Data:2017-08-21
Wyświetleń:709

Wymarzona opozycja
Tadek Zinowski, kolektyw Syrena

Od czasu objęcia władzy przez PiS obserwujemy wzmożone obywatelskim duchem poruszenie narodu. Ludzie dobrej woli angażują się w liczne akty obywatelskiego nieposłuszeństwa – obok (słusznych) Czarnych Protestów, walki z wycinką Puszczy czy blokad nacjonalistów, rozkwitają dziwaczne formy oporu. Te najgłośniejsze skupiają się wokół szefa partii rządzącej i polegają na utrudnianiu mu różnych czynności życiowo-politycznych: blokady krypty wawelskiej, gdy jedzie odwiedzić grób brata, pikiety pod jego domem (z obowiązkowymi żartami z kota) i wreszcie tradycyjne już blokady miesięcznic smoleńskich. Wśród tłumu zajętej tego rodzaju aktywnością „zjednoczonej opozycji” da się wychwycić kilka znajomych twarzy, twarzy osób, w których dobre intencje trudno wątpić: działaczek feministycznych, aktywu radykalnej lewicy, a nawet – zdeklarowanych anarchistów i anarchistek. Ten tekst adresuję do nich. Nie chce brzmieć paternalistycznie, liczę raczej na otwarcie dyskusji. Nie interesują mnie towarzyszący im liberałowie albo chrześcijańscy demokraci. Nie będę także pastwić się nad towarzystwem Balcerowicza, Wałęsy, Frasyniuka, Giertycha, Schetyny, Petru, i Milera – na ten temat powstało dość krytyki i punktować tu jest zbyt łatwo. Uważam, że problem leży głębiej. Dziwaczne sojusze i towarzystwa to konsekwencja błędnie obranej strategii, błędnie wybranego pola walki.

Tezy tego eseju są proste: (1) starcia na polu symbolicznym dają przewagę prawicy, więc (2) z rządem można i należy walczyć na innych polach.

Z obserwacji ostatnich lat życia politycznego kraju nie trudno wyciągnąć wniosek, że (1) prawica czuje się jak ryba w wodzie na polach sporu skupionych wokół symboli, kultów, fetyszów i spektakli. Jej główną funkcją polityczną jest właśnie produkcja tego rodzaju sytuacji – miejsc i okresów zbiorowej hipnozy, emocjonalnych uniesień i pozornych sporów. Polityczne dzieciństwo dziś rządzących upłynęło właśnie na tym – gdy robotnicze skrzydło Solidarności próbowało organizować codzienną walkę o poprawę warunków pracy, frakcja „prawdziwych Polaków” ekscytowała się historycznymi rocznicami, składaniem wieńców i pochodami. Gdy przejęli władzę nad ruchem, ich gospodarcze propozycje ograniczyły się zatem do tego, co przywiózł w teczce Jeffrey Sachs (a Balcerowicz wprowadził w życie). Obecna kulturowa hegemonia prawicy to efekt wielkich zbiorowych gorączek – od „ogólnonarodowej” żałoby po Papieżu Polaku, przez kult band leśnych, po Smoleńsk. Instynktowną reakcją na tego rodzaju zarządzanie emocjami jest potrzeba sprofanowania i przerwania ich rytuałów. Każdemu z tych kultowych wydarzeń towarzyszy więc reakcja, oparta głównie na biernym, nihilistycznym wyśmiewaniu się. Paradoks polega na tym, że właśnie takie zachowanie stanowi istotne paliwo prawicowej machiny propagandowej. TVP po dziś dzień chętniej odgrzewa filmy z pijakami sikającymi na znicze, niż nudne i smutne zdjęcia modlących się żałobników. Miesięcznice smoleńskie miały niską frekwencję i zerową atrakcyjność medialną, dopóki nie zaczęły się ich blokady. Poważny, strukturalny kłopot obozu antyprawicowego, polega na tym, że oprócz tego biernego nihilizmu nie mamy wiele do zaproponowania w kontekście sporów o uświęcone symbole. Jaka jest polityczna atrakcyjność tłumaczenia, że pijany generał kazał lądować we mgle, Karol Wojtyła krył pedofilów i wspierał epidemie AIDS w Afryce, a „Wyklęci” to po prostu bandy gwałcicieli i terrorystów? Oczywiście, o tym wszystkim trzeba mówić, ale nie można na tym fundamencie zbudować silnego ruchu politycznego. To właśnie różni nas od prawicy, która potrafi na poważnie organizować się wokół sfabrykowanych, podkolorowanych mitów. Prawda nie jest tak atrakcyjna, bo jest złożona i nudna. Nasze chłodne i racjonalne tłumaczenia po prostu z nimi nie wygrają. Nasz gniew na ich wyuczoną głuchotę to część spektaklu, którego nie reżyserujemy my.

Obok reaktywnego nihilizmu i kpin z prawicy, drugą strategią jest próba licytowania się z nimi: kto tak naprawdę jest „nowoczesnym patriotą” albo „prawdziwym chrześcijaninem”. Rozumiem, gdy strategię tę stosują liberałowie, lecz niestety często ten sposób myślenia przenika też do ludzi lewicy albo ruchu antyfaszystowskiego. Pokusa jest duża. Nie trudno przecież wykazać, że chrześcijaństwo nacjonalistów odbiega od ideałów zawartych w Nowym Testamencie, albo że bardzo patriotyczni narodowcy działają w interesie i za pieniądze innych rządów. Łatwo także wpaść w historyczną licytację, gdzie będzie się dowodzić, że I RP była religijnie tolerancyjna, albo że marszałek Piłsudski był socjalistą. Jest to jednak droga zgubna dla autonomii lewicy i utrudniająca zdobycie kulturowej hegemonii. Wchodząc w takie licytację walkowerem oddajemy albo chowamy gdzieś za plecami swoje ideały, takie jak internacjonalizm, humanizm, pogarda dla opartych na wyzysku państw. Przerzucanie się z agresywnymi nacjonalistami piosenkami religijnymi naprawdę nie przysłuży nam się bardziej, niż gdybyśmy zaśpiewali/ły „Międzynarodówkę”.

Sądzę, że w ogóle nie ma sensu angażować się w pola walki zakreślone przez przeciwników. Czy te sprawy mają dla nas naprawdę jakiekolwiek znaczenie? Gdzie leżą czyjeś zwłoki i czy nie przypadkiem obok resztek Królów Pierwszej Rzeczpospolitej? Czy przywódca partii rządzącej ma „normalną” rodzinę, czy jest kawalerem (albo powiedzmy to sobie: „homo”, jak żartują homofobiczni kolesie od Biedronia po Frasyniuka)? Czy samolot z jakimiś politykami spadł sam czy wybuchł? Żadna z tych rzeczy nie ma najmniejszego znaczenia dla życia codziennego. Mojego, twojego, liberalnej opozycji, nawet wyborców prawicy. To, że daliśmy się zagnać prawicy na pola tak (post)politycznego sporu o pierdoły, oznacza, że już przegraliśmy. Jeśli chcemy podnieść się z pozycji defensywy, musimy nauczyć się powtarzać: „nieważne”. Smoleńsk – nieważne, Wawel – nieważne, Krakowskie Przedmieście – nieważne. Nie tam robi się lewicową politykę. Zostawmy spory o to, kto lepiej uczci umarłych obu skrzydłom prawicy neoliberalnej. Dając się wciągać w ich grę, stajemy się częścią wymarzonej opozycji, która pozwala rządowi mobilizować swoich zwolenników przeciwko liberalno-lewicowym barbarzyńcom. Nie budujemy atrakcyjnej alternatywy, tylko atrakcyjny cel moralnej paniki prawicowców.

Czy to oznacza wezwanie do bierności? Czy mamy „na złość Michnikowi odmrozić sobie uszy” i tolerować obecną władzę, aby dopiec PO? Wprost przeciwnie – (2) ten rząd należy obalić. Jeśli jednak chcemy na poważnie rzucić mu wyzwanie, musimy uderzać go tam, gdzie zaboli. Nie tam, gdzie wyhodował sobie grubą skórę mitów. Wbrew stylizacji na „trybuna ludowego” PiS jest kolejną partią neoliberalnej prawicy i jako taką należy tę partię zwalczać. Punktować tam, gdzie obietnice socjalne przegrywają z potęgą lobbystów. Tam, gdzie „Mieszkanie plus” okazuje się „Eksmisją plus” (ku uciesze Wyborczej: http://codziennikfeministyczny.pl/lokatorem-bruk-robert-nowak/), gdzie frankowicze przegrywają z bankami (ku uciesze Wyborczej), pracowników delegowanych broni się przed podwyżkami (ku uciesze Wyborczej), gdzie regulacja rynku pracy okazuje się pozorna. Poszukajmy tych miejsc, gdzie liberałowie akurat się z PiSem zgadzają i właśnie tam uderzajmy. W ich cichą, klasową zmowę! Do tego niech dojdzie realna walka o prawa podstawowe kobiet, mniejszości etnicznych i seksualnych, dla których poprzednie ekipy też nie robiły nic. Realna walka o ochronę przyrody (nie tylko Puszczy, ale także regulowanych pod żeglugę rzek czy Mierzei Wiślanej). To także są walki klasowe: drzewa w miastach wycinają spekulanci gruntem, grunta po Puszczy dostaną deweloperzy, a koszta zawsze płacą lokalne społeczności. Wreszcie walka ze skrajną, faszystowska prawicą, z którą rząd buduje otwarty sojusz, i z militaryzacją kraju. Nie trudno wymieniać tak długo. Wystarczy oderwać się od świata przedstawionego w mediach i pomyśleć o tym rzeczywistym. Myślenie lewicowe polega właśnie na tym! Potrafimy sprowadzać rzeczy do konkretu, pytać o materialne podstawy i interesy i robimy to zamiast odpływać w stronę polityki pozorów. Naprawdę, wystarczy frontów do walki z rządem z pozycji postępowej lewicy społecznej. Co więcej – masa grup już działa na tych frontach, aktywnie organizując konkretny opór, a rąk i głów jest zawsze mniej niż potrzeba. Te „małe” walki dzieją się wokół was: na klatkach schodowych i w zakładach pracy. Miarą ich sukcesów jest często parę złotych podwyżki pensji albo obniżki czynszu. Nie spotka się tam gwiazd dawnej Solidarności ani partyjnych garniaków. Jest to bardziej mozolne, mniej spektakularne i trudniej za to zbierać laury od elity, ale wykonanie tej mrówczej pracy, raczej „budowy” (niezależnej lewicy) niż „obrony” (demokracji), to sprawa kluczowa. Pytanie, czy odróżnimy się od neoliberalnej opozycji ulepionej z solidarnościowego paździerza i styropianu, jest pytaniem o możliwość zaistnienia w Polsce masowej lewicy, a w konsekwencji także o możliwość obalenia obecnego rządu.

Babranie się ludzi lewicy w zakreślonych przez prawice piaskownicach pozornych sporów nie pomaga nam w tej pracy i wydaje się po prostu przeciwskuteczne. Droga niezależnej lewicy, którą idziemy jest bardzo wąska. Stąpamy po grani. Z jednej strony urwisko prawicy autorytarnej, z drugiej – prawicy liberalnej. Każdy krok powinien być przemyślany. Nie sposób przejść tej drogi idąc na rękach, głową w dół. A tak właśnie Karol Marks 150 lat temu określił pozycje Hegla i szerzej – idealistów, wierzących, że historyczna dialektyka realizuje się w sferze idei i symboli a nie realnych interesów klasowych. Naszą rzeczą jest wciąż stawiać swoją politykę z powrotem na nogi.

Redagowała:

Natalia Rojek

Grafika autorstwa:

Marcina Mateuszewskiego

Losowe Artykuły

teksty historyczne

Coś jest źle

mikropolityka

felietony