Data:2018-03-18
Wyświetleń:1028

Lama Sabachthani
Anonim

Eli, Eli, lama sabachthani? - "Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił?" (Mt 27, 46 oraz Mk 15, 34); - tytuł artykułu nawiązuje do słów Jezusa Chrystusa na krzyżu [W.Ł.]

Ruch roku 1977, znany wówczas szerzej jako "settantasette" (siedemdziesiąty siódmy), był ostatnim epizodem "długiego sześćdziesiątego ósmego" we Włoszech, czyli okresu walk społecznych, które zaczęły się około roku 1966 i trwały ponad dekadę. Podczas gdy punkowcy w Wielkiej Brytanii krzyczeli "No future!", ruch studentów i młodzieży z wielkich miast we Włoszech odwoływał się do satyry, ironii i dowcipu, poszukując w kreatywnym użyciu języka sposobu przeciwstawienia się poważnej, nudnej, zbiurokratyzowanej polityce Włoskiej Partii Komunistycznej (PCI, Partito Comunista Italiano). Partia ta realizowała wówczas strategię "historycznego kompromisu" - po zamachu stanu w 1973 roku w Chile szefostwo PCI zaangażowało się w zwiększanie swojego poparcia wśród klasy średniej. Kryzys polityczny lat 70. doprowadził do połączenia sił Chrześcijańskiej Demokracji oraz PCI w celu przywrócenia stabilizacji państwu włoskiemu i wprowadzeniu oszczędnościowych reform gospodarczych.Umberto Eco pisał w 1977 o "miejskich indianach", o pokoleniu "roku dziewiątego" ("rokiem pierwszy" był 1968), że w swoich żartach, akcjach i sposobie, w jaki używali nowych mediów wynajdywali nowy język - "włosko-indiański". Franco "Bifo" Berardi, jedna z najważniejszych postaci wydarzeń roku 1977 w Bolonii, w swoich wspomnieniach z tego okresu napisze, że to właśnie wówczas zmiana pokoleniowa stała się problemem politycznym - młode pokolenie odkrywało nowe technologie, odwoływało się do awangardy literackiej i artystycznej, ale mierzyło się także z brakiem przyszłości i z nową rzeczywistością kapitalizmu, którą dzisiaj nazywamy "prekaryzacją". W 1986 roku o tym pokoleniu Giorgio Agamben napisał tak: " W latach 70. pojawiła się na scenie w Europie rozczarowana, ale nie zrozpaczona, generacja, która żądała nie polityki jako sfery autonomicznej i totalitarnej, ale etycznej wspólnoty pojedynczości; nie historii jako linearnej ciągłości, ale jej zbyt długo odraczanego spełnienia; nie pracy nakierowanej w sensie ekonomicznym na produkcję towarów, ale nieoperatywności bez celów, w żadnym jednak razie nie bezproduktywnej. [...] Mniej niż dziesięć lat później projekt ten wydaje się należeć do przeszłości."

17 lutego 1977: Luciano Lama – komunistyczny lider związkowy przybył na okupowany Uniwersytet Rzymski, by przeprowadzić „wykład” dla studentów i studentek. Został jednak wyrzucony z kampusu. Poniżej znajduje się opis naocznego świadka tamtych wydarzeń. Wydarzeń, które zapoczątkowały głęboko zakorzeniony konflikt pomiędzy „nową lewicą” a Włoską Partią Komunistyczną (PCI).

Czwartkowy poranek, 17 lutego 1977 roku. Kampus uniwersytecki okupowany był już ponad tydzień przez studentów, bezrobotnych, towarzyszy i towarzyszki. Wysokie, ponuro wyglądające budynki o faszystowskiej architekturze zostały przemienione. Biała fasada Wydziału Filologicznego pokryta została sloganami i napisami. Jeden z nich, pionowy i bardzo wysoki, ostrzegał kapitalistów i rewizjonistów przed „pogrzebaniem wybuchem śmiechu”. Podpisany był: Godere Operaio (Robotnicza Radość) i Godimento Studentesco (Studencka Przyjemność) – gra słów związana ze starymi organizacjami Potere Operaio (Robotnicza Siła) i Movimento Studentesco (Ruch Studencki). Były to napisy autorstwa zdecentralizowanego, tworzonego przez młodych towarzyszy i towarzyszki, ruchu kulturowego o nazwie Metropolitan Indians. Swoją przenikliwą dowcipność i sarkastyczność obrócili oni przeciw Rządowi i Partii Komunistycznej, a nawet w stronę rewolucyjnych ambitnych „figur-liderów”, którzy próbowali rozciągnąć swą dominację nad całymi masami. Jakość tego nowego rewolucyjnego ruchu polegała głównie na masowej odmowie powielania tradycyjnych form zarządzania, czyli zarządzania odgórnego. Był to ruch w ogromnej mierze samo-zarządzający i samo-organizujący się.

Podczas dni i nocy okupacji, Uniwersytet wydawał się ogarnięty przez ciągłą imprezę ludu, która stała się jego forum. Miały miejsce długie, niewyczerpujące się dyskusje w przeróżnych komisjach (komisji przeciw-informacyjnej, komisji fabryk i wspólnot, komisji pedagogicznej, komisji kobiecej). Występowały również, często burzliwe, zgromadzenia, podczas których Ruch ustalał swoją politykę, żądania i postulaty.

Wszystkie bramy uniwersyteckie strzeżone były przez towarzyszy i towarzyszki, aby przeszukiwać i obserwować osoby wchodzące na teren kampusu. Chroniono się przed prowokatorami.

Rząd i PCI zdecydowały wysłać Luciano Lama.

Dzień wcześniej Generalne Zgromadzenie Ruchu przegłosowało jego wizytę, jednak w celu uniknięcia przemocy fizycznej ustalono, że zostanie on pokonany „politycznie” (dzięki zagłuszeniu gwizdami i okrzykami).

Lama przybył o dziewiątej rano, ciężarówką wyposażoną w potężne nagłośnienie. Miała być ona platformą, z której wygłosi swoje przemówienie. Towarzyszyła mu grupa 200 bojówkarzy PCI (z legitymacjami związkowymi przypiętymi do kurtek) oraz około 2000 reprezentantów związków zawodowych i robotników, wezwanych na uniwersytet, by „wyzwolić go z rąk faszystów”.

Na dużej, otwartej przestrzeni kampusu uniwersyteckiego Lama dostrzegł jednak inną, postawioną już platformę, na której sterczała przedstawiająca go kukła wyposażona w słynną fajkę. Było też wielkie, wycinane serce ze sloganem naigrywającym się z jego imienia – „Nessuno L’Ama” („Lama Nikt” lub „Nikt Go Nie Kocha”). Wokół zgromadziła się grupa członków i członkiń Metropolitan Indians. Gdy Lama zaczął swoje przemówienie, zaczęto skandować „Ofiar, ofiar, my chcemy ofiar!” (była to parodia nawiązująca do państwowej polityki gospodarczej, wspieranej przez Partię Komunistyczną). „Zbudujcie nam więcej kościołów a mniej domów!” (Włochy posiadały więcej kościołów niż jakikolwiek inny kraj europejski i cierpiały na chroniczne braki mieszkaniowe). „Domagamy się pracować więcej a zarabiać mniej!”

Ironia wzburzyła nieobdarzonych poczuciem humoru bojówkarzy PCI. Zebrało się około 10000 towarzyszy i studentek, a Autonomiści zaczęli zakładać maski.

Trudnym byłoby ustalenie, która strona pierwsza rzuciła kamieniem. Z pewnością jednak można stwierdzić, że doprowadziły do tego przepychanki i niekończąca się obustronna wymiana obelg. Po chwili wybuchła przemoc. Cegły, kamienie i butelki latały w powietrzu. Niektórym członkom Partii Komunistycznej udzielono pomocy medycznej. Ludzie niebędący członkami PCI nie mogli udać się do szpitala ze względu na możliwość aresztowania.

Zdecydowana większość obecnych studentów i robotników nie brała udziału w walce, stojąc jedynie dookoła w pojedynczych grupach. Spotkałem grupę robotników inżynieryjnych. Jeden z nich powiedział, że Lama sam się o to prosił, kiedy przybył na uniwersytet zalać wodą ogień. Inny poprawił go mówiąc, że nie była to woda, a raczej gaz. Robotnicy narzekali, że związki zawodowe z wielkim naciskiem zbierały ich i namawiały do przybycia na uniwersytet, bez żadnej możliwości dyskusji ani wyjaśnienia sprawy. Sprzątaczka pracująca w Studenckim Szpitalu Uniwersyteckim (źle opłacanej i zużytej przez nadmierny wyzysk placówce, a jednocześnie twierdzy Autonomistów) powiedziała mi: „Powinni go zastrzelić, celując prosto w usta”.

Jeszcze inna, będąca członkinią Partii Komunistycznej, uznała, że Autonomiści to prawdziwi faszyści, bo pobili robotników (bojówkarzy PCI). Zupełnie nie mogła się z tym pogodzić.

Po około godzinie Lama razem z bojówkarzami uciekł poza teren uniwersytetu, a wszystkie okna jego ciężarówki zostały wybite. Obelgi i oskarżenia rzucano z obu stron barykady. Wszyscy krzyczeli „Faszyści! Faszyści!”, co na włoskiej lewicy jest śmiertelną zniewagą, zazwyczaj kończącą się bójką.

Tego samego dnia, po południu, oddziały prewencji dotarły na uniwersytet, oczyszczając go ze studentów i bezrobotnych, którzy uciekali wyjściami ewakuacyjnymi. Około 1000 członków i członkiń Partii Komunistycznej cieszyło się, wiwatując i klaszcząc. Nazajutrz młody wykładowca socjologii, członek Partii Komunistycznej powiedział: „Policja miała rację, odbijając uniwersytet. Nie było na nim żadnych prawdziwych studentów. Jedynie hipisi, dziwolągi i przybłędy z patologicznych dzielnic”.

Operacja ta przez studentów i studentki została nazwana „Małą Pragą”.

Tłumaczył:

Wojciech Łobodziński

Grafika:

Kadr z filmu Małgorzaty Mróz, przedstawiający moment zawieszenia flagi przez studentów UW, Sebastiana Słowińskiego, Dominika Puchałę i Wojciecha Łobodzińskiego w Warszawie na budynku Kurii Metropolitalnej, w trakcie pikiety, która miała miejsce po demonstracji Warszawskiego Strajku Kobiet „Słowo na niedzielę – wieszak dla biskupa!” Była ona sprzeciwem wobec ingerencji episkopatu w politykę, mianowicie jego apelu do polityków o wsparcie zakazu aborcji. Studenci i studentki nawiązały w trakcie tego protestu do pomysłowości i odwagi swoich poprzedniczek z lat 70. w hasłach i praktyce.

Redagował:

Jakub Pietrzak

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

felietony

mikropolityka

Coś jest źle