Data:2017-05-09
Wyświetleń:895

Pedagogika wstydu
Piotr Ciszewski

Termin „pedagogika wstydu” został wymyślony przez prawicę, aby pokazać jak Polska jest gnębiona i szkalowana na arenie międzynarodowej oraz przez liberałów, którzy „nienawidzą historii” i umniejszają osiągnięcia Polaków. W rzeczywistości opisuje on jednak idealnie prawicowe fałszowanie historii wymierzone w lewicowe tradycje.

Nowa „polityka historyczna” polega na skłanianiu ludzi z klasy pracującej, potomków chłopów i robotników fabrycznych do tego, aby okazywali dumę z tradycji szlacheckich. Przodek przeciętnego Polaka to przecież husarz mieszkający w dworku i wyprawiający się na Turka, aby „ratować Europę”. Jeśli fakty mówią, iż szlachta stanowiła zdecydowaną mniejszość, do kilkunastu procent mieszkańców dawnej Polski, tym gorzej dla faktów.

Tradycja ludowa czy robotnicza zostały niemal usunięte z programów nauczania historii. Nie ma czasu na nauczanie o zjawiskach społecznych czy sytuacji klasy pracującej. Szkolna historia to ciąg wojen oraz wyuczonych biografii „wybitnych” polityków. Wyzysk, jeśli już się pojawia, to tylko w zdawkowych wzmiankach. Młodzież nie dowie się, że pod czerwonym sztandarem wywalczono między innymi wolność zrzeszania się pracowników, prawo do strajku czy ośmiogodzinny dzień pracy. Eksperci krytykują nową podstawę programową między innymi za brak możliwości szerszego przedstawienia wydarzeń takich jak rewolucja 1905 roku.

W ramach zmian w szkolnictwie proponowane jest jawne fałszowanie historii. W opinii do nowej podstawy programowej Instytut Pamięci Narodowej proponuje aby: „rozważyć dodanie do tego punktu, tematu udziału Polaków w wojnie domowej w Hiszpanii kwestii tzw. dąbrowszczaków (czyli członków XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego, którzy byli realizatorami polityki stalinowskiej na Półwyspie Iberyjskim; w kontekście toczących się dyskusji społecznych i protestów, często zakłamujących prawdę historyczną na temat prawdziwej historii tej formacji)” (pisownia oryginalna).

IPN nie umie wprawdzie udowodnić Dąbrowszczakom żadnej zbrodni, lecz za wszelką cenę stara się połączyć weteranów Brygad Międzynarodowych z okresem PRLu. Za publiczne pieniądze forsuje się propagandę, w której szkaluje się antyfaszystów. Coraz więcej uwagi poświęcane jest też obrzydzaniu socjalizmu, komunizmu czy w ogóle ruchu robotniczego. Manipulacja polega na utożsamieniu ich niemal wyłącznie z czasami PRLu. Okres Polski Ludowej w obecnej polityce historycznej to czarna legenda przedstawiana jedynie przez pryzmat stalinizmu i represji. Pojawiają się interpretacje, według których represje te były bardziej powszechne nawet od nazistowskich. Ponownie: jeśli fakty temu przeczą, tym gorzej dla faktów.

Temat odbudowy kraju ze zniszczeń wojennych po roku 1944 został całkowicie zapomniany. Dzieje się tak głównie dlatego, że dokonali jej ludzie pracy, chłopi i robotnicy, a nie szlachta oraz kapitaliści. Te ostatnie grupy są wręcz przedstawiane jako poszkodowane w wyniku „rządów motłochu”. Nawet akcje elektryfikacji oraz nauczania osób dorosłych niektórzy prawicowi autorzy przedstawiają jako „tworzenie kadr PPR” lub „aparatu represji”. Autorzy podręczników i historycy IPN czują się bowiem spadkobiercami klas uprzywilejowanych, a odebranie im przywilejów traktują jako zamach na naturalny porządek.

Miejsce bohaterów odbudowy zajęli tak zwani „żołnierze wyklęci” – sztucznie stworzone przez polityków pojęcie, określające różne grupy antykomunistycznego, zbrojnego oporu. Wyolbrzymiony do granic śmieszności ruch zbrojny miał składać się z „elity elit”, jak to określił wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki. Nie ma znaczenia, że zgodnie z faktami antykomunistyczne podziemie zajmowało się głównie atakowaniem cywilów, nie miało jednego dowództwa ani nie stanowiło większej siły militarnej. Mit pasuje do antylewicowej polityki historycznej, więc przy współudziale „nowoczesnych” liberałów utworzono nawet Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Nawet przedstawianie protestów robotniczych służy tylko odebraniu lewicy tradycji pracowniczej. Pojawiają się mity zamieniające poznański strajk generalny z roku 1956 w „antykomunistyczne powstanie”. W IPNowskich publikacjach, a nawet programach nauczania, pojawiają się stwierdzenia jakoby robotnicy walczyli „o Boga”. Podobnie zrobiono z postulatami kolejnych protestów, mających podłoże głównie ekonomiczne. Skazano je na zapomnienie, ponieważ przywileje władz, których zniesienia domagali się pracownicy, istnieją do dzisiaj. Żądania płacowe czy udziału w zarządzaniu zakładami dziś uznano by za „niebezpieczny populizm”. W obecnej polityce historycznej robotnik pojawia się jako dodatek, idzie za księdzem lub „demokratycznym” opozycjonistą.

Dzięki polityce historycznej lewica dowiaduje się, że coraz mniej jej wolno. Rewolucja prowadzi do gułagów oraz Katynia. Na wszystko spogląda duch Józefa Stalina, którego chwalą przecież wszyscy zwracający uwagę na prawdę o „wyklętych” czy stosunkach społecznych w dwudziestoleciu międzywojennym.

Część lewicy się do tej sytuacji dostosowała. Już szuka swoich „wyklętych”, dobrych księży, już udowadnia, że jest równie antykomunistyczna i patriotyczna co prawica. Nawet rewolucję 1905 roku przedstawia jako zryw narodowy, dbając jednocześnie o brak „symboli totalitarnych” (czyli rewolucyjnych) na jej obchodach.

Najważniejsze, abyśmy walcząc o prawdę historyczną, nie ulegli tym, którzy już złożyli broń. Odpowiedzią na pedagogikę wstydu powinien być kontratak.

Redagowała:

Natalia Rojek

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

felietony

felietony

polityczno-filozoficzne