Data:2018-03-15
Wyświetleń:286

Fiasko Igrzysk – fiaskiem modelu sportowego
Michał Gęsiarz

Po ośmiu latach względnych sukcesów polskich sportów zimowych bańka, spodziewanie zresztą, pękła podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w PyeongChang. Pękła wśród narastających kontrowersji wokół finansowania polskich sportowców, relacji na linii zawodnicy - związki i sensowności polskiego systemu (nie)szkoleniowego. Pewną powszechnie przyjętą konstatacją, jaka została nam po igrzyskach, jest wniosek, że działacze związkowi rzucają zawodnikom i zawodniczkom kłody pod nogi, a warunki treningowe i sprzętowe polskich olimpijczyków nie pozwalają im nawiązać rywalizacji ze światową czołówką, do której przecież należą choćby Czesi i Białorusini. Zaraz za tym argumentem znajdujemy demony niedostatecznego finansowania. Za tymi realnymi problemami kilkudziesięciu profesjonalistów kryje się jednak pewna słabiej na pierwszy rzut oka widoczna prawda. Polska nie "przegrywa" Igrzysk dlatego, że 62 olimpijczyków nie dostało właściwego finansowania. To się dzieje dlatego, że sport przestał być faktycznie powszechny.

Powszechny sukces Norwegów

Nie mamy i nigdy nie będziemy mieli tak dobrych uwarunkowań do uprawiania sportów zimowych, jak Norwegia. Nie chodzi tutaj tylko o jakże istotne aspekty geograficzne, ale przede wszystkim o ładunek społeczno-kulturowy, jaki niesie ze sobą w tym kraju bieganie na nartach. Przez wieki tysiące mieszkańców surowej Skandynawii rodziło się i umierało z nartami na nogach. Ten podstawowy środek komunikacji z czasem ewoluował w podstawowy element kultury fizycznej. Jazda na nartach, ze szczególnym ukierunkowaniem na biegi narciarskie, jest wpojona w norweskie społeczeństwo. Efektem tego jest pewien model, niewątpliwie jak na współczesny sport równościowy, w którym dostęp do aktywności fizycznej nie jest uwarunkowany wynikami ani możliwościami finansowymi (chociaż ten problem Norwegów aż tak nie trapi).

Norweski model sportowy opiera się na kilku prostych zasadach. Po pierwsze jest to sport dla każdego - dopóki znacząco się nie wyróżniasz, nikt nie zwraca uwagi na twoje wyniki. Wyniki są zresztą zupełnie nieistotne wśród dzieci. Jedynym celem sportu juniorskiego jest wciąganie młodzieży do klubów sportowych, których na terenie kraju działa ponad 11 tysięcy i w których zrzeszone jest 93% norweskich dzieci. Filozofia pompowania milionów koron w profesjonalny sport ustępuje filozofii promocji bezstresowego sportu wśród milionów Norwegów. Oczywiście, zewsząd dobiegają głosy sprzeciwu, wiele z nich z pozycji profesjonalizmu, krytykującego z jednej strony zbyt długie trzymanie mało perspektywicznych juniorów w klubach, a z drugiej niewystarczające wsparcie dla wybitnych jednostek. Oba te argumenty nie wytrzymują porównania z rzeczywistością. Jeśli chodzi bowiem o perspektywiczność juniorów, to w wielu sportach nie da się ocenić jej w wieku trzynastu czy nawet piętnastu lat. Trzykrotny medalista minionych Igrzysk, skoczek narciarski Robert Johansson swoje pierwsze punkty w Pucharze Świata zdobył w wieku 23 lat (dla porównania jego kolega po fachu, który również sięgnął po trzy krążki w Korei, Andreas Wellinger, pierwszy raz na podium PŚ stawał w wieku 17 lat). W niejednym kraju zawodnik nieprosperujący w okolicach dwudziestki byłby skreślony. Drugi zaś argument, zarzut niedostatecznego wsparcia, brzmi co najmniej śmiesznie w kontekście kraju, który zdominował klasyfikację medalową ostatnich Igrzysk. Tym bardziej, że owo wsparcie jak najbardziej istnieje, a najlepsi zawodnicy mają szeroką ofertę treningową choćby w ramach elitarnego Olympiatoppen, organizacji zajmującej się szkoleniem czołówki norweskiego sportu.

Polskie przypadki z góry i z dołu

Jak wygląda to w Polsce? Pozwolę sobie napisać ten akapit bardziej empirycznie, bo zdarzyło mi się w życiu być absolwentem szkoły sportowej i uprawiać amatorsko sporty zimowe. Przede wszystkim nasz system, a raczej jego brak zbyt często ucieka w pewien sztywny elitaryzm. Moja szkoła stawiała na biegi narciarskie - z perspektywy czasu z pewnym sukcesem, bo Dominik Bury reprezentował Polskę na koreańskich Igrzyskach. I w zasadzie te biegi były jedynym, co się liczyło - dla mnie był to koszmar, bo z racji problemów zdrowotnych od zawsze byłem ze sportów wyczynowych skreślony. I chociaż zamiast tego dawałem radę w konkurencjach alpejskich - ani razu przez 6 lat nauki nie miałem okazji tego ćwiczyć.

Jednak zostawmy na chwilę mnie, jednego z milionów, chociaż z perspektywy krzewienia kultury fizycznej ten mój przypadek może być nawet bardziej reprezentatywny. Dajmy głos olimpijczykom. Na przykład Maciejowi Starędze, który przyznał, że by liczyć się w walce pucharowej musiał trenować na obozach w Norwegii, ponieważ Polski Związek Narciarstwa nie zapewniał mu odpowiednich warunków. Jako języczek u wagi Kreczmer wymienił sytuację z rozegranego na kilka tygodni przed Igrzyskami konkursu skoków narciarskich w Zakopanem, kiedy jedna z tras biegowych została... przykryta żwirem i zamieniona w parking dla kibiców. Jeśli tak traktowani są w Polsce czołowi sportowcy, ciężko by zwykły obywatel miał realne szanse rozwinąć swoje umiejętności na biegówkach. Biathlonistka Weronika Nowakowska, dwukrotna medalistka mistrzostw świata sprzed trzech lat, fundusze na treningi próbowała, z marnym z resztą skutkiem, zbierać poprzez portal Patronite. Zupełnie inną historią jest z kolei start Michała Kłusaka, alpejczyka, który do PyeongChang pojechał za własne pieniądze wbrew woli związku narciarskiego...

Teoretycznie najlepsza sytuacja panuje w męskich skokach narciarskich. Teoretycznie, bo w praktyce liczba ośrodków treningowych w Polsce nie ma startu do baz, z jakich korzystają choćby Słoweńcy czy Norwegowie. Skoki są oczywiście kwestią nieco mniej inkluzywną - jako sport wyczynowy niezbyt nadają się do masowego uprawiania. Niemniej, zagłuszeni falą sukcesów polskiej kadry trenerzy juniorów biją na alarm, wskazując na zastój w modernizacji obiektów treningowych. Zupełnie inną kartę zapisuje PZN w kontekście swojego stosunku do skoków narciarskich kobiet - przed rokiem postanowił nie wysłać kobiecej drużyny na Mistrzostwa Świata w Lahti pomimo tego, że w konkursie mieszanym była szansa na czołową ósemkę. A to zapewniłoby dziewczynom stypendium.

Koreańskie lekcje

Ta litania problemów profesjonalnego sportu nie tylko pokrywa się z katastrofalną sytuacją ogólnej aktywności fizycznej, ale wydaje się wręcz z niej wynikać. Bo przerażający fakt istnienia państwowego związku sportowego, który za wszelką cenę próbuje uniemożliwić zawodnikowi start na igrzyskach, jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Pod tym wierzchołkiem kryje się brak odpowiedniej filozofii kultury fizycznej. Bez sportu masowego ciężko marzyć o sukcesach profesjonalistów. Szczególnie w kraju, w którym na szczeblach władzy wciąż nie rozpadły się feudalne stosunki, a zarządzany centralnie profesjonalny sport w dużej mierze służy samym działaczom.

Gdzieś na marginesie cierpi przy tym powszechny obraz sportu. Przede wszystkim inaczej wygląda stosunek na linii kibic -zawodnik, jeśli ten pierwszy nie może się z drugim utożsamić. Postępujące od lat 30-tych XX wieku oderwanie profesjonalnego sportu od jego amatorskiego odbicia stworzyło model, w którym kibic w praktyce stał się tylko i wyłącznie konsumentem zawodowego sportu, czasem odczuwającym podczas tej konsumpcji pewne bodźce niematerialne. Problem ten, rozdmuchany do granic absurdu w piłce nożnej, dotyka też poniekąd mniej medialne sporty. Bo zdecydowanie łatwiej byłoby nam wytworzyć odpowiednią atmosferę wokół narciarstwa alpejskiego czy biegowego, gdybyśmy jako społeczeństwo stali się aktywną częścią tego sportu, nawet jeśli tylko amatorską. Dzisiaj siadamy nocą przed telewizorem do relacji z innego kontynentu by skonstatować, jacy to "nasi" są beznadziejni i jak to pojechali na drogą wycieczkę, a parę godzin później ewentualnie ekscytować się przypadkowym raczej niż wynikającym z jakiejkolwiek logicznej ciągłości sukcesem polskiego skoczka. Otóż inaczej wygląda taka perspektywa, jeśli kibic z konsumenta sportu zamienia się w jego część.

Światowa praktyka pokazuje, że sukcesy w sporcie nie muszą być tożsame z rozbuchanymi nakładami na profesjonalny, elitarny sport. Masowy sukces zwycięzców klasyfikacji medalowej Zimowych Igrzysk w Korei został zbudowany na powszechnym, równościowym modelu sportu. Ogólnodostępność kultury fizycznej przekłada się na sukcesy w jej ramach. Ten pierwszy, najistotniejszy, zawiera w sobie kwestie zdrowotne, ale także praktyczną naukę, jaka zawarta jest w sporcie - jak chociażby współzawodnictwo i współpraca. Drugi sukces, dodatkowy, ale istotny kulturowo, materializuje się w wynikach osiąganych na szczycie przez profesjonalistów. W ten sposób pogodzić można wszelkie sprzeczności, jakie w ciągu ostatniego stulecia narodziły się w łonie idei olimpijskiej. To również droga, której znaczną część wykonać można oddolnie, nawet, jeśli państwowy klimat wybitnie nam dzisiaj nie sprzyja.

Korekta:

Aleksandra Kawicz

Grafika:

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/0/0d/Jamrozowa_Polana_-_trasa_biegowa.jpg

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

kultura

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne