Data:2017-08-08
Wyświetleń:1151

List pielęgniarki
Barbara Rosołowska

Pracowałam w Szpitalu Wojewódzkim w Gorzowie na umowie cywilno-prawnej od 2009 r. do lipca 2017 r. Od 20 lat byłam zatrudniona na umowie o pracę. W 2007 roku szpital w Kostrzynie nad Odrą został sprzedany przez Starostwo Powiatowe w Gorzowie prywatnej spółce i przekształcony w nową placówkę z powodu gigantycznych długów, które przeszły na skarb państwa.

Nowi właściciele przejęli oddłużony szpital i przyjęli do pracy zmniejszoną załogę. Ja wraz z setką osób zostałam na bruku z dnia na dzień bez należnych nam zaległych pensji i odszkodowań, o które musieliśmy potem walczyć ze starostwem przez 7 lat. W końcu otrzymaliśmy swoje pieniądze od nowej władzy tuż po wyborach. Byłam bez pracy przez 1,5 roku, w powiatowych ościennych szpitalach nie było miejsca, jedynie szpital wojewódzki oferował pracę, ale tylko na umowie cywilno-prawnej. Byłam wówczas w sytuacji bez wyjścia, bo albo mogłam zgodzić się na taką propozycję, albo nadal być bezrobotna. Zgodziłam się na tę pracę, lecz do końca nie wiedziałam co mnie czeka.

Praca okazała się niewolnicza, w nadgodzinach, na własnym rozrachunku, na własnej odpowiedzialności za popełnione błędy, bez urlopu i bez jakichkolwiek praw pracowniczych. Jestem osobą silną fizycznie, ale ta praca wykańczała mnie. Po kilku latach napisałam podanie o umowę o pracę, niestety odpowiedź dyrekcji była negatywna. Potem ponowiłam prośbę, mimo to, kiedy do pracy przyjęto koleżankę, siostrę pielęgniarki z mojego oddziału, ta po kilku miesiącach otrzymała umowę o pracę. Dostała umowę o pracę dzięki wstawiennictwu pani ordynator. Było to zupełnie bezpodstawne wyróżnienie, nowa koleżanka miała najmniejszy staż pracy, przyszła po dłuższej przerwie w zawodzie.

Dyrekcja szła w zaparte, była nieugięta. Rozpoczęłam wówczas jednoosobową walkę, pozostałe koleżanki siedziały cicho, bały się nawet napisać podania o umowę. Na moim oddziale było nas pięcioro w podobnej sytuacji. Na każdym oddziale w szpitalu było kilka pielęgniarek na śmieciówce, to one pracowały, kiedy te zatrudnione na umowie o pracę szły na urlop albo zwolnienie lekarskie i łatały wszelkie niedobory kadrowe. Nie było nadgodzin dla tych na normalnej umowie. Nie byłam pracownikiem, czułam się jak osoba drugiej kategorii. Moja szefowa w rozmowie ze mną powiedziała, że umowa o pracę to luksus i szpital nie chce wiązać się z pracownikami. Była to typowo liberalna mowa, taki też pogląd miała dyrekcja szpitala, który stał się placówką kierującą się prawem handlowym. Szpital w Gorzowie był najbardziej zadłużonym szpitalem w Polsce, miał 180 milionów długu publicznego. W 2014 roku został przekształcony w spółkę z udziałem Urzędu Marszałkowskiego i całkowicie oddłużony.

Dyrekcja kierowała się swoimi prawami, najbardziej oszczędzając na pracownikach, z wyjątkiem lekarzy, bo oni nadal zarabiali duże pieniądze. Na nich nikt nie oszczędzał. Żeby zachęcić do pracy oferowali duże stawki, lekarze przyjeżdżali na dyżur ze Szczecina czy Zielonej Góry, oddalonej o ponad 100 km. Największe oszczędności były na pielęgniarkach, położnych, salowych, personelu pomocniczym. Wszyscy nowi ludzie w pracy otrzymywali umowy cywilno-prawne, natomiast starzy pracownicy mieli umowy o pracę. Kiedy odchodzili na emerytury, nikt nie dostawał ich wakatów, w ten sposób zmniejszała się ich liczba na rzecz pracowników „śmieciowych”. Koleżanki były apatyczne, zastraszone, nie wspierały mnie w naszej wspólnej walce. Związki zawodowe nie popierały moich działań - przewodniczący „Solidarności” powiedział, że reprezentuje tylko tych, którzy płacą mu składki, a dyrekcja ma prawo zatrudniać na umowę jaką chce.

Szpital w Gorzowie jest największym zakładem pracy, liczy 1,5 tysiąca ludzi. Duża część z nich przyjeżdża z pobliskich małych miejscowości i wsi, gdzie jest duże bezrobocie, natomiast stawki jak na ten region są wystarczające, żeby się utrzymać. Dlatego też nie było protestów. Moja walka została przegrana również dzięki układom jakie panują w tym 130 tysięcznym mieście, gdzie są personalne powiązania ludzi władzy z sędziami, w warunkach, w których ciężko zmienić lokalny układ, gdzie napotyka się z jednej strony milczącą masę niewolników, a z drugiej ma się do czynienia z grupą cwaniaków ugrywających wszystko.

Redagowała

Julia Smogorzewska

*Tekst ten jest wynikiem naszej współpracy z WZZ Walka

Losowe Artykuły

felietony

mikropolityka

mikropolityka

polityczno-filozoficzne