Data:2016-12-03
Wyświetleń:265

O negacji państwa
Sebastian Słowiński

Świecka rewolucja w dużej mierze ukonstytuowała świeckiego bożka. Cieszymy się bezwiedną niewolą, nazywając ją państwem demokratycznym, uważamy ją za wyzwolicielkę, utożsamiamy z duchem postępu oraz równości wszystkich obywateli i obywatelek. Monarchie absolutne zostały obalone, zachód stał się ekspansywną enklawą, która jest wolna od dyktatorów. Jest możliwa, a darowanego konia bierze się w całości. Szczycimy się tym, że zamiast katolickiego króla mamy świecki parlament; nie ma zasady cuius regio, eius religio — obywatele mają swobodę wyznaniową; nie ma pogromów i defenestracji. Nastały czasy neorestauracji ponapoleońskiej, której zadaniem jest dławienie jakichkolwiek tendencji rewolucyjnych, aby masy oburzonych nie zakłócały rozkoszy wolności „większości”. „Większość” jest uniwersalnym absurdem, pod którego cienką powłoką nie ma nic; czczy frazes, używany do zaspokojenia oczekiwań i pretensji przeszłości wobec „większości”. Demokracja liberalna i jej sztandarowe „poszanowanie jednostki” są jedynymi pewnikami; słowem, antycypując dalszy ciąg,: Bóg stracił swoją polityczną rolę. Le roi est mort vive le roi.

Gdy jeden absolut zostaje obalony na jego miejsce wchodzi niepostrzeżenie drugi, który to początkowo oswobadzający wspólnotę zaczyna jej ciążyć. Nie jest to nic dziwnego, wielu filozofów i historyków filozofii już to zakonotowało. Wczorajszy absurd jest dziś absolutem, a dzisiejszy absurd stanie się jutro absolutem. Leszek Kołakowski objaśnia ten mechanizm znoszenia absolutów na przykładzie relacji kapłan-błazen, gdzie kapłan reprezentuje stanowisko konserwatywne, reakcyjne, a błazen wywrotowe, rewolucyjne, przewrotowe oraz ustanawiające nowe dogmaty na miejscu starych (Kołakowski zdaje się wierzyć, iż znaczna część błaznów stanie się kapłanami). Nieprawdopodobieństwem wydaje się afirmacja państwa przez jednostki odrzucające istnienie Boga, gdyż polityka jest niczym innym jak zeświecczoną teologią: opiera się na tych samych zasadach, nakłada na społeczeństwa te same kajdany, zalewa betonem ścieżki rewolucyjne i dogmatyzuje myślenie, legitymizuje fanatyzm i wojny, słowem: zatrzymuje się i ruszyć dalej wcale nie chce. Wielonarracyjna, umykająca i niedająca się zamknąć i określić ruchliwość filozoficzna zapada w demencję. Rewolucja jest niemożliwa, a jakiekolwiek jej objawy są tłumione w zarodku. Nie zabijamy Boga, a tylko zmieniamy jako nazwę — pozostaje tą samą tyrańską siłą ujarzmiającą nas samych w imię porządku i dyscypliny, ograniczającej poznanie.

W imię „racji stanu” popełniane są zbrodnie; republikańska obietnica wolności staje się nieznośnym ciężarem wszelkich mniejszości, których potrzeby zostają zmarginalizowane na rzecz abstrakcyjnej większości. Nietzsche potępia państwo w O nowym bożku (Tako rzecze Zaratustra) jako byt „najbardziej cyniczny i zimny”, okradający swoich wyznawców, narzucający im moralność oraz uzurpujący sobie władzę nad nimi. „Państwo chłonie, żuje i przeżuwa” ludzi, w państwie ujarzmiane zostają najwybitniejsze jednostki (te, które mają siłę ku nadaniu sobie własnej woli), które niczym pochłonięte przez ruchome piaski, żadną miarą nie są w stanie wyrwać się od tego „potwora”. „Tęcza i most nadczłowieka zaczyna się tam, gdzie kończy się państwo”. W obrębie państwa nie ma co szukać wolności i swobody myśli, gdyż potykać będziemy się o resentymenty ostatnich ludzi. I nie należy tu dokonywać jakiegoś rozróżnienia między ustrojami państw: ani zamordyzm kultu jednostki, ani demokratyczna republika nie przestaną nigdy być państwem. W tym momencie przemoc, którą państwo operuje występuje tylko w różnym nasileniu lub/i w różnych formach. Nietzsche w pewnym sensie oddaje ducha anarchizmu indywidualistycznego, widzi otwierające się perspektywy ducha poza państwem, w którym mędrzec nie ma czym oddychać. Społeczeństwo anarchistyczne, społeczność predestynująca do kondycji nadczłowieka, „trzoda niepotrzebująca pasterza” musi być transcendentna wobec ciasnego, centralnie zorganizowanego świata.

Gdy potępiamy Boga, posługując się racjonalistycznymi narzędziami, tym samym potępiamy jakąkolwiek inną strukturę, której wszelkie formy należy aprobować (a w każdym razie wykuwamy sobie narzędzia, za pomocą których możemy dokonać rozbioru sacrum). Do tej struktury należy także państwo.

Dla części społeczeństwa zanegowanie władzy legalnej, a tym samym istoty państwa, jest aktem barbarzyńskim, rewolucyjnym, pejoratywnym. Będzie ono dążyło do zmiany ustroju, do ulżenia ludowi poprzez drogę reform politycznych oraz, mimo swoich niechęci do establishmentu. Nawoływać będzie do reformy, aniżeli rewolucji. W tym stopniu takie tendencje są bardziej utopijne, niż anarchizmy i bezpaństwowość, gdyż, według nas, państwo nigdy nie stanie się przyjazne; ruchy oddolne (peryferyjne) zbliżając się do centralnego aparatu (centrum), zostają przezeń wchłonięte. Nawet jednolity aparat biurokratyczny ogarniający całość populacji stanowić będzie okowę reakcyjną, narzucającą zewnętrzną moralność najwyższego imperatywu (utworzonego rzecz jasna dla „dobra ludu”). Największe cnoty, gdy są narzucane stają się czymś dyskredytującym wolność i suwerenność.

Anarchizm uwalnia człowieka, zrzuca z niego kajdany narzucone przez Boga, Państwo oraz Rynek, dając mu możliwość samostanowienia o sobie. Anarchizm jest ideą przebudowy społeczeństw w społeczeństwo, w którym każdy i każda będą wolni. Dzisiejsze zadanie anarchizmu tkwi w uświadomieniu sobie siebie oraz w działaniach politycznych (oświatowych, artystycznych, filozoficznych).

Dzisiaj idea anarchizmu może być pojmowana filozoficznie, jako nadanie sobie własnej woli i wyzbycie się poddaństwa. Wiara w państwo nie różni się niczym od wiary w Boga. Oddajemy głos na jakąś partię polityczną — idziemy do kościoła. Utwierdzając się w tym, iż jest potrzebny, a żaden lepszy inny świat nie istnieje. Wraz z momentem afirmacji państwa, rodzi się konserwatywne pojęcie świata, jako najlepszego z możliwych i niezdolnego do rewolucji.

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

mikropolityka

felietony

Coś jest źle