Data:2018-03-20
Wyświetleń:14866

Wyrzućmy białe róże do śmieci!
Weronika Pazdan

„Sejmowa Komisja Sprawiedliwości i Praw Człowieka zarekomendowała projekt "Zatrzymaj Aborcję". Autorzy i autorki regulacji chcą wykreślenia z obowiązującej ustawy przesłanki zezwalającej na legalne przerwanie ciąży ze względu na ciężkie i nieodwracalne wady płodu. Projekt "Zatrzymaj Aborcję" zostanie skierowany do trzeciego czytania w Sejmie, co oznacza ostateczne głosowanie.” Codziennik Feministyczny

Centroprawicowi politycy zajmujący wygodne miejsca w Sejmie po raz kolejny przypominają, że mają nas w dupie. Pod fasadą troski o urojone racje moralne znów próbują przepchać hańbiącą ustawę, ograniczającą podstawowe (a i tak już limitowane) prawo do aborcji, która zresztą jest tak wulgarnie konserwatywna, że stała się politycznym fenomenem na skalę europejską. Zrobiłyśmy w tej sprawie dużo: oddałyśmy własny projekt obywatelski oraz organizowałyśmy się i uczestniczyłyśmy w demonstracjach na kilkadziesiąt tysięcy osób. Prowadzimy kampanie społeczne i nie boimy się już powiedzieć, że aborcja jest ok. Pozornie wygodnie jest w tym wszystkim szukać sobie parlamentarnych sprzymierzeńców i udawać przed sobą, że droga legislacyjna jest uniwersalnym kluczem do osiągnięcia pożądanej zmiany.

Czasem jednak, przez tę fasadę wyidealizowanych wzorców Odpowiedniego Protestu, przebija się rzeczywistość i brutalnie przypomina, że nie zawsze tędy droga. I to właśnie teraz sparzyłyśmy się wszystkie, widząc, jak w ciągu ostatnich dni wszystkie nasze dążenia i osiągnięcia muszą ustąpić pola prawicowej, opresyjnej i patriarchalnej wersji polskiej rodziny. A skoro wizja ta wraca jako dominująca, potrzebna jest nowa strategia. Trzeba stanowczo stwierdzić, że ugrzecznione i pokojowe demonstracje bywają nieskuteczne. Mamy właśnie do czynienia z tym przypadkiem, kiedy liberalna estetyka protestu zawiodła nas na całej linii. Nie możemy znów stanąć i błagać facetów-parlamentarzystów, by zechcieli na nas spojrzeć jeszcze jeden raz i postarali się w naszym imieniu obronić przynajmniej to, co eufemistycznie nazywają kompromisem aborcyjnym. Oni nie są opozycją i nie walczą o nasze prawa. Lubią za to budować kapitał polityczny na naszym cierpieniu i medialnie zgrywać, że martwią ich statystyki mówiące o przemocy domowej. Nikt dzisiaj nas tam nie obroni i nie mamy co do tego złudzeń.

Tak jak jednak warszawskie pałace są ich, tak ulice są nasze. Wszystkie jesteśmy wkurwione, rozczarowane i próbujemy przełknąć gorzką pigułkę ignorancji, którą zrzucili na nas faceci nienawidzący kobiet. To my stanowimy filary społeczeństwa i nie będziemy już siedzieć cicho. Próba uczynienia z nas inkubatorów dała nam zwarty, feministyczny i równościowy głos, który musi teraz rozbrzmieć z całą swoją siłą. Nie wystarczy więc organizacja demonstracji, na którą w najlepszym przypadku przyniesiemy gwizdki, a po wszystkim sympatycznie podziękujemy policji za ochronę. Oni nie są po naszej stronie.

Obecna sytuacja wymusza na nas radykalne metody protestu. Skoro pierwsze, łagodne żądania zostały zignorowane, nowe muszą być wysunięte ze wzmożoną siłą. To jest nasza sprawa i nasza rewolucja. Jeśli pozostaniemy bierne, jutro obudzimy się w konserwatywnym raju rodem z mizoginicznych, dystopicznych wizji społeczeństwa. Jeśli będziemy się trzymać wzorcowych norm pokojowego protestu, jutro będziemy próbowały przetrawić kolejne rozczarowanie. Czasem spalenie opony i rzucenie kamieniem jest spoko. I nie znaczy to, że trzeba od razu rozpoczynać partyzancką walkę przeciwko patriarchatowi. Wystarczy jedynie odrzucić narzucane nam schematy sprzeciwu i nie przejmować się dłużej tym, czego wymaga od nas liberalna opinia publiczna. Ich czas na dyktowanie zasad minął wraz z momentem, w którym udowodnili nam, że będą nas bronić tylko tak długo, jak nie będzie to wchodzić w konflikt z ich politycznym oportunizmem i obleśnym cwaniactwem. Dzisiaj możemy dyktować sobie zasady same, ponieważ to nie my potrzebujemy polityków, lecz oni nas.

Polski parlament nigdy nie „trzymał strony kobiet”. Wbijanie się z butami w nasze życia i próby ograniczania podstawowych praw to nie, jak nam się próbuje wmówić, pisowski ewenement, a konsekwencja i standard ostatnich prawie 30 lat prowadzenia pseudodemokratycznej, ekskluzywnej i antykobiecej polityki. Niech nasi wieloletni polityczni oprawcy odpowiedzą za swoje błędy!

Nie zapominajmy, że jesteśmy wspólnotą, a „siostrzeństwo” nie jest jedynie frazesem z Manify. Nikt nie musi nam już tłumaczyć, jak mamy protestować i jak artykułować własne postulaty. Same dobrze wiemy, że to solidarność, nie politycy Platformy, jest naszą bronią!

P.S. A co do Was, politycy wszystkich partii – pierdolcie się.

Redagował:

Tomasz Figura

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

mikropolityka

mikropolityka