Data:2017-08-09
Wyświetleń:352

Co dalej? Wstępne wnioski po 2 wetach
Wojciech Łobodziński

Wydawałoby się, że dzięki awanturze o sądy jesteśmy świadkami pobudzenia debaty publicznej. Pobudziliśmy ją w tym miejscu, w którym lewica ma spore możliwości do wprowadzenia swoich postulatów w życie. Głównymi tematami są rola liderów, po stronie liberalnej oraz udział części młodzieży, niestety głównie mieszczańskiej, w protestach. Opublikowano w końcu apel, napisany lewicowym językiem, przesiąknięty latami doświadczeń, który był tak bardzo potrzebny od dawna. W tym miejscu należy zadać kilka fundamentalnych pytań: Co dalej? Co możemy zrobić, jak działać?

Z pewnością możemy stwierdzić, że cała polityczna zawierucha stanęła w miejscu po dwóch wetach Andrzeja Dudy. Bez przygotowanej infrastruktury organizacyjnej oraz komunikacyjnej na lewicy nadszedł czas na analizy i planowanie. Takich okazji było już wiele, przegapiliśmy niejedną. Ale koniec końców jesteśmy tutaj, więc wykorzystajmy nasz czas dobrze. Ukazało się wiele pomysłów czy sugestii, lecz mam wrażenie, że większość z nich to dobrze wypowiedziane, jak na konkretny moment, przestarzałe koncepcje i rokowania. Musimy sobie uświadomić, że dotychczasowe działania doprowadziły nas tutaj. W niczym nie pomoże nam ich wzmożenie czy powtórzenie pod innym szyldem. Czas na eksperymenty i wychodzenie poza znane rozwiązania i teoretyczne frazesy.

Dyskusja o liderach, których nie powinno być, a z pewnością nie w powszechnie przyjętej, technokratycznej formie, rozbija się o kwestię mediów. Jaka polityka medialna, takie jej produkty. Dotychczasowe media lubią autorytety, rozkochane są w cyrkowych osobistościach. Tacy ludzie się sprzedają, oglądalność rośnie, a pieniądz płynie szerokim korytem. Dotychczasowe działania lewicy mainstreamowej, głównie partii Razem, wpisywały się w ten model. Wydawało mi się z początku, że wprowadzą nowy język, nowy model debaty, lecz niestety nie - wprowadziły tylko inne tematy. Lewica nie może posługiwać się pustymi sloganami, takimi jak „tu jest Polska” czy „wolność, równość, tolerancja”, nie może również używać słów typu: barbarzyństwo, dyktatura itd.. Sloganów takich używają technokraci, "dla ludu igrzyska i emocje", w kuluarach lub na kanapie teoria i „prawdziwa polityka”. Zachowania takie szkodzą, szczególnie w sytuacji, gdy lewica jest zmarginalizowana, jak i w sytuacji, gdy jest u władzy. Skutkują one tym, że albo nie odróżnia się ona w praktyce od establishmentu, z którym powinna walczyć, albo zamyka debatę publiczną, pozostawiając jej frazesy i slogany. Polityka i język lewicy powinien upodmiatawiać masy, rozszerzać wiedzę, nie tylko na tyle na ile polityczne cele się z taką praktyką pokrywają. Jednym słowem lewica musi wykraczać poza to co dotychczasowe, nie wystarczy jej zmienianie pojedynczych części liberalnego statusu quo. Tenże status jest znacznie mocniejszy niż ona sama, w końcu i lewica stanie się jego częścią.

Tak też się dzieje w momencie, w którym ze słowem lewica może kojarzyć się tylko mieszczańska, często uprzywilejowana młodzież. Nie widziałem nigdy na dużym proteście lewicy robotników budowlanych, ratowników medycznych czy pielęgniarek. Nie widziałem też na strajkach czy rozprawach tychże grup zawodowych mieszczańskiej młodzieży. To odbiera legitymacje grupom lewicowym właśnie w tych kręgach, do których lewica powinna docierać. Nie możemy pozwolić na to, by bycie lewicowym/lewicową możliwe było tylko dlatego, że kogoś na to stać. Lekiem na to są organizacje łączące różne grupy klasowe, nie po to, by mieć co pokazać na papierze czy w mediach, tylko po to, by je łączyć, edukować i spajać w ramach wspólnego działania. Organizacje takie muszą myśleć o inkluzywnych debatach w ruchu, rozpowszechnianiu książek i kontaktów, o dążeniu do upodmiotowienia swych członkiń i członków, stawaniu się horyzontalną strukturą. Smutno jest patrzeć, gdy do lewicowych związków zawodowych zapisują się pracownicy, walczący o swoje prawa na własnym poletku, po czym po długim stażu mają prawicowe, ksenofobiczne i homofobiczne poglądy. Nie są zainteresowani solidarnością z innymi związkowcami z innych miejsc pracy, lub nie wychodzą wraz z elitą związkową na protesty. Powinniśmy myśleć o takich przypadkach czy o takich powstających możliwościach. To samo tyczy się organizacji lokatorskich.

Często jest to związane z korzyściami, pochodzącymi z umiejscowienia pozycji liderów czy elitek danych organizacji. Tylko oni/one mogą się często wówczas pokazać w mediach, czy przed znajomymi i to sobie przypisać sukcesy, będące efektem ciężkiej, zbiorowej pracy wielu ludzi. Lecz, na szczęście, czy nie ustaliśmy przed chwilą, że koniec z liderami?

Redagowały:

Julia Smogorzewska

Natalia Makaruk

Losowe Artykuły

felietony

mikropolityka

polityczno-filozoficzne

kultura