ktoś jest winny pieniądze, to jakby czegoś był winny. Po prostu nie ma pieniędzy, bo tak się potoczyło jego życie. W większości przypadków ludzie niewypłacalni to osoby, które przegrały w wyścigu szczurów: zachorowali, zbankrutowali, przeinwestowali. Powody są różne. Ale w którymś momencie człowiek nie ma jak zapłacić. Wtedy nie powinno się go wyrzucać na ulicę, tylko powinien przyjść pracownik socjalny i zapytać jak pomóc. Tak jest w większości krajów zachodniej Europy. Mamy u nas bardzo dziki kapitalizm” – powiedział Piotr Ikonowicz dla programu TVN, „Uwaga”. W tym samym tygodniu, w którym telewizja TVN prezentowała materiał o pani Teresie, mieliśmy okazję prześledzić kolejną tragedię lokatorską. Komisja weryfikacyjna zajęła się sprawą przejęcia kamienicy przy Lutosławskiego 9 na warszawskim Żoliborzu.

Kamienica przy Lutosławskiego 9 na Marymoncie – Potok została w czasie wojny zniszczona, po wojnie odbudowana ze środku publicznych. W 2014 roku wnuczka dawnych właścicieli - Izabella Wierzbicka odzyskała kamienicę, nie zwracając kosztów poniesionych przez miasto przy odbudowie budynku. Zamieszkała w niej wraz z mężem i dorosłymi dziećmi. To był marzec 2014 roku. Zaledwie w styczniu zakończył się generalny remont budynku przeprowadzony przez miasto. Koszty, jakie ponieśli podatnicy na wymianę pionów, podłączenie budynku do kanalizacji i centralnego ogrzewania również nie zostały rozliczone. Taki gest mieszkańców Warszawy dla rodziny Wierzbickich.

Początkowo relacje między nową właścicielką a lokatorami były normalne. Gehenna zaczęła się latem. Od prawie czterech lat pani Wierzbicka pełni rolę policjanta, prokuratora, sędziego i komornika wobec lokatorów mieszkających w kamienicy, którą uważa za swoją własność dosłownie. Pani Alina Kłodziejczyk, była lokatorka kamienicy, wspominała w programie TVP Info, „eksMISJA” w rozmowie z Katarzyną Matuszewską, jaką osobą jest pani Wierzbicka oraz jej mąż; „Wyzywała, przeklinała okropnie, to jest tak wulgarna kobieta, a jej mąż to nie ma, co mówić”.

Rodzina Wierzbickich podniosła czynsz z 320 na 1000 złotych, stosowała przemoc wobec lokatorów, włamywała się im do mieszkań i dokonywała nielegalnych eksmisji. Postawa żoliborskich policjantów wobec zdarzeń była skandaliczna, nie ograniczała się do bierności. Często pomagali nawet właścicielce łamać prawo, dokonywać bezprawnych eksmisji, namawiali lokatorów do zaniechania działań przeciwko niej i jej rodzinie. Czemu? Dla funkcjonariuszy policji prawo własności stoi wyżej niż prawa mieszkańców stołecznych kamienic przejętych przez osoby prywatne. Nie był to odosobniony przypadek w wykonaniu stołecznej policji, która w obliczu konfliktu na linii właściciel lokalu – najemca wykazuje brak elementarnej wiedzy prawnej. Policja wpisuje się na niechlubną listę negatywnych bohaterów reprywatyzacji, obok sędziów, prokuratorów i władz miasta. Życie mieszkańców kamienicy przy Lutosławskiego 9 od 2014 roku jest wyjęte spod polskiego prawa. Najdrastyczniejszym przypadkiem tej reprywatyzacji była historia Marka Orłowskiego. Pan Marek mieszkał na parterze, co miesiąc otrzymywał emeryturę wysokości 1100 złotych, którą państwo Wierzbiccy zabierali prawie w całości, pozostawiając choremu na cukrzycę człowiekowi tylko 100 złotych na życie. Na tym szykany i przemoc właścicieli wobec lokatora się nie skończyły.

„Przed domem stoi pan Orłowski zalany krwią, a z tyłu za nim stoi pani Wierzbicka i bije jego głową w drzwi szklane. Za nią stoi jej córka i pan Piotr, i wszyscy go tłuką” – zeznała przed komisją weryfikacyjną Alina Kołodziejczyk. Finałem przemocy wobec pana Marka była nielegalna eksmisja na bruk dokonana przez właścicieli. Pozbawiony lokalu i prawa do lokalu zastępczego lub socjalnego, osobistych rzeczy i leków, które państwo Wierzbiccy wyrzucili na śmietnik, powtarzał widząc to wszystko; „Co oni mi zrobili? Co oni mi zrobili?”. Sąsiedzi szybko zareagowali, wezwali policję oraz żądali od pani Wierzbickiej zwrotu kluczy. Córka właścicielki zeszła na dół, szepnęła coś do ucha funkcjonariuszowi, po czym policja zaniechała dalszych działań. Marek Orłowski niedługo potem zmarł w jednym z pustostanów na Żoliborzu. Przyczyną śmierci nie była choroba, ale wychłodzenie organizmu. Zamarzł. Policja i prokuratura są współodpowiedzialni za tę śmierć, gdyż swoją postawą pomagały nękać mieszkańców zreprywatyzowanej kamienicy. Nie reagowali na agresję właścicieli podczas interwencji, nie wyciągali żadnych konsekwencji wobec rodziny Wierzbickich za ewidentne łamanie prawa i umarzali wszystkie postępowania, nie dopatrując się w nich czynów prawem zabronionych. Jedyną obroną, jaka pozostała lokatorom to filmy nagrywane z telefonu ukazujące właścicieli atakujących ich każdego dnia, celem usunięcia ich z kamienicy. To też nie był dowód wystarczający dla prokuratury.

Po trzech latach sprawa kamienicy przy Lutosławskiego 9 stanęła przed komisją weryfikacyjną. Ma ona wydać decyzję w sprawie zgodności z prawem zarówno samego zwrotu nieruchomości, jak i działań nowych właścicieli w stosunku do mieszkańców. Bilans jest tragiczny. Jedna osoba poniosła śmierć w wyniku bezprawnej eksmisji. Dwaj byli lokatorzy są nadal bezdomni, gdyż odmówiono im prawa do procesu sądowego. Pan Dariusz Zimny, którego domem są dziś klatki schodowe warszawskich bloków, wychowanek domu dziecka, który po uzyskaniu pełnoletności wrócił do swojego rodzinnego domu i nie został wpuszczony, a także nieżyjący już Marek Orłowski – wszyscy trzej mieli prawo do lokalu socjalnego, gdyby rodzina Wierzbickich nie wyręczała sądu. Historia z Lutosławskiego 9 pokazuje, że z przemocą właścicieli wobec lokatorów mamy do czynienia niezależne od faktu, kto przejmuje miejską nieruchomość komunalną, fałszywy czy prawdziwy spadkobierca przedwojennych właścicieli.

Tydzień 12-18 lutego był urywkiem życia lokatorów opisywanego przeze mnie, ale też czasem, kiedy tzw. zwykli ludzie mogli opowiedzieć o swoim wieloletnim dramacie mediom i przedstawicielom władzy. Chociaż pani Teresa wraz z mężem mieszka w bloku spółdzielczym, a mieszkańcy kamienicy Lutosławskiego 9 mają problemy z prywatną właścicielką, to łączy ich jedno: nikt z organów powołanych do zapewnienia obywatelom poczucia bezpieczeństwa nie pochylił się nad ich tragicznym położeniem. Nikt też nie udzielił im stosownej pomocy. Państwo ich opuściło, stojąc po stronie właścicieli, wykazując bierność lub nawet służąc pomocą w nękaniu lokatorów. Rzeczypospolita Polska od lat jest państwem z tektury wobec najsłabszych obywateli, co obnażyła nie tylko reprywatyzacja w stolicy. Kamienica przy Lutosławskiego 9 jest przypadkiem patologicznym, nie jedynym w kraju. To są terytoria eksterytorialne, gdzie właściciel ze swoją rodziną może stawiać się ponad prawem. Za zgodą władz, niestety.

Redagowała:

Ewa Andruszkiewicz

Zdjęcie:

Wojciech Łobodziński

Losowe Artykuły

mikropolityka

mikropolityka

kultura

mikropolityka