Data:2018-03-19
Wyświetleń:1685

Niepalący człowiek z gumy laureatem nagrody Pracownika Roku
Jakub Polański

Ktokolwiek ma jeszcze złudzenia, co do tego, jakiej klasy społecznej interesy reprezentuje PiS, powinien pozbyć się ich ostatecznie. Program Mieszkanie+ mający stanowić ważny punkt odniesienia w polityce społecznej partii rządzącej, okazał się być narzędziem służącym zwiększeniu zysków kasty deweloperów, którzy zostaną jego największymi beneficjentami, ponieważ ubodzy pracujący chcący otrzymać mieszkanie w jego ramach, musieliby uprzednio zrzec się swoich praw i pozwolić na bezwarunkową eksmisję w wypadku zwłoki w opłatach, które wynosiłyby więcej aniżeli w przypadku większości mieszkań dostępnych na wolnym rynku; plan Pracowniczych Planów Kapitałowych, zamiast stanowić gwarancję bezpieczeństwa na starość, jak deklarują rządzący, przyczyni się ostatecznie do maksymalizacji zysków sektora finansowego [1], który będzie mógł prowadzić wyjęte spod jakiejkolwiek kontroli inwestycje z pieniędzy pobieranych z pensji pracowniczych. Z kolei społeczna pozycja tzw. zwykłego człowieka, która miała ulec poprawie pod rządami narodowo-kapitalistycznych cyników, zostanie poważnie podkopana przez przygotowywane obecnie istotne zmiany w prawie pracy.

15 września 2016 roku Ministerstwo Pracy, Rodziny i Polityki Społecznej powołało do życia Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy, która miała stanąć przed zadaniem „wypracowania projektów kodeksów: indywidualnego i zbiorowego prawa pracy”. Na czele Komisji stanął Marcin Zieleniecki, wcześniej etatowy działacz NSZZ „Solidarność”, obecnie pełniący funkcję Podsekretarza Stanu we wspominanym ministerstwie. Rola Zastępców obsadzona została natomiast przez Monikę Gładoch, wpływową prawniczkę, ekspertkę z ramienia broniącej interesów kapitalistów konfederacji Pracodawców RP oraz Liwiusza Laskę, prawnika, który – jak dumnie zaznacza na stronie internetowej swojej kancelarii [2] – „posiada duże doświadczenie w prowadzeniu obrony interesów przedsiębiorstw przed masowymi roszczeniami odszkodowawczymi zgłaszanymi na gruncie ustaw: prawo energetyczne, prawo ubezpieczeniowe, prawo farmaceutyczne”. Już te wiadomości dają nam klarowne wyobrażenie na temat tego, kogo uprzywilejowywać będzie opracowywany obecnie kodeks pracy. I nikogo nie powinno to dziwić.

1.

Przyjrzyjmy się teraz upublicznionym niedawno fundamentalnym ustaleniom Komisji. Pierwszym z nich jest wprowadzenie kont wynagrodzeń, mających polegać na tym, że zysk wypracowywany przez pracowników w trakcie nadgodzin, zamiast trafiać w przynajmniej skromnej części (na więcej nie ma co liczyć) do portfeli pracowników, byłby przechwytywany przez kapitalistę i trafiał na specjalne konto powiernicze prowadzone przez firmę. O tym, co dalej dziać będzie się z pieniędzmi, zadecyduje już samodzielnie pracodawca. Konstruktorzy omawianego projektu mówią, że pieniądze te byłyby zwracane załodze „w okresie, w którym ze względu na brak zapotrzebowania na wykonywanie obowiązków obniża się wymiar czasu pracy lub zwalnia pracownika z obowiązku jej świadczenia”, nie precyzując jednak, co bardzo znamienne, ani tego o jakich konkretnie okresach mowa, ani warunków owego zwolnienia, co w praktyce otworzy furtkę kapitalistom do tego, by zagarniać jeszcze więcej z wypracowywanej przez pracowników wartości do własnej kieszeni.

Równie mętne są kryteria, które musiałyby zostać spełnione, jeśli pracownicy chcieliby otrzymać swoje pieniądze w innym terminie od wskazanego przez szefa. Są to: 1) „szczególne sytuacje organizacyjne”, 2) załamanie popytu i 3) „negatywne skutki sezonowości zapotrzebowania na pracę”. Oznacza to, że po przyjęciu tych przepisów pracodawcy będą mogli na mocy prawa – oraz w oparciu o pokrętną argumentację – przywłaszczać sobie zyski wypracowane w ciągu 168 godzin nieodpłatnej pracy i otrzymają pełną dowolność, co do tego, jak nimi dysponować. [3] Warto w tym miejscu przytoczyć dane statystyczne. Jak podaje DGP, 29,9% pracodawców nie wypłaciło w 2016 roku rekompensaty za nadgodziny „dobowe”, a w przypadku nadgodzin „tygodniowych” wynik ten wyniósł 33,2%. Odpowiedzialna w znacznym stopniu za kształt projektu Monika Gładoch mówi bez skrępowania: „Zdaję sobie sprawę, że w zaproponowanym brzmieniu przepisy o kontach nie będą budzić entuzjazmu pracowników. Bo rzeczywiście dla nich oznaczają one przetrzymywanie u pracodawcy zarobionych już pieniędzy.” Jasność intencji jest w tym przypadku niezaprzeczalna, trudno jednak się cieszyć, ponieważ stoi za nią jawna chęć maksymalizacji zysków kapitalistów za cenę dalszego upodlenia klasy pracującej, którą sprowadza się do pozycji ożywionego narzędzia. [4]

2.

Kolejnym ustaleniem jest zniesienie obowiązku prowadzenia ewidencji czasu pracy w firmach zatrudniających poniżej 5 osób, które stanowi przyzwolenie na łamanie prawa pracy w małych podmiotach w kwestii jej czasowego wymiaru. Ewidencja ta mogłaby zostać przeprowadzana na wniosek samego pracownika, ale realia małych firm, zatrudniających zazwyczaj pracowników nisko-wykwalifikowanych, których można bez większego problemu zamienić na innych, mniej wymagających (czytaj: bardziej zdesperowanych), nie skłaniają do optymizmu. Możemy śmiało stwierdzić, że większość tego rodzaju wniosków zakończy się zwolnieniami, zwłaszcza że – jak czytamy na portalu Rzeczpospolitej – „zgodnie z nowym kodeksem pracodawcy zatrudniający do dziesięciu osób nie będą musieli uzasadniać wypowiedzenia umowy o pracę, tak jak obecnie, i ryzykować procesu z niezadowolonym byłym [...] pracownikiem”, co członek Komisji Arkadiusz Sobczyk w wywiadzie dla tej samej gazety uzasadnia tym, że „pracodawcy po prostu boją się obowiązku uzasadniania wypowiedzenia umowy o pracę”. [5] Małe firmy są także sferami największego wyzysku w Polsce. Według danych GUS różnica w średnim wynagrodzeniu obowiązującym w firmach zatrudniających poniżej 9 pracownic, a tych, które zatrudniają ich więcej niż 9, wyniosła w 2016 roku aż 55% (!). Opisywane zmiany pozwolą więc na to, aby de facto bezkarnie wyzyskiwać jeszcze dłużej.

Bardzo ważne są także proponowane zmiany w sprawie samej długości czasu pracy, jakie przewiduje nowy Kodeks. W przypadku standardowej umowy o pracę projekt nie zakłada żadnych większych zmian, co oznacza, że zachowana zostanie regulacja utrzymująca długość dnia roboczego na poziomie 8 godzin, a także przeciętnie pięciodniowego tygodnia roboczego na poziomie 40 godzin. Zmiana długości czasu pracy obejmie jedynie pracowników „moblinych”, głównie akademików, których maksymalny czas pracy wyniesie 48 godzin w wymiarze tygodnia, a także pracownice sezonowe, które przez aż 90 dni w roku będą zmuszone pracować nawet do 12 godzin dziennie, przy 5-dniowym tygodniu roboczym. Novum stanowią jednak projekty trzech nowych typów umów.

3.

Projekt zakłada stopniową eliminację niesławnych umów cywilno-prawnych, czyli tzw. „śmieciówek” (na których pracuje w Polsce około miliona ludzi) i oparcie zatrudnienia na dwóch formach: umowie o pracę i samozatrudnienia. Komisja obrała sobie wszakże za cel wprowadzenie zmiany, w rezultacie której umowa o pracę stałaby się „domniemanym” rodzajem zatrudnienia. Rzecznicy interesów kapitalistycznych za pośrednictwem portali takich jak Business Insider alarmują, że nadchodzące zmiany są „rewolucją” w sferze prawa pracy oraz że pociągną one za sobą ryzyko zepchnięcia wielu przedsiębiorstw na skraj bankructwa. W jednym z artykułów opisujących wspominane zmiany na burżuazyjnym portalu mówi się, że prawdopodobnymi konsekwencjami, z jakimi będą musiały zmierzyć się przedsiębiorstwa (a może jednak pracownicy?), są „zwolnienia i niższe zarobki, ponieważ etat oznacza dla pracodawcy wzrost kosztów”.

Neoliberalni dogmatycy nie dopuszczają w ogóle do siebie myśli, że cokolwiek mogłoby uszczuplić zyski kapitalistów, na ołtarzu których od samego zarania gospodarki wolnorynkowej składa się wszystko, z godnością i bezpieczeństwem pracowników i pracownic włącznie. Skutkiem tego zaplanowane zmiany, rzekomo, wedle deklaracji, obliczone na poprawę warunków zatrudnienia, rozbiją się o chciwość klasy posiadającej, której przedstawiciele – jak pokazuje doświadczenie – będą woleli prędzej wyzbyć się swoich pracownic, aniżeli zrzec się części swojego bogactwa, w pocie czoła zresztą wypracowywanego przez te pierwsze.

Wspomniany uprzednio Arkadiusz Sobczyk uspokaja wzburzonych kapitalistów i oświadcza: „Wydaje się, że to nie będzie żadna rewolucja, bo pracodawcy i tak coraz rzadziej korzystają z umów śmieciowych i to nie dla tego że kochają pracowników, ale, że są już pod ścianą”. [6] Na jakiej podstawie Sobczyk stwierdza, że zapanowała tendencja spadkowa w opieraniu zatrudniania na „śmieciówkach”, trudno stwierdzić. Wiemy jednak, że dokładnie tak, jak pisał Marks, to nie troska o warunki życia robotników popycha kapitalistów do wprowadzania zmian korzystnych z perspektywy ludzi pracy, lecz lęk przed tym, że w przeciwnym razie zagrożone mogłyby zostać ich własne zyski, co potwierdza przytoczony wyżej cytat. Znane są również nowe rodzaje umów o pracę, jakie ma zamiar wprowadzić Komisja Kodyfikacyjna. Są to umowy o pracę sezonową oraz dorywczą a także umowy „zero godzin” (zero-hours contracts).

Umowy o pracę sezonową miałyby mocą prawa wyprzeć nagminnie stosowane w przypadkach tego rodzaju zadań umów o dzieło, „śmieciówek”, które pomagają kapitalistom w minimalizacji kosztów produkcji, ponieważ zdejmują z pracodawcy obowiązek odprowadzania składek, a pracownicy pracujący na jej podstawie mają ograniczony dostęp do rozmaitych świadczeń socjalnych. Umowa ta, którą objętych zostałoby około pół miliona pracowników, także obcokrajowców, miałaby być zawierana na czas 120 dni i zapewniać pracownikom ubezpieczenia chorobowe, macierzyńskie i wypadkowe. Jednakże biorąc pod uwagę zawziętość lobby sektora rolniczego, nie dziwi fakt, że zatrudnionych na jej podstawie nie obejmowałby ani przepis dotyczący pensji minimalnej (która od 01.01 tego roku wynosi 2100 złotych), ani minimalnego wynagrodzenia godzinowego (13,70 zł). Dobrze znana pazerność sadowników – którzy pod koniec ubiegłych wakacji tak ochoczo skarżyli się na każdym kroku nieprzychylnym władzy, liberalnym mediom, że program 500+ oraz podniesienie stawki minimalnej „rozleniwiło im siłę roboczą”, pozbawiając ich rąk do pracy – sprawi zapewne, że znów uda im się skrzętnie ominąć przepisy, np. zatrudniając na dobrze znaną młodym ludziom – choć nie tylko – „umowę słowną”, pozbawiając pracownice jakichkolwiek zabezpieczeń [7]. Byleby zysk się zgadzał.

Zanim przejdziemy do niezwykle ważnego elementu nowego Kodeksu Pracy, czyli umów „zero godzin”, którym zamierzam poświęcić wiele uwagi, chciałbym poruszyć w tym miejscu drobną, aczkolwiek niezwykle istotną kwestię, a mianowicie zapis mówiący o konieczności odpracowywania przez pracowników przerw na papierosa. Omawiany de facto zakaz palenia jest – nie chcąc popaść w groteskę żadnego rodzaju – ostatecznym dowodem na nieznającą końca bezduszność kapitalistów, ponieważ jego konsekwencją jest odebranie pracownikom bodaj jedynego przyjemnego elementu dnia roboczego. Większość z nas wykonuje pracę, której szczerze nienawidzi a wizja nadchodzącej przerwy na papierosa potrafi być czymś, co pozwala uczynić tę świadomość odrobinę mniej bolesną. Ponadto, zakaz ten ugodzi przede wszystkim w pracownice znajdujące się w najgorszej sytuacji ekonomicznej, ponieważ dzisiejsza wielkomiejska klasa średnia odstresowuje się prędzej przy smoothie sączonym na wieczornym fitnessie, a nałogowe palenie papierosów stało się najpowszechniejszą formą balsamu dla ludzi zbyt biednych, by troszczyć się o własne zdrowie.

4.

Przejdźmy teraz do kwestii niezwykle palącej, która na pozór stanowi kompletną innowację w Polsce, a jest jedynie nową twarzą obecnego już problemu.

Zero-hours contracts, czyli umowy „zero godzin”, są nową formą doskonale znanych polskiemu światu pracy tzw. śmieciówek, aczkolwiek zaprojektowaną specjalnie z myślą o ludziach młodych, którzy nie dysponują wystarczającą ilością czasu, by móc spełnić kryteria pracy etatowej oraz emerytkach, które ze względu na swój stan zdrowia są dla kapitalistów zbyt niepewną „inwestycją”. Kontrowersyjne od samego początku umowy „zero godzin” zyskały na popularności wraz z nadejściem kryzysu finansowego z 2008 roku, który zmusił kapitalistów do namysłu nad tym, w jaki sposób w obliczu panującego kryzysu zadłużenia i wzmagającej się, odczuwalnej recesji, zabezpieczyć własne zyski. Poza cięciami w wynagrodzeniach (które – jak można się domyślić – nie dotknęły kadr kierowniczych), a także zmasowanymi zwolnieniami, koszty produkcji starano się zminimalizować oferując możliwie jak najtańsze formy zatrudnienia, które nie zobowiązują pracodawcy do odprowadzania składek (emerytalnych, wypadkowych itd., które w polskich warunkach wynoszą 20,06% wynagrodzenia pracownika brutto), i pozwalają zachować mu zadowalającą stopę zysku mimo obiektywnych przeciwności.

Jedną z nich jest właśnie wspominany typ umowy, który swoją nazwę zawdzięcza temu, że pracodawca zatrudniający na jej podstawie nie jest zobligowany do tego, by zapewnić swoim pracownikom pracę, a przez to także i wynagrodzenie. Kapitalista ponadto otrzymuje dzięki niej na wyłączność prawo do decydowania o czasowym wymiarze pracy, tj. prawo do samodzielnego ustalania każdego indywidualnego grafiku z osobna, w rezultacie czego pracownice zostają zmuszone do tego, żeby znajdować się w stanie permanentnej dyspozycji do pracy, przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek pewności, że faktycznie otrzymają możliwość jej wykonywania.

Umowy „zero godzin”, będące narzędziem podporządkowywania rynku pracy obsesji elastyczności, są kołem zamachowym procesu zwanego prekaryzacją. Proces ten w wielkim skrócie polega na wzmagającej się niestabilności zatrudnienia, odbywającej się w imię powiększania zysków prywatnych przedsiębiorców, której naturalnym rezultatem jest uzasadniony wzrost poczucia braku elementarnego bezpieczeństwa wśród pracowników. Brak pewności, czy otrzyma się pracę, brak pewności, czy otrzyma się wynagrodzenie, brak dostępu do świadczeń socjalnych, i jak możemy nieprzesadnie odważnie przypuszczać, również brak prawa do minimalnego wynagrodzenia – tak wyglądać będą realia zatrudnionych na umowę „zero godzin”, jeśli tylko wstępnie zaprezentowane przez Komisję zmiany zostaną uchwalone.

Według statystyk opublikowanych w maju ubiegłego roku, w Wielkiej Brytanii zatrudnionych na umowach „zero godzin” jest co najmniej 905 000 osób, czyli ok. 2,8% wszystkich zatrudnionych [8]. Sektorami gospodarki, w których najczęściej zatrudnia się na podstawie rzeczonej umowy są: sektor żywieniowy i hotelarski, służba zdrowia i opieka społeczna, a także transport i inne usługi [9]. Z umów tego rodzaju najchętniej korzystają wielkie koncerny w rodzaju McDonalds'a, który aż 90% swoich pracowników zatrudnia na podstawie umów „zero godzin” czy sieci sklepów SportsDirect, gdzie także wynik ten wyniósł w 2016 roku 90% [10]. Bardzo wysoki odsetek zatrudnionych, którzy nie mogą mieć pewności, czy w danym okresie będą mogli wykonać swoją pracę panuje pośród osób trudniących się opieką osób starszych oraz niepełnosprawnych (61%) [11], spośród których 80% stanowią kobiety [11]. Co ciekawe, choć wcale nie zdumiewające, wszakże wyniki podobnych badań znane są już od dawna [13], przeprowadzone niedawno badania ujawniają związek między niestabilnymi formami zatrudnienia, a zdrowiem psychicznym pracowników. Wśród osób zatrudnionych na umowach typu „zero godzin” zaburzenia psychiczne obecne są u aż 41% większej ilości pracownic w porównaniu z ludźmi, w umowach których uregulowana została kwestia ilości godzin, jaką zatrudniona musi wypracować [14].

Postulat zniesienia omawianych umów jest jednym z węzłowych aspektów walk klasowych toczonych w Wielkiej Brytanii. Związki zawodowe nie ustępują w krytykowaniu zapobiegawczej polityki Torysów, których pomysły na rozwiązanie problemu prekaryzacji, ze zrozumiałych względów, nigdy nie docierają do sedna problemu [15]. Reakcyjność nie jest jednakże domeną tylko Torysów, neoliberalny premier z ramienia Partii Pracy, Tony Blair już w 1995 roku zapowiadał, że jeszcze za jego rządów uda się położyć kres umowom „zero godzin” [16]. Ktokolwiek rozsądny wie, że nie ufa się neoliberałom, dlatego też wiadomość tę należałoby odczytywać raczej w kategoriach ciekawostki. Apel ten, który media nazwały „anty-biznesowym” ponowił w minionym roku John McDonnell, pełniący od 2015 roku funkcję Kanclerza Skarbu w brytyjskim gabinecie cieni, członek Partii Pracy [17], której polityka uległa zasadniczemu zwrotowi pod administracją Jeremy'ego Corbyna, mimo silnych nacisków ze strony wrogiego Corbynowi, blairowskiego skrzydła Partii, niemogącego rozstać się z neoliberalnymi fantazjami [18].

Choć na razie nie wiadomo, czy zmianę tę rzeczywiście uda się przeprowadzić w Wielkiej Brytanii, to mówi jednak wiele o kondycji Polski fakt, że próbuje się u nas wprowadzać rozwiązania, które w sposób oczywisty się nie sprawdziły i wiele z państw zachodnich podejmuje próby ich delegalizacji. A przykładem świecić może, przodująca niekiedy w postępowych rozwiązaniach, Nowa Zelandia, gdzie, dla przykładu, po raz pierwszy – w 1893 roku – przyznano prawa wyborcze kobietom, a której rząd (mimo iż kapitalistyczny) wystąpił w interesie pracowników i 10 marca 2016 roku oficjalnie zakazał kapitalistom zatrudniania na podstawie umów „zero godzin”. Zakaz ten bezzwłocznie wszedł w życie pierwszego dnia kwietnia 2016 r. [19].

5.

W styczniu tego roku członek Komisji Kodyfikacyjnej, Marcin Zieleniecki, udzielił obszernego wywiadu Dziennikowi Gazeta Prawna, w którym uchylił rąbka tajemnicy odnośnie do korekcji, jakie w kwestii urlopów planuje przeprowadzić Komisja. Pierwsza z nich dotyczyła będzie zniesienia regulacji ustalającej odgórnie długość urlopu, jaki przysługuje pracownikom. I choć w nowym Kodeksie Pracy mają znaleźć się zapisy określające minimalny wymiar urlopu, to jednak o jego faktycznej długości przesądzać będzie miała decyzja podjęta w ramach układu zbiorowego pomiędzy pracownikami a kapitalistą. Nierówna pozycja pomiędzy stronami tego układu zaważy na tym, że pracownicy zapewne będą zmuszeni zaakceptować propozycję swojego szefa, albo rychło spotkają się z wypowiedzeniem, którego – jak wspomnieliśmy wcześniej – nie będzie trzeba już uzasadniać. Tak więc minimalny wymiar urlopu bez cienia wątpliwości stanie się powszechnie obowiązującą normą w polskim świecie pracy. Inżynierowie tego projektu planują także zrównanie minimalnej długości urlopu przysługującego pracownikom o stażu poniżej 10 lat (20 dni/rok) z tymi, którzy tę granicę już przekroczyli (26 dni), nie mówią oni jednak o tym, na czyją korzyść zmiana ta miałaby zostać wprowadzona, ale i tego możemy się z łatwością domyślić [20].

Mimo to, rzecznicy interesów kapitalistycznych już teraz popadają w oburzenie i zapowiadają kontrofensywę. Burzy ich przede wszystkim zapis mówiący o konieczności zatrudniania pracowników na podstawie umowy o pracę. Nie ulega wątpliwości, że będzie on prędzej oznaczał masowe zepchnięcie pracownic na samozatrudnienie – a przez to obarczenie ich koniecznością odprowadzania składek, którymi w przeciwnym razie obciążony zostałby portfel przedsiębiorcy – niż upragnioną stabilizację i możliwość złapania gruntu pod nogami dla milionów pracujących. Neoliberalni zaślepieńcy stoją na stanowisku, że proponowane zmiany w niewystarczającym stopniu poddają rynek pracy tresurze dogmatu elastyczności, który od dawna przedstawiany jest jako legitymacja dla postępującej deregulacji prawa pracy. Zastępczyni przewodniczącego Komisji, Monika Gładoch, stwierdziła wręcz w udzielonym niedawno wywiadzie, że etat, jako domniemana forma zatrudnienia oznacza „ubezwłasnowolnienie człowieka pracy” [21]. Kłamią więc ci, którzy bezustannie ględzą, że neoliberałowie nie troszczą się o ludzi pracy, a w głowach im tylko rosnące zyski, w przeciwnym razie dlaczego mieliby się oni z takim zacięciem domagać respektowania pracowniczej wolności?

Pozostawiając jednak ironię na boku, warto zwrócić uwagę na to, że pośród wspomnianych przez przedstawicieli Komisji zmian, brak jest takich, które w sposób konieczny przyczyniłyby się do poprawy pozycji świata pracy. Jedyny ukłon w jego stronę poczyniony przez Komisję, jakim jest eliminacja śmieciówek, kapitaliści będą mogli obejść bez większych trudności, zmuszając pracowników do zakładania własnej działalności gospodarczej. Z dostępnych informacji nie wiadomo, żeby w nowym Kodeksie Pracy miały pojawić się zapisy, które skutecznie zabezpieczałyby pracowników przed nieuczciwością przedsiębiorców. Wręcz przeciwnie, wiele elementów mających składać się na jego całość będzie kolejnym krokiem w stronę umocnienia władzy klasy kapitalistycznej nad polskim społeczeństwem. PiS, portretowany przez obóz liberalny, jako formacja post-komunistyczna, dążąca do wprowadzenia socjalistycznego modelu podziału bogactwa, dowodzi swoimi ostatnimi posunięciami, że jest pospolitą gromadą trybunów kapitału. A przyjęcie nowego Kodeksu Pracy w takim kształcie, jaki na obecną chwilę przedstawiają mediom członkowie Komisji Kodyfikacyjnej, będzie na to ostatecznym dowodem.

Ad: W powyższym tekście w sposób świadomy pominąłem regulacje dotyczące uprawnień i znaczenia działalności związkowej, jednakże postąpiłem w ten sposób nie dlatego, że odejmuję opisywanym zmianom znaczenia, ale że umyślnie pozostawiam to pole osobom posiadającym zdecydowanie większe kwalifikacje i doświadczenie ode mnie, czyli działaczkom związkowym. Przykładem tego typu analizy jest opracowanie przygotowane przez Jakuba Grzegorczyka z OZZ „Inicjatywa Pracownicza”, z którego korzystałem przygotowując powyższy artykuł. Jednocześnie życzę wszystkim działaczom związkowym powodzenia w stawianiu zorganizowanego oporu zaproponowanym przez Komisję Kodyfikacyjną zmianom.

Korekta:

Nina Michnik

Grafika:

www.facebook.com/RevolutionaryMemesExtreme/

[1]http://krytykapolityczna.pl/gospodarka/pracownicze-plany-kapitalowe-program-dla-bankow-nie-dla-emerytow/

[2] http://www.korporacje.com/wordpress/kancelaria/prawnicy/liwiusz-laska/

[3] http://www.strefabiznesu.pl/wiadomosci/a/nowe-prawo-wynagrodzenie-za-prace-trafi-automatycznie-na-konto-bankowe,12614065/

[4] http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/1102979,prof-gladoch-nadgodziny-beda-pozniej-wynagradzane.html

[5] http://www.rp.pl/Kadry/301159928-Nowy-kodeks-pracy---czego-moga-spodziewac-sie-pracodawcy.html

[6] http://www.rp.pl/Kadry/301159928-Nowy-kodeks-pracy---czego-moga-spodziewac-sie-pracodawcy.html

[7] http://natemat.pl/218823,owoce-wisza-na-krzakach-przez-500-nie-mozemy-znalezc-ludzi-w-sadach-i-na-plantacjach-zalamuja-rece

[8] https://fullfact.org/economy/facts-about-zero-hour-contracts/

[9] https://www.statista.com/statistics/407848/number-of-employees-zero-hour-contracts-industry/

[10] https://www.theguardian.com/business/2013/jul/29/sports-direct-zero-hours-contracts, https://www.theguardian.com/business/2013/aug/05/mcdonalds-workers-zero-hour-contracts

[11] https://www.theguardian.com/commentisfree/2016/jun/09/zero-hours-contracts-staff-exploited-businesses-inequality-workplace

[12] https://www.theguardian.com/careers/2017/may/17/insecure-work-and-zero-hour-contracts-hit-women-with-health-issues-the-hardest

[13] https://nowyobywatel.pl/2017/11/27/glowa-chora-na-nedze/

[14] https://www.theguardian.com/uk-news/2017/jul/05/zero-hours-contracts-affect-young-peoples-health-study-finds

[15] https://www.theguardian.com/business/2017/may/23/fixed-zero-hours-contracts-insecure-work-gig-economy-review

[16] https://www.vice.com/en_uk/article/4wm5aq/a-brief-history-of-politicians-promising-to-end-zero-hours-contracts

[17] https://www.theguardian.com/politics/2017/apr/29/election-labour-mcdonnell-corbyn-zero-hours-economy

[18] https://www.jacobinmag.com/2017/06/jeremy-corbyn-election-results-labour-theresa-may-left

[19] https://www.theguardian.com/commentisfree/2016/aug/16/zero-hours-banned-new-zealand-unite-union-mcdonalds-sports-direct-hermens-deliveroo

[20] http://praca.gazetaprawna.pl/artykuly/1075209,zieleniecki-o-zmianach-w-kodeksie-pracy.html

[21] https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/kodeks-pracy-prof-monika-gladoch-prawo-pracy,72,0,2400328.html

Losowe Artykuły

felietony

teksty historyczne

polityczno-filozoficzne

mikropolityka