Data:2017-06-24
Wyświetleń:696

Na Zachodzie bez zmian
Wojciech Łobodziński

Sposób mainstreamowego opisu i debaty na temat kryzysu migracyjnego, który dotyka Europę od kilku lat, nie ulega zmianom. Jedyne, czego jesteśmy świadkami, to istne zapętlenie i pomnożenie używanych pojęć, oskarżeń lub zniewag, czasem kłamstw oraz ich coraz skrajniejszych odmian. Niestety, wszystko to zawodzi, prowadzi tylko i wyłącznie do zawieszenia dyskusji i potwornej w skutkach stabilizacji sytuacji, która dotyka żywych, cierpiących zbiorowości ludzkich. Problem, który ma realne, pełne fizyczności – cielesnego bólu – podłoże, dotykający ofiary działania światowego mechanizmu geopolitycznego, zdaje się być nierozwiązywalny. Budzi on tylko coraz bardziej skrajne emocje, które nie pozwalają na merytoryczną dyskusję i wytworzenie rozwiązania. Taki obraz nie zarysowuje się w głowach nawet największych optymistów.

Powyżej nakreślony kontekst jest konsekwencją przeniknięcia się słów i pojęć, schematu myślowego, wziętych z logiki zysków i strat, z logiki finansów, przydatności i nieużyteczności do dyskusji na temat problemów tak bardzo żywych i tragicznych. Za przykład mogą służyć pojęcia prawno-medialne, rozróżniające ludzi na uchodźców i emigrantów ekonomicznych czy dyskusje na temat politycznej i ekonomicznej „przydatności” przyjęcia tych cierpiących, bezpaństwowych ludzi. Rzutuje to nie tylko na sposób myślenia i debaty, lecz – co ważniejsze – na działania, które w domyśle powinny pomóc ludziom zamkniętym w obozach, ginącym od kul i bomb, głodującym czy topiącym się w morzu. Konstruuje to również podatny grunt dla przemocowych, faszyzujących, fundamentalistycznych grup. Po obu stronach morza Śródziemnego, dla terrorystycznego ISIS, rasistowskiego i działającego na gruncie polskiej polityki ONR-u czy innych wynaturzeń wpisujących faszyzm i agresję w swoje działania oraz struktury.

Ciekawe, że w takiej gromadzie pojęć przesiąkniętych logiką rynkową, czy też jawnie się do niej odwołujących, pojawiają się również apele skierowane do „moralności chrześcijańskiej”. Świadczy to raczej o jej kompletnym braku, bo ta wydaje się być gruntownie sprzeczna z otoczką, w jakiej jest poruszana. Pojęcie to powinno odwracać całą tę zatęchłą sytuację naszej zachodniej debaty politycznej, a nie w nią się wpisywać. Etyka chrześcijańska w domyśle ma ukazywać człowieka po drugiej stronie każdej naszej społecznej i politycznej relacji, nie jako produkt, przedmiot czy zdehumanizowany twór. Widzimy więc, jak bardzo brakuje nam ludzkiej rozmowy na ten jakże ludzki problem. Problem, który nie jest czystym wymysłem, lecz dramatem rozgrywającym się na naszych oczach. Ludzie giną, uciekają, głodują, są więzieni, a my, którzy zostaliśmy obarczeni naszą wspólną historią i odpowiedzialnością za siebie nawzajem, zawieszamy te wydarzenia i ignorujemy lub badamy je z kompletnie niehumanitarnej, abstrakcyjnej wręcz strony.

Oprócz pojęcia „chrześcijańskiej etyki” w debacie pojawia się również inne hasło. „Inna polityka jest możliwa”, slogan znany z wypowiedzi Adriana Zandberga. Słowo „inna” dotyczy chyba ograniczonej grupy ludzi, ponieważ nie jest ona inna względem tych, którzy stoją w tym momencie nad brzegiem morza i czekają na łódź, o której nie wiedzą, czy przywiezie ich do celu, jakim są spokojne i bogate kraje Zachodu. Apele tych polityków do człowieczeństwa sąsiadują z przekonywaniem do tego, że Polsce ci „uchodźcy” mogą się przydać(!), ponieważ jeśli zawieszony na ten moment konflikt w Donbasie znów wybuchnie, na polskiej granicy mogą się pojawić miliony prawdziwych(?!) uchodźców wojennych, w związku z czym powinniśmy być odpowiedzialni i przyjąć tych z Bliskiego Wschodu, by później móc liczyć na pomoc Unii Europejskiej. Tak jakby dla ludzkiej godności, człowieczeństwa stanowiło jakąkolwiek różnicę to, czy osoba prosząca o jedzenie, prosi o nie ze względu na ucieczkę przed wojną czy jednak ucieczkę przed głodem i straszliwą biedą. Zostawiając pojęcie człowieczeństwa, zastanówmy się, gdzie w tym wszystkim znajdują się elementy etyki lewicowej?! Chyba również o niej zapomnieliśmy. Zastąpiliśmy ją kapitalistycznym pragmatyzmem, wychodząc z pozycji, że mamy go znieść ze sceny politycznej i zastąpić humanitarną polityką. Pomyślmy od początku, jak to powinniśmy zrobić.

W tym wypadku, gdy okazuje się, że wszystkie „szlachetne” pojęcia straciły swoje znaczenie i oddziaływanie, możliwe, że powinniśmy wrócić do tego, co pod nimi leży. Mówić o ludziach, cierpieniu i strachu, o wykorzystywaniu i budowaniu spokoju na czyimś nieszczęściu i bólu (co skutkuje pomnażaniem przemocy i tragedii), o wykorzystywaniu innych tylko dlatego, że nie są Europejczykami. I z tej pozycji przewartościować debatę polityczną. Musimy, potocznie rzecz ujmując, uderzyć z całej siły w stół, by karty, które na nim leżą, spadły na podłogę i gracze w końcu się zastanowili nad stawką gry, w jakiej biorą udział, podnosząc karty z ziemi. Po coś stworzono Prawa Człowieka – na pewno nie po to, by działały tylko w ograniczonym, bogatym obszarze ze strefą Schengen, która jak widać funkcjonuje tylko dlatego, że jest zamknięta dla ludzi spoza Europy. Europejskiej wartości, jeśli mają być brane na poważnie, nie mogą konstytuować się poprzez podział i zamknięcie.

Powieść, do której odwołuję się w tytule artykułu – „Na zachodzie bez zmian” – tak właśnie miała zadziałać. Szczytowym momentem tego dzieła, napisanego przez weterana pierwszej wojny światowej, jest chwila, gdy żołnierz niemiecki zauważa człowieka w śmiertelnie przez siebie zranionym żołnierzu francuskim. Wróg stał się chłopakiem w jego wieku, chłopak stał się możliwym przyjacielem. Niestety nie był nim – po chwili stał się zimnym, ubłoconym trupem.

Książka Remerque’a była jednym z literackich fundamentów, na których zbudowaliśmy nowoczesny ład europejski, zawierający w sobie koncepcję Praw Człowieka. Ten ład uważamy za jedno z najważniejszych osiągnięć naszej kultury. Zastanówmy się, czy nie stajemy się hipokrytami, opierając go na wykluczeniu innych ludzi.

Redagowała:

Natalia Rojek

Losowe Artykuły

mikropolityka

felietony

polityczno-filozoficzne

mikropolityka