Data:2017-08-07
Wyświetleń:2963

Zadania dla lewicy
Przemysław Witkowski

Sytuacja lewicy w Polsce jest tragiczna. Nie ma ani jednej, nawet nominalnie postępowej partii w parlamencie. Polski rząd to najbardziej reakcyjna grupa szkodników zbliżająca się niebezpiecznie do rejestrów Salazara i Franco. Ulice opanowują skrajnie prawicowe bojówki. Dyskurs publiczny to toksyczna mieszanina neoliberalizmu i bogoojczyźnianego szaleństwa. Ludzie ruszają się z domów, tylko gdy w posadach zaczyna drżeć demokracja liberalna, a i tak ich protesty opanowują momentalnie cyniczni politykierzy w typie Schetyny czy Petru. Wydawać by się mogło, że nie było gorszego momentu do uprawiania lewicowej polityki, niż dziś.

To jednak dobry czas na przemyślenie strategii działania lewicy radykalnej. Dobry, bo jak tak dalej pójdzie, może być to ostatnia szansa na podjęcie jakichkolwiek legalnych działań na rzecz bardziej postępowej polityki. Dobry, bo tylko lewica radykalna jest długofalowo w stanie podciąć korzenie, w oparciu o które PiS rozbudowuje swoją dominację na polskiej scenie politycznej i dać wyzyskiwanym, wkurwionym ludziom racjonalną alternatywę wobec ksenofobii, rasizmu i nacjonalizmu rządzącej ekipy. Działania lewicy radykalnej muszą jednak być dobrze przemyślane i oparte o konkretną, wyważoną strategię. Taką którą pozwoli jej pracować na posiadanych zasobach, skorzystać z dziur w systemie, które tworzy sam polski kapitalizm i dobrze rozegrać sprawy i konflikty, które są naturalnym polem działania dla lewicowych radykałów.

Po pierwsze zwarcie szeregów

Po pierwsze i najważniejsze jest zwarcie szeregów. I to nie Inicjatywy Polska, Razem i Zielonych, ale rozpoczęcie realnej i stałej współpracy całej masy bytów i podmiotów na lewo od tego rodzącego się już socjaldemokratycznego sojuszu. Hej, hej działacze Pracowniczej Demokracji, Alternatywy Socjalistycznej, Ruchu Sprawiedliwości Społecznej, partii Socjaliści, Komunistycznej Partii Polski, różnych grupek trockistowskich, Sierpnia 80', Wspólnoty Pracy, WZZ Walka, bardzo mi przykro, ale to trzeba powiedzieć sobie wprost, niektóre z tych organizacji nie obsadzają nawet kanapy. Choć przecież łącznie jest tam masa bardzo wartościowych, często działających od wielu lat aktywistów. Niestety jak to w typowej kanapowni, wielu z nich ma się za nieomylnych proroków, charyzmatycznych guru i jedynych dzierżycieli prawdy. Efekt? Zerowa widoczność, masa nierozpoznawanych przez nikogo, poza zainteresowanymi, flag i emblematów, beka prawicy i liberałów. I to beka zasłużona w pełni. Trudno nie śmiać się z kłócącego się wiecznie politycznego planktonu. Wyjściem byłaby jakaś forma konsolidacji. Początki die Linke czy Syrizy, niezależnie co się z tymi organizacjami stało później to przykład skuteczności wyborczej powołania takiej szerokiej platformy lewicy radykalnej. Bez tego na zawsze działalność takich organizacji zamieni się w wieczne prowadzanie fanpejdża, płacenie za serwer i sprzedaż na demonstracjach gazetki. Organizacje te nie maja najmniejszych szans na zebranie podpisów pod swoimi listami, choćby w niewielkim procencie okręgów, a bez gry parlamentarnej i prezentowaniu poglądów w kampaniach wyborczych, nie ma szans na przesuniecie dyskursu na lewo w Polsce. Bez szkodliwych fapfantazji - nie ma tu w tej chwili potencjału na działania rewolucyjne, na razie trzeba wyciąć w tym prawicowym lesie lewicowe przesieki, a drobnomieszczańskie i wielkomiejskie z korzeni Razem jest dla wielu pracowników nieprzekonujące. Powołanie partii parasolowej, ograniczenie ambicji liderów i „proroków lewicy”, koordynacja akcji i protestów, to plan minimum, bez którego realizacji nie ma sensu nawet myśleć o lewicowym zwrocie w polskim życiu politycznym.

Po drugie, ideowa suwerenność

Przykro mi, ale nie wierze w możliwość przesunięcia Razem bardziej na lewo. Wielu znanych mi dobrych marksistów tego próbowało. Napotykali jednak na ścianę albo niewyrobionych zupełnie nowych działaczy Razem, którzy słysząc Marks dostają zimnych potów i drgawek, albo ze strony Zarządu, który jak ognia unika wszelkich skojarzeń z czymkolwiek radykalniejszym niż standardowa socjaldemokracja, bo Kołyma, gułag, co ludzie powiedzą. A lewica, która pozwala sobie tylko na tyle, na ile pozwala jej prawica, no cóż, zawsze będzie czymś w rodzaju koła poselskiego Znak z okresu PRL, kwiatkiem do kożucha, który udowadnia jak wielki panuje na polskiej scenie politycznej pluralizm. Popatrzcie przecież jest Razem, lewica z opowieści prezesa, PPS-owska, niepodległościowa, antykomunistyczna. Gdyby Kaczyński nie był starym cynicznym politykierem, pewnie sam by się do niej zapisał, taka jest prawilna. Nie zamierzam tu jednak też bić w Razem, bo od czasów UP i miejscami jednak kontrowersyjnej PPP nie było na polskiej scenie politycznej praktycznie żadnego bytu politycznego, który ocierałby się o parlament i zarazem pozwalał zagłosować w wyborach bez zatykania sobie nosa. Sekciarscy, świętoszkowaci, wszystkowiedzący, przywiązani bardziej do procedur niż do skuteczności – tacy często są razemici, ale to jedyni socjaldemokraci jakich mamy do dyspozycji. No chyba, że ktoś uważa za takich SLD, ale już po ostatnich trzydziestu latach to problem raczej na terapie niż do dyskusji politycznej. Dopóki lewica radykalna nie wykona kroku numer jeden, napierdalanie w Razem jest zupełnie przeciwskuteczne. Na morzu nie rozbiera się na części łódki, którą się płynie, w imię budowy przyszłego statku. Niezależnie jednak, ten ograniczony poziom lewicowości, jaki prezentuje Razem nie może być horyzontem działania lewicy. To drobnomieszczańskie samoograniczenie jest może dobre do uzyskania głosów w dobrze sobie radzących metropoliach. Prowincja jest jednak wkurwiona. PiS jest tego wkurwienia efektem. A punktem odniesienia nie może być dla lewicy to, co napisze o niej Gazeta Wyborcza. Tam już zaczął się casting na polskiego Macrona i możemy być pewni, że nie wygra go Adrian Zandberg.

Po trzecie, radykalizm

Nacjonaliści tymczasem nie pytali się o zgodę kogokolwiek na wejście do mainstreamu. I oto już w nim są. Oczywiście mieli często wsparcie w instytucjach, biznesie i programie nauczania historii, ale ja pamiętam dobrze czasy, że poglądy dziś obecne w głównym nurcie, te jawnie rasistowskie, ksenofobiczne, bogoojczyźniane brednie, które opowiadają ministrowie polskiego rządu, publikowały tylko ziny naziskinów, kółka endeckich dziadków i Leszek „Poznaj Żyda” Bubel. Nacjonaliści nie przejmowali się jednak czy lubi ich Adam Michnik czy może bardziej Stefan Niesiołowski, czy Jarosław Gowin zrobi sobie z nimi zdjęcie, czy warto mówić publicznie to, w co się wierzy, bo co powie liberalny establishment. Ok, nacjonaliści wierzą w różne obrzydliwe bzdury o ludziach świecie i historii, ale mechanizmu użyli poprawnego. Twardo mówili jak ich zdaniem jest, nie prosili się, nie żebrali o poparcie elit, a w końcu elity same do nich przyszły. A przyszły, bo kiedy liberalny projekt przestał już kusić jako wizja modernizacji już prawie kogokolwiek, prawica szukała sobie ideowego komponentu. I znalazł go niestety dla nas w nacjonalizmie. Lewica radykalna musi więc wypracować spójną, prostą i komunikatywną wizją, która będzie wyraźnie różna od liberalnych bajań o „efekcie skapywania” czy krzywej Laffera. Jak bardzo skapuje bogactwo widzą ludzie we własnych portfelach. Oczywiście na początku będzie lament i raban w telewizjach, gazetach i wśród prawactwa, że komuna, bolszewia, ale nie oszukujmy się, te terminy w polskim dyskursie politycznym nie znaczą już konkretnie nic. Wymieńcie partię, której jej wrogowie nie nazwali jeszcze „komunistami”. Może więc warto w końcu dać im prawdziwych komunistów? Jakiś czas minie i główny nurt się przyzwyczai do ostrego lewicowego języka, tak jak przyzwyczaił się do mówienia „umowy śmieciowe”, „wyzysk” i żeńskich końcówek. Nie ma co się tak trząść nad liberalnymi mediami. One mają bardzo elastyczne gardła.

Po czwarte, wizja

Potencjał jest ku jej wypracowaniu spory, jest co najmniej kilka gazet i środowisk, które pracują nad przesunięciem polskiego dyskursu znacząco na lewo. Praktyka Teoretyczna i jej środowisko, może nie nadaje się na twórców partyjnych mediów, ale już jako quasi think tank są świetni. Jan Sowa może nie będzie zaraz kandydował do parlamentu, ale jako człowiek, który doskonale tłumaczy zawiłości współczesnego kapitalizmu i ma kontakt z mainstreamem jest bardzo dla lewicy radykalnej użyteczny. Najważniejsze jednak to wypracować prosty, spójny program, który będzie mówił, kto, co, gdzie i jak, tak żeby każdy średnio zainteresowany polityką obywatel mógł go przeczytać bez bólu zębów i nieuzbrojony w słownik i dzieje ruchu robotniczego z ostatnich 150 lat. Musi dawać obraz polski lepszej, takiej, która odpowiada na problemy współczesnych w najważniejszych dla nich kwestiach, pracy, płacy, służby zdrowia, edukacji i, co równie ważne, mówić skąd weźmie na to pieniądze. Musi też nie bać się rozwiązań radykalnych. Nie może być tak, że programy nacjonalizacyjne, bo czym innym jest ta słynna „polonizacja banków”, wprowadza w Polsce pisowska prawica. Takie rozwiązania wpisuje w manifest laburzystowski Corbyn w Anglii, to i świat się nie wali. Nie ma się co z kapitałem pieścić, przecież i tak nigdy lewicy radykalnej nie poprze. Był, jest i będzie wobec niej wrogi i dobrze, bo Polacy świetnie rozumieją, ze zarządy korporacji i rodzimi oligarchowie, to skorumpowane, nepotystyczne ciała, które są tu popularne mniej więcej jak nowotwór. Uderzanie w szefów i właścicieli, kamieniczników i deweloperów, w ich interesy i interesiki, układziki z politykami prawicy - to powinien być dla polskiej lewicy standard. Nie wystarczy jednak grzmieć, że „chuje”. Trzeba pokazywać ludziom jak im się do dupy dobrać. Jak odzyskać pieniądze, które ukradli Polakom, jak kłaść tamy wobec ich zakusów na przyszłość.

Po piąte, demonstracje i protesty

Teorie trzeba zewrzeć ściśle z praktyka i cisnąć wszelkie protesty, strajki i demonstracje. To tam, w kontakcie z pracownikami, aktywistami rożnych spraw klaruje się konkretyzacja programu i tam są żywe nastroje społeczne. Tam buduje się zaufanie. Nie ma to polegać tylko na przyjściu gdzieś z flagą czy jednorazowej blokadzie eksmisji tylko na realnej obecności w działaniu na rzecz sprawy. Bo walka z efektami PiS-u bez walki z jego przyczynami to gaszenie pożaru, a nie usuwaniu substancji łatwopalnych. Tak działają anarchiści od lat i mają tego efekty. Trzeba wyciskać i nagłaśniać sprzeczności polskiego narodowego kapitalizmu ile wlezie. Popierać i nakręcać wszelkie strajki, cisnąć żądania płacowe, pokazywać bezduszność eksmisji, ałtsorsingu, mobbingu i nieuchronnie nas czekających za czas jakiś cięć socjalnych. Wskazywać bez litości zblatowanie aparatczyków z deweloperami, cwaniaczkami kręcącymi lody na państwowych kontraktach, oszustami robiącymi pieniądze na biednych, zagubionych i naiwnych, wskazywać skrajną rozrzutność i marnotrawstwo wspólnego pieniądza. I mieć przygotowaną kadrę do nagłaśniania i prowadzenia tych protestów. Tylko, w przeciwieństwie do anarchistów, mieć tę przewagę, że w momencie spontanicznego wybuchu nie zostać na etapie samoorganizacji, ale umieć i chcieć dać ludziom aparat do zarządzania państwem łatwiej, szybciej i bardziej fachowo. Ludzie jednak, wbrew mniemaniu wolnościowców, chcą mieć kogoś, kto będzie za nich zarządzał wywożeniem śmieci, przesyłaniem listów, naprawą dróg i sadzeniem zieleni.

I dopiero wtedy można odcinać się od liberałów. Dlatego nie podpisałem listu lewicy, który niedawno ukazał się na stronach Praktyki Teoretycznej czy Nowego Obywatela. Brak w nim było wielu rzeczy, a przede wszystkim podmiotu, który mówi i podmiotu, do którego się mówi. Plus moment jego wystosowania świadczy o tym, że podpisujący go, raczej rzadko wychodzą na ulice i ich kontakt z ludźmi to chyba tylko pani z Żabki. O ile bowiem zupełnie popieram zapisane w tym liście treści, to moment jego opublikowania był zupełnie tragiczny. W 30% polskich miast urządzane są protesty, na ulicach setki tysięcy, ludzie uniesieni hajpem obrony demokracji, a twórcy listu z pozycji ideologicznie kryształowo czystych myślicieli odcinają się, bo to za mało. No bardzo nie po leninowsku. Jasne, że za mało. Demokracja liberalna to gówniana demokracja, ciągle jednak jest to lepsza opcja do działania dla jakiejkolwiek partii, niż kraj autorytarny. Jeśli ktoś w momencie masowych protestów się od nich odcina, zamiast być na nich i próbować przesuwać nastroje demonstrujących na lewo, to ma wyczucie chwili jak PPS ogłaszające bojkot wyborów w roku 1989. To działanie samobójcze i przeciwskuteczne. Działanie to może i jest ideologicznie piękne, ale podejmowane od dupy strony, w beznadziejnym momencie, 3 jest w praktyce dla lewicy radykalnej w skutkach tragiczne. Kolejność działań i ich kompleksowość jest tu najważniejsza, nie przeskoczą tego nawet najsłuszniejsze w świecie listy.

Redagowali:

Wilhelm Sebastian Zarejko

Benedykt O'Connor

Wojciech Łobodziński

Losowe Artykuły

kultura

polityczno-filozoficzne

polityczno-filozoficzne

Coś jest źle