Data:2017-05-09
Wyświetleń:301

O edukacji słów kilka
Ireneusz Wywiał

Chciałbym na początku napisać, iż bardzo przepraszam. Nie jestem już tak młody jak autorzy niniejszego czasopisma (niektórzy z nich to moi uczniowie). Poza tym… załóżmy, że moje poglądy odbiegają od linii czasopisma. Na prawo. Lecz, jeśli można…

Jak już wspomniałem, jestem nauczycielem. Cokolwiek przestarzałym nauczycielem. Jestem w wieku, w którym po pracy czas na gorącą herbatkę, ciepłe paputki, gazetkę i miękki fotel. Niestety, jedno mi zostało z młodości – jestem wiecznie niezadowolony. I jak tu być starym w tym zawodzie ? Należę zapewne do tego pokolenia nauczycieli, którzy w czasie swojej kariery zawodowej zostali dotknięci największą liczbą przeprowadzonych zmian i reform. Reform, tu będę się upierał, fatalnie przygotowanych.

Reforma Ministra Handkego

Minister Edukacji Narodowej profesor Mirosław Handke przeprowadził reformę edukacji w roku 1999. Jej zadaniem, poza wprowadzeniem gimnazjów, była zmiana formy egzaminu dojrzałości. Najkrócej rzecz ujmując, chodziło o to, aby znacznie powiększyć liczbę osób zdolnych zdać maturę i zdobyć wyższe wykształcenie. Faktycznie – nie należeliśmy pod tym względem do przodujących narodów. Wszyscy byli zachwyceni. Euroentuzjaści twierdzili, iż wreszcie będzie jak w Europie. Nie baczyli, że to zachodnioeuropejski pomysł sprzed kilkudziesięciu lat. Konserwatyści cieszyli się na powrót czasów przedwojennych. Nie baczyli na naukę Heraklita z Efezu, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Moim zdaniem pomysł w założeniu był tak szlachetny, iż doprawdy trudno protestować. Elity polityczne można jakoś usprawiedliwić – one naprawdę mają przekonanie, iż cokolwiek by się nie zdarzyło, edukacja będzie działać. Elity polityczne znają się bowiem na wszystkim, czyli na niczym. Ale elity edukacyjne?

Cóż to jest elita edukacyjna?

Jak młodzi Państwo jeszcze się w życiu przekonają, świat dzieli się zawsze na dwie części: my oraz oni. Oni są zawsze omnipotentni. My – wręcz przeciwnie. Oni nawet najprostsze prace potrafią ubrać w uczone zwroty. Czy wiecie, że to co my, prości nauczyciele, nazywamy wychowaniem to de facto kształtowanie, w którym ogromną rolę odgrywa ekstrawersja pedagoga (oczywiście umiarkowana)? Nie wiecie ? To przeczytajcie sobie – Dorota Pankowska, „Pedagogika dla nauczycieli w praktyce”, Wydawnictwo IMPULS, Lublin 2008.

Nasza cholerna, inteligencka, nauczycielska hipokryzja nie pozwala nam poddać w wątpliwość merytorycznej wartości zwrotów nowomowy.

Oczywiście, przed każdą reformą odbywa się tak zwana debata społeczna. Jest ona jednak całkowicie pozbawiona sensu. Wszelkie uwagi i poprawki zgłaszane przez zebranych, nawet te zanotowane, trafiają do kosza na śmieci. U nas nie ma bowiem elit edukacyjnych. To też są politycy. Z uporem godnym lepszej sprawy wcielający w życie własne pomysły.

Nie mam na ten artykuł zbyt dużo miejsca zatem niech nie martwią się ci, którzy sądzą, iż jak to historyk będę pisał o tym, że zbyt dużo historii w planach lekcyjnych to nawrót do patriotyzmu ergo nacjonalizmu ergo nazizmu, a zbyt mało to odwrót od patriotyzmu ergo europeizm ergo kosmopolityzm. To dla polityków – przecież tym się właśnie zajmują, nieprawdaż?

Moje zarzuty mają charakter EDUKACYJNY.

Co mam do zarzucenia?

W ostatnich egzaminach PISA (w 2015 roku) wypadliśmy słabiej niż kiedykolwiek. Tego się nie da wytłumaczyć tym, że blankiety odpowiedzi wyglądały inaczej niż do tej pory (Piotr Pacewicz, „OKO”, Facebook). Wypadamy gorzej w dziedzinie nauk przyrodniczych, czytania i interpretacji tekstu (aż 12 punktów mniej niż w 2012) oraz w zakresie umiejętności matematycznych (aż o 14 punktów mniej).

Lecz i to nie wszystko. Na 65 badanych krajów Polska znajduje się tuż za Rosją na niechlubnym 59 (tj. siódmym od końca) miejscu, znacznie poniżej poziomu określonego przez OECD.

Pytanie – czy w szkole czujesz się dobrze ? „Poczucie szczęścia to stan intymny, zbyt osobisty by można było je wytrenować w toku ustawicznego testowania, które zdominowało polski system edukacyjny. Młodzi ludzie nie chcą spętania swobody wewnętrznej i narzucania im schematów „poprawnych” odpowiedzi w sferze osobistych emocji i prywatnych preferencji – nie są gotowi podporządkować się sloganom propagandy sukcesu.” To też nie ja! To napisała Pani Soczyńska.

Skończył się okres wdrażania reformy ministra Handkego. Gimnazjum przestało być „novum”. Szkoły faktycznie stały się wylęgarniami ludzi prawidłowo rozwiązujących testy (lub… nieprawidłowo). TEST! TEST! TEST! To coś, co dominuje w systemie egzaminacyjnym. Zaczynaliśmy właściwie od zera. Stąd brał się ustawiczny wzrost. Jak napisali kiedyś Amerykanie: jeśli milion pozbawionych ducha poezji ludzi usadzimy przy klawiaturach i każemy im pisać przez rok, wtedy z dużym prawdopodobieństwem powstanie „Iliada”. To dzięki nauczycielom, uczniom i nieustannemu treningowi osiągnęliśmy ten niewątpliwy postęp! Lecz to już mamy za sobą i… opadamy. Jest jakiś pomysł na te dolegliwości? Nie – my wolimy mówić o zniesieniu gimnazjów.

Wiem, że teraz się narażę, lecz uważam, że mamy nauczycieli nieprzygotowanych do pracy (oczywiście nie generalizuję). Francuz Pascal Riche opublikował 13 maja 2014: „W Akademii Créteil przynajmniej jeden kandydat został przyjęty do konkursu, aby stać się nauczycielem w szkole w 2014 roku ze średnim wynikiem 4,17 na 20”.

Autor oczywiście bije na alarm! Uważa, że zagraża to…. gospodarce Francji (moim zdaniem słusznie). A jak jest w Polsce? Otóż tutaj KAŻDY MOŻE ZOSTAĆ NAUCZYCIELEM! Niezależnie od wyników. Jakże inaczej wygląda to w Finlandii (pierwszej w PISA niezależnie od wyglądu blankietów egzaminacyjnych). Zgłosiliśmy do wicepremiera Gowina pomysł na zmianę w edukacji nauczycieli (w tym i ja – postulowałem wzorowanie się na modelu fińskim). Przypomnę, iż w Finlandii na studia edukacyjne przyjęty zostaje 1 kandydat na 10, zaś w wieku lat 60 (tak – 60 lat!) nauczyciel udaje się na emeryturę. Tu docenia się trud tego zawodu. U nas – jedynie w słowach wygłaszanych w Dzień Edukacji Narodowej lub dla potrzeb walki politycznej. Jest jakiś pomysł na te dolegliwości? Nie – my wolimy mówić o zniesieniu gimnazjów.

Wicepremier i minister Jarosław Gowin powiedział: „Jeżeli polskie uczelnie od lat spadają w rankingach, to wynika to z nadmiernego umasowienia, któremu towarzyszy obniżenie poziomu wymagań. Niech uczelnie kształcą kilka razy więcej studentów, ale jest jeden warunek – dyplom polskiej uczelni musi się liczyć, musi być rękojmią, że studentowi przekazano odpowiednią wiedzę i umiejętności. Dzisiaj dyplomy polskich uczelni, nawet tych najlepszych, takiej rękojmi nie dają”.

Niestety nie uporaliśmy się ze szlachetnym pomysłem umasowienia edukacji. Pomysły pań Anny Radziwiłł i Ireny Dzierzgowskiej były cudowne. Jednak to, co faktycznie chwyta za serce, niekoniecznie da się skategoryzować przy pomocy krytycznego spojrzenia i pogodzić z wymogami rzeczywistości. Ja wiem, że z panią Anną i panią Ireną dałoby się porozmawiać. One były otwarte na dialog. Z panią Anną debatowałem nawet w „Trójce” u Jerzego Sosnowskiego. Przecież one były nauczycielkami! Lecz już nie żyją. Z ich epigonami lepiej nie rozmawiać. To politycy. A przecież taka debata wymaga przedyskutowania wszystkiego. Jest jakiś pomysł na te dolegliwości? Nie – my wolimy mówić o zniesieniu gimnazjów.

Efekty? Zgodnie z raportem „Nauka w Polsce” mieliśmy w 2010 roku 64511 osób zajmujących się badaniami naukowymi. To piękne... Lecz w UE daje to nam 24-25 miejsce: z Łotwą, przed Rumunią i Cyprem.

W euforię wpadła oczywiście Gazeta Wyborcza (19 III 2013), ciesząc się, że mamy tylu badaczy! Oczywiście, ta informacja została podana bez kontekstu opisanego wcześniej. Trzeba więc uważać czytając tę gazetę. Nawet, jeśli nie chodzi o PiS.

W rankingu innowacyjności (Newsweek 23 X 2015) Polska uplasowała się na 46 miejscu. Wyprzedza nas 26 państw Unii Europejskiej, a słabiej wypada tylko Rumunia. W rankingu zestawiono także kraje pod względem efektywności innowacji (Efficiency Ratio). Wskaźnik ten pokazuje sensowność nakładów na innowacje w stosunku do ich efektów. Pod tym względem Polska uplasowała się dopiero na 93 pozycji. Od wdrożenia reformy minie niedługo 18 lat. Jest jakiś pomysł na te dolegliwości? Nie – my wolimy mówić o zniesieniu gimnazjów.

Nie będę rozstrzygał, czy gimnazja są potrzebne. Pozwolę sobie za to napisać tak: potrzebne są nie ideologiczne, partyjne wrzaski, tylko edukacyjny okrągły stół. Po wszystkich stronach polskiego konfliktu są bowiem ludzie, którzy chcą ze sobą rozmawiać – nie obrzucać wyzwiskami. Dawniej napisałbym: rozmawiajmy, bo będzie za późno. Niestety obawiam się, że już jest za późno. A im dłużej będziemy się ociągać, tym z głębszego dołu będziemy musieli wychodzić. I zajmie nam to więcej czasu. I jeszcze – Finowie debatowali ze sobą przez kilkanaście lat! My chcemy za naszego życia ujrzeć efekty tej debaty i to błąd. My musimy po prostu wiedzieć, że dobrze nastawiliśmy stery. Tyle naszym młodym przyjaciołom możemy po sobie zostawić. Jest jakiś pomysł na te dolegliwości ? Nie – my wolimy mówić o zniesieniu gimnazjów.

Redagowała:

Natalia Rojek

Losowe Artykuły

mikropolityka

polityczno-filozoficzne

kultura

felietony