Data:2017-08-17
Wyświetleń:1401

Zazdrość albo o byciu razem
Cezary Rudnicki

Spośród niskich i podłych uczuć nie ma chyba takiego, które darzyłbym większą pogardą niż zazdrość. A jednak – co za każdym razem stwierdzam niemal z tym samym zaskoczeniem – nie ma innego, którego równie zaciekle by broniono. Ludzie chcą być zazdrośni. Więcej nawet: muszą być zazdrośni, jak gdyby sprawa ta dotyczyła ich życia i śmierci. Jednym z argumentów, który powraca w większości dyskusji, jest stwierdzenie, jakoby zazdrość była objawem miłości i przywiązania. Jeśli nie jesteś zazdrosny, to znaczy, że ci nie zależy. Jeśli nie przeszkadza ci, że twoja „druga połówka” (do tej drugości jeszcze wrócę) albo twój najlepszy przyjaciel/najlepsza przyjaciółka spotyka się z kimś innym, komuś innemu poświęca czas i uwagę, z kim innym doświadcza przyjemności, to znaczy, że ta osoba jest ci tak naprawdę obojętna. Przecież w ten sposób – z powodu jej innych znajomości – możesz utracić tę osobę. Osobę, z którą łączy cię pewna specjalna więź. A jeżeli jest ci to obojętne, jeżeli strata jest ci obojętna, to obojętny jest ci także obiekt, na którym rzekomo ci zależy. Zazdrość miałaby więc być dowodem miłości – cóż za przewrotny sylogizm!

Mój wyczulony na krętactwa nos każe mi wyczuwać w zazdrości coś zgoła przeciwnego. Czuję w niej raczej rozwinięcie (powiedziałbym: polityczne wykorzystanie, ale nie o tym jest ten tekst) infantylnej emocji, którą da się zaobserwować w piaskownicy, gdy jedno dziecko wyrywa drugiemu nieużywaną przez siebie zabawkę, krzycząc: „to moje!”. Zazdrość odsyła do przedmiotów oraz własności prywatnej . W efekcie w słowie „kochać” – z jego nieodłącznym cieniem w postaci „być zazdrosnym” – zostaje zakodowany sens „być (nawzajem swoją) własnością”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdy ktoś wychowany w społeczeństwie takim jak nasze mówi o miłości, to ma na myśli posiadanie. Opasłe tomy napisano zresztą na temat związku instytucji małżeństwa z prawem własności, własnością prywatną oraz wymianą świadczeń: przez wieki żonę nabywało się jak towar i traktowało jak sprzęt domowy. I choć przeszliśmy rewolucję spowodowaną pismami romantyków oraz upadkiem związków rodowych, i choć „parujemy się” powodowani raczej afektami (czy też chemią organizmu) niż interesem, to jednak sposoby bycia razem wydają się teraz jeszcze bardziej „własnościowe” niż dotąd. Najlepiej pokazuje to może lęk, jaki błyskawicznie rozprzestrzenia się, gdy tylko ktoś oburzony panującymi stosunkami ekonomicznymi zaczyna nawoływać do wspólnej własności. „Strzeżcie się go, to jego uwspólnianie zacznie się od uwspólniania kobiet”! Tak jakby Eros był boskim opiekunem gospodarki.

Przytoczona przestroga przy okazji dobrze pokazuje patriarchalny (i heteronormatywny) charakter tego „miłosnego prawa własności”: od razu widać, kto tu jest właścicielem, a kto tylko własnością. Jednakże mimo wyraźnego przywileju, jakim cieszy się mężczyzna, na nim również od dawna wymuszano przestrzeganie zasad wierności. Już starożytni greccy myśliciele (jak choćby Ksenofont) podkreślali, że mąż powinien dawać swojej żonie przykład przywiązania i panowania nad sobą oraz dowody na to, że w przyszłości nie zamieni jej – o ile tylko będzie się ona odpowiednio sprawować – na młodszą i piękniejszą. Na kilka wieków przed pojawieniem się chrześcijaństwa temat wierności, czyli nie dawania powodów do zazdrości, stał się kluczowy dla namysłu nad relacją małżeńską. Co ciekawe, nie zajmował on moralistów, ale właśnie „ekonomów” (od greckiego oikonomia), tzn. tych, którzy doradzali innym jak prowadzić gospodarstwo domowe (oikos).

Ten własnościowy stosunek do innego/innej splata się z jego/jej przedmiotowym traktowaniem. Zazdrość neguje podmiotowość innego/innej. Neguje fakt, że druga osoba ma swoją wolę i posiada pragnienia, nad którymi nie mamy pełnej kontroli, które mogą kierować gdzieś indziej, niż byśmy sobie życzyli. Marzenie o miłości i idealnej harmonii dusz to tak naprawdę wysublimowana wersja marzenia o posiadaniu absolutnie posłusznego automatu o ludzkiej aparycji i pozorach inteligencji. (Motyw ten szczególnie otwarcie występuje w japońskiej popkulturze, jak choćby w kultowej swego czasu mandze Chobits. Kino Zachodnie nie pozostaje jednak w tyle – warto tu wymienić choćby film Ex Machina z 2015 roku). Podobnie marzenie o idealnej przyjaźni: jest w nim coś z marzenia o pełnej zgodności poruszeń woli, o wspólnocie pragnienia. Zazdrośni jesteśmy przede wszystkim z powodu pożądań, nie z powodu czynów. (Czyż nie byłoby się skłonnym wybaczyć niejedno, gdyby tylko miało się pewność, że nie stała za tym żadna chęć?)

Dla mnie to dojmujące uczucie, które pojawia się na widok ukochanego lub ukochanej w ramionach innej osoby, nie ma nic wspólnego z miłością. To jedynie gniew wywołany naruszeniem prawa własności oraz lęk wywołany odkryciem, że drugi/druga nie jest przedmiotem, który można w pełni kontrolować, często uzupełniony lękiem o swoją własną pozycję w hierarchii oraz swoją wartość. W zazdrości nie ma nic z empatii, akceptacji czy sprzyjania. Nic, co warto by afirmować, czego warto by bronić.

Nie wystarczy jednak powiedzieć, że miłość i przyjaźń nie mają nic wspólnego z zazdrością. Nasze rozumienie świata zbyt długo kodowano w ten właśnie sposób, byśmy mogli je odrzucić prostym gestem odmowy. Zazdrość nie jest poglądem, który możemy poddać krytyce. Była ona długo i systematycznie wtłaczana w nasze ciała. I to przede wszystkim w ten sposób ją odczuwamy: cieleśnie, organicznie, fizjologicznie. (Zaciskająca się krtań, ściskanie w dołku, skurcz brzucha, zbierające się w oczach łzy i ogarniająca całe ciało słabość lub przeciwnie, napływająca do twarzy krew i mięśnie napinające się do zadania ciosu…). Zazdrości trzeba się oduczyć i będzie to z pewnością powolny, a może również bolesny proces. Jak zwykle w takich przypadkach możliwe są różne procedury: można po prostu zaciskać zęby i tłumić w sobie każdy napływ tego uczucia, powoli się na nie uodparniając. Można postąpić odwrotnie – skupić się na zazdrości nie uciekając przed tą emocją, ale przyglądając się jej uważnie i próbując ją zrozumieć. Mniej inwazyjna jest może metoda małych kroczków: pozwalamy sobie wraz z partnerem/partnerką (w końcu chodzi o to, żeby ćwiczyć wspólnie) na drobne odstępstwa od przyjętych zasad „wierności”. Jednej mniej będzie przeszkadzało, że jej „druga połówka” spaceruje z kimś za rękę, drugiemu – że partner/partnerka wychodzi z kimś innym do kina. Z czasem poprzeczkę należy podnosić. Choć może lepiej byłoby powiedzieć: znosić kolejne bariery, odblokowywać kolejne tamy. Zazdrość wiąże się bowiem z budowaniem zapór dla przepływów pragnienia. Zazdrość jest aktem agresji wymierzonym w tworzenie nowych połączeń.

Nieuchronnie nasuwa się pytanie: po co to wszystko? Co ma być efektem akceptacji przedstawionej tu krytyki oraz zaproponowanej terapii? Udzielenie odpowiedzi na te pytania jest o tyle trudne, że zbyt radykalne jej sformułowanie może przesłonić sam problem. Ten ostatni wydaje mi się dotykać wielu i wiele z nas, a być może nas wszystkich i nas wszystkie. Zazdrość, nawet gdy nie przybiera patologicznej formy, jest chorobą toczącą relacje między nami. Pozbycie się jej miałoby więc na celu uzdrowienie naszych miłości i przyjaźni. Chodzi o to, by traktować drugiego/drugą jak podmiot, tzn. akceptować jego/jej pragnienia i poruszenia woli. Nawet jeśli nakierowują się one na kogoś innego niż my sami/same. Ci i te, które nie potrzebują nazbyt radykalnych recept, które zadowalają się psychologiczną stroną bycia razem, mogą w tym miejscu przestać czytać.

Inna stawka jest już bowiem polityczna i to ona mnie najbardziej zajmuje. Z naszym byciem we dwoje, z naszym zakładaniem rodzin (nawet, gdyby to miały być rodziny jednopłciowe) jest coś nie tak. I to na wszystkich możliwych poziomach: od afektywnego po ekonomiczny. Parowanie się, owo złączenie dwóch „połówek”, to nic innego niż sposób na zamknięcie się przed światem. Czy nie zdarzyło się wam wielokrotnie tracić znajomych tylko z tego powodu, że znaleźli oni sobie partnera/partnerkę, z którym/którą zaszyli się w domowym zaciszu? Coraz trudniej było ich – nawet wspólnie – wyciągnąć na imprezę, do kina, na piwo albo chociaż spacer po parku. W końcu kontakt zupełnie się urywał… To zamknięcie, na pozór mające być ochroną przed światem, jest doskonale funkcjonalne z punktu widzenia aktualnych stosunków władzy: odcięci od innych ludzie nie są w stanie zawiązywać poziomych sieci współpracy i buntować się.

Oduczanie się zazdrości jest równocześnie otwieraniem się na współbycie z wielością innych. Odtąd możliwa staje się więź, która nie dotyczy już tylko pary najlepszych znajomych, ale rozrasta się w całą ich sforę, w spółdzielnię, kolektyw, a może nawet społeczeństwo przyjaciół. Nie chodzi już o to, co dzieje się w naszej psychice, nie chodzi nawet o moralny stosunek do innego jako podmiotu. Celem jest formowanie więzi międzyludzkich na wzór rozrastającego się kłącza, w którym nie ma żadnego centrum, nie ma żadnych blokad, a jedyna reguła selekcji brzmi: „łącz się tylko z tym, co będzie produkowało kolejne połączenia”.

Jeśli jednak zazdrość zakorzeniona jest przede wszystkim w ciele, to taka postawa (rozwijanie więzi) nie jest możliwa bez zmiany naszego stosunku do cielesności. Akceptacja powinna dotyczyć nie tylko poruszeń woli bliskiej nam osoby, ale również relacji, w jakie wchodzi jej ciało. Nie chodzi więc tylko o czas, uwagę i myśli, jakie poświęca ona innemu/innej, ale o fizyczne przyjemności, jakich zaznaje. Walka z zazdrością musi dotyczyć również, a może przede wszystkim, płaszczyzny erotycznej. W moim przekonaniu dopiero tu staje się możliwa taka forma miłości, która wymyka się ograniczeniom rodziny nuklearnej. Słowem, którego używam na jej oznaczenie, jest poliamoria – być może da się jednak znaleźć lepsze… W każdym razie chodzi o to, by móc kochać więcej.

Redagowała:

Natalia Rojek

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

kultura

mikropolityka

polityczno-filozoficzne