Data:2017-08-27
Wyświetleń:3465

Prawa reprodukcyjne to prawa najbiedniejszych. Rozmowa z Martyną Równiak i Natalią Jakacką
Natalia Rojek

Na początku lipca w Internecie pojawił się news o zaatakowaniu nożem wolontariusza Fundacji Pro. Prawo Do Życia przez dwie feministki. Na Facebooku jednej z oskarżonych kobiet pojawiło się sprostowanie, w którym zaprzeczyła ona, że coś takiego miało miejsce. Tę wersję potwierdziła również reakcja wezwanej na miejsce zdarzenia policji, która właśnie wolontariusza, a nie kobiety, zakuła w kajdanki. W celu opisania prawdziwej wersji zdarzeń, a jednocześnie zaprezentowania specyfiki działań Fundacji, która wraz z niektórymi prawicowymi portalami posłużyła się po prostu fałszywym pomówieniem, aby zdyskredytować "wroga", jakim są działaczki feministyczne, ja, Martyna Równiak oraz Natalia Jakacka nawiązałyśmy ze sobą kontakt. Moje rozmówczynie korzystając ze swojej specjalistycznej wiedzy oraz doświadczenia aktywistycznego poruszają także inne niezwykle istotne tematy: jak naprawdę wygląda aborcja, kto ponosi koszty restrykcji z nią związanych, komu realnie szkodzą pikiety działaczy "anti-choice", co myślą o obecnej sytuacji ruchu feministycznego w Polsce.

Natalia Rojek: Obydwie jesteście znane z działalności feministycznej, lecz mimo to chciałabym, abyście na początek powiedziały kilka zdań o sobie i swoim aktywizmie.

Martyna Równiak: Ja nie wiem, czy jesteśmy znane z działalności feministycznej. Nazywam się Martyna Równiak i jestem studentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Natalia Jakacka: Ja jestem lekarką, zeszłoroczną absolwentką Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Pracuję w szpitalu, pod którym od kilku miesięcy jest zaparkowany żuk z umieszczonymi przez Fundację Pro. Prawo Do Życia banerami, na których widnieją rozkawałkowane płody. Żuk stoi tam nie do końca legalnie, jak się okazało.

MR: I dlatego pewnego razu, chyba w nocy z soboty na niedzielę, został odholowany. Niestety, wrócił.

NR: Jeśli zaś chodzi o działalność feministyczną, to czy jesteście “wolnymi elektronami”, czy uczestniczycie w którejś z walczących o praw kobiet organizacji?

MR: Cóż, gdy zaczęłam swoje drugie studia, czyli medycynę w Bydgoszczy, działałam w takiej organizacji, która skupiała studentów medycyny. Zajmowałam się tam różnymi rzeczami, np. wypadami do domów spokojnej starości, gdzie mierzyłam babciom i dziadkom ciśnienie czy poziom cukru we krwi. Oprócz tego zajmowałam się edukacją seksualną w liceach i w technikum gastronomicznym, w którym byłam na cyklu zajęć. Prowadziłam godzinę zajęć tylko dla dziewcząt, ona dotyczyła pierwszej wizyty u ginekologa, miałyśmy wzierniki i szczoteczki do cytologii, żeby je oswoić i opowiedzieć, jak wizyta wygląda, o co lekarz zapyta, o co nie powinien, jak w razie czego można złożyć skargę na ewentualne nieprzyjemne potraktowanie. W tym samym czasie druga grupa miała zajęcia z chłopcami, które dotyczyły nowotworów jąder i innych chorób, które dotyczą mężczyzn. Sama prowadziłam takie zajęcia i dobrze je wspominam. Chłopcy w tym wieku wcale nie są tacy, jak się stereotypowo ich przedstawia: niezainteresowani i zlewający. Oprócz tego była tam edukacja seksualna połączona stricte z chorobami przenoszonymi droga płciową. Pokazywaliśmy, jak wyglądają objawy infekcji i jak się przed nimi chronić. Gdy przeniosłam się do Warszawy, to przez pierwszy rok chodziłam na manifestacje i spotkania różnych podmiotów, takich jak np. Porozumienie Odzyskać Wybór. Woziłam samochodem z Feminoteki banery na demonstracje, potem zaczęłam działać troszkę więcej, jak tylko skupiłam się na prawach reprodukcyjnych kobiet. Występuję jako przewodnicząca warszawskiego oddziału Medical Students For Choice, ale myślę, że mam za sobą bardziej zrzeszony etap działalności. Teraz będę sama dla siebie robić to, co mnie będzie interesowało, bo myślę, że to jest najwygodniejsze. Nie lubię, jak za moje działania muszą tłumaczyć się ludzie z poszczególnych organizacji czy partii politycznej. Dzięki temu mam większą swobodę i wolność.

NJ: Moja aktywność na polu walki o prawa reprodukcyjne zaczęła się, kiedy byłam bierną uczestniczką manifestacji pod sejmem, które to zaczęły odbywać się tam prawie regularnie, wtedy gdy miano uchwalić projekt ustawy zakazujący aborcji w niemal każdym przypadku. To był ten projekt, który powstał we współpracy z prawnikami Ordo Iuris. Przeczytałam go kilkukrotnie i to, co tam zobaczyłam, zbulwersowało mnie jako kobietę, ale przede wszystkim jako lekarkę, bo uświadomiłam sobie, że jeśli to prawo przejdzie, a o tym prawie się nie mówiło, to ustawa zamknie lekarzom drogę do tego, co interesuje mnie szczególnie: leczenia kobiet w ciąży, które mają rozpoznanie nowotworu w trakcie jej trwania. Takich kobiet w Polsce jest rocznie 300, co jest dużą liczbą. Tego zjawiska nie można zaniedbać. W miarę jak zyskałam świadomość, że tym razem to jest naprawdę poważna sprawa, że jeśli nie zostaną podjęte żadne działania to taka barbarzyńska ustawa nam grozi, to zaczęłam chodzić na manifestacje. Potem właściwie pierwszy raz miałam okazję włączyć się aktywnie w walkę o prawa reprodukcyjne, kiedy dowiedziałam się, że na mojej uczelni, byłej już, bo był wtedy październik, Ordo Iuris wraz z jednym zakładem zorganizowało konferencję o prawnokarnym aspekcie przerywania ciąży i zabójstwie prenatalnym. Przeanalizowaliśmy ze znajomymi program tej konferencji oraz zaproszonych ekspertów i doszliśmy do wniosku, że to nie jest tak naprawdę żadna konferencja naukowa, tylko po prostu spęd osób, które jedyne, co chcą robić, to lobbować na rzecz dalszego ograniczania praw kobiet w Polsce. Razem z Martyną i kolegą lekarzem zaczęliśmy bić na alarm, no i dzięki naszym i Uniwersytetu Zaangażowanego wysiłkom, udało nam się wtedy szczęśliwie odwołać tę konferencję. Wtedy też poznałam studentów i absolwentów UW, którzy działają w UZ i ten kontakt utrzymujemy do dziś. Wspólnie protestowaliśmy przeciwko wykładom Rebeki Kiessling na UW i to jest chyba jedyna organizacja, z działalnością której się utożsamiam, chociaz profil ich działalności jest o wiele szerszy. Potem zaczęłam chodzić razem z Ogólnopolskim Strajkiem Kobiet i koalicją Mam Prawo na posiedzenia komisji zdrowia w sejmie, kiedy poddawano pod dyskusję dostepność antykoncepcji awaryjnej ellaOne. To także był istotny kawałek. Do tego nawet dwa razy udało mi się zabrać głos na tych komisjach, co nie jest łatwe, kiedy jest się przedstawicielem strony społecznej.

MR: No tak, bo przewodniczący musi udzielić głosu...

NJ: Dokładnie. Zawsze pomagał nam pan poseł Arłukowicz, natomiast ostatnio zostałyśmy zaskoczone przez pana posła Lato, wiceprzewodniczącego komisji, wnioskiem formalnym o zamknięciu listy mówców przedwcześnie, co de facto uniemożliwiło nam wzięcie czynnego udziału w tym posiedzeniu. Poza tym nie jestem zrzeszona w żadnej organizacji, mam oczywiście swoje sympatie, ale jestem podobnego zdania co Martyna. Póki co, lepiej, aby odpowiedzialność za to, co robię, spływała wyłącznie na mnie.

NR: Opowiedzcie teraz, proszę, co dzieje się przy szpitalu Orłowskiego w związku z działalnością fundacji Pro. Prawo do życia.

MR: Ostatnio odholowano im tego żuczka, w związku z czym zaczęli bić na alarm: jak to możliwe, że został odholowany, przecież był w takim wspaniałym stanie, miał rejestrację – kij, że za szybą. Poza tym twierdzili, że był wspaniale zaparkowany. Owszem, szkoda tylko, że pacjenci przyjeżdżali pod szpital i nie mieli gdzie zaparkować.

NJ: Tak, był on parkowany w taki sposób, że blokował jedno z niewielu atrakcyjnych miejsc dla osób z niepełnosprawnościami ruchowymi, ponieważ stał on centralnie pod wejściem do szpitala i poradni specjalistycznej.

MR: W tym poradni ginekologicznej!

NJ: Oraz izby przyjęć, tak więc, gdyby to miejsce nie było zastawione przez samochód antyaborcjonistów, to korzystaliby z niego pacjenci oraz ich rodziny.

MR: Żuk ma plakietkę, która dowodzi, że opłacono ten parking. Nie zmienia to jednak faktu, że stan tego samochodu nie jest wspaniały, ponadto: plandeka jest reklamą.

NJ: No właśnie! Reklamy, które są w przestrzeni publicznej umieszczane nielegalnie, powinny być usuwane na bieżąco. Poza tym parking pod szpitalem w żadnym wypadku nie powinien być miejscem do umieszczania reklam. Nie ma tam przecież reklam prywatnych przychodni, aptek czy suplementów diety. To jest miejsce, w którym mają prawo parkować pacjenci, nie parkuje tam nawet personel.

MR: Wiemy, że ostatnio ktoś został zatrzymany. Doszło do bijatyki, podobno była wzywana policja, a wolontariusz miał być na jakiejś operacji.

: Wcześniej był jeden człowiek, który chciał zasprejować te banery, ale został pojmany przez wolontariusza fundacji i przewieziony na komisariat w kajdankach. Innym razem komuś udało się zasłonić te drastyczne zdjęcia, zostało też napisane hasło: “Wara fanatycy”. Stało się to dzień po tym, jak my tam byłyśmy, co zostało opisane w przekłamany sposób przez prawicowe media oraz Fundację Pro. Prawo do życia.. Nie jest prawdą, że Martyna zaatakowała kogokolwiek nożem, jestem świadkiem, gdyż stałam w odległości kilku metrów od baneru. 1 lipca koło 22 przyjechałyśmy tam z intencją zdjęcia tych banerów, czyli zlikwidowania plastikowych zaczepów, którymi baner był przytwierdzony do żuka. Naszym zamiarem nie było, wykluczałyśmy w ogóle taką możliwość, zniszczenie samych banerów, ponieważ wiemy, że za zniszczenie mienia mogłaby nam grozić odpowiedzialność karna. Poza tym doświadczenie pokazuje, że jeśli jedne banery zostaną zniszczone, to fundacja przygotuje kolejne. W ramach protestu i pokazania sprzeciwu, naszej chęci ochrony pacjentów i pacjentek oraz ich rodzin przed treściami, które nie mają nic wspólnego z prawdą, z procedurami zabiegów wykonywanych w Polsce i na świecie, postanowiłyśmy, że po prostu zdejmiemy te banery i pozostawimy je w samochodzie zwinięte tak, żeby nie było można ich zobaczyć. Gdy tylko Martyna zaczęła zdejmować pierwsze zaczepy, zdaje się, że zdjęła dwa, natychmiast pojawił się samochód marki Mercedes. Zaparkował na niedozwolonym miejscu, czyli na kopercie. Wybiegł z niego mężczyzna w średnim wieku, średniej postury ciała i zaczął szarpać Martynę. Popsikał jej twarz gazem łzawiącym. Ja to wszystko obserwowałam z oddali i jak tylko zobaczyłam, że Martyna została zaatakowana, choć nie prowokowała tego mężczyzny, nie naruszyła jego nietykalności cielesnej, zaczęłam go nagrywać, aby zachować jego wizerunek. Gdy tylko podjechałam do niego na rowerze z wyciągniętym telefonem, powiedziałam, że go nagrywam i zapytałam, dlaczego zaatakował koleżankę, to zaczął bluzgać i ukradł mi telefon. Wkrótce potem przyjechała policja.

MR: Gdy on zaczął do Natalii podskakiwać, to wróciłam się do roweru, gdzie miałam telefon. Zadzwoniłam po policję, no bo cóż, piekło mnie oko i szyja, czyli miejsca, gdzie dostałam gazem. Nie chciałam, żeby przemoc zaczęła eskalować, więc zadzwoniłam. Nim oni przyjechali, on zaczął uciekać, a Natalia jeździła za nim na rowerze, aby go powstrzymać. Rzucił telefonem Natalii w krzaki, więc ja też zaczęłam go nagrywać. Policja przyjechała, a ja podbiegłam do samochodu, aby ułatwić funkcjonariuszom zidentyfikowanie człowieka, który ukradł telefon. Wszyscy zostaliśmy wylegitymowani, mężczyznę zakuto w kajdanki.

NJ: Prawie do 12 szukaliśmy telefonu. Funkcjonariusze byli tak uprzejmi, że trzech policjantów i jedna pani policjantka pomagali nam w tym z latarkami, bo napastnik nie chciał powiedzieć, gdzie go rzucił. Został skuty, policjanci zastanawiali się, co zrobić dalej. W końcu cała akcja została zakończona, pan został rozkuty, a mi polecono zgłosić się na komendę, żeby zgłosić policji to zdarzenie, czyli kradzież telefonu. Mężczyzna wsiadł do samochodu i pokazując mi środkowy palec odjechał, a my poszłyśmy na izbę przyjęć, żeby Martyna otrzymała pomoc w związku z atakiem gazem pieprzowym. Najbardziej szokujące było dla mnie jednak, gdy następnego dnia na portalu www.wpolityce.pl zobaczyłam artykuł, że feministki zaatakowały nożem wolontariusza fundacji pro-life, co jest bzdurą, kłamstwem i pomówieniem. Nie miał miejsca żaden atak nożem.

MR: Tam jedna osoba została zaatakowana i byłam to ja, gazem. Potem naruszył twoją nietykalność cielesną, wyrywając ci telefon.

NJ: W pewnym sensie tak, chociaż ja nie czułam się przez niego fizycznie zaatakowana. Natomiast miałam na uwadze, że on może to zrobić. Martyna co prawda miała nożyk tapicerski, aby przerwać te plastikowe zaczepy, o czym policja została poinformowana. Poddano nas kontroli osobistej. Ja nie posiadałam przy sobie żadnych ostrych przedmiotów, nawet nożyka tapicerskiego. Tak więc pomówienia o to, że przeprowadziłyśmy atak nożem na wolontariusza fundacji, są fałszywą propagandą, którą rozgłaszają prawicowe media, aby zdyskredytować nas jako działaczki na rzecz praw kobiet i praw człowieka.

NR: Można więc wywnioskować, że wolontariusze fundacji przeprowadzają patrole w okolicy szpitala?

MR: Tak to rozumiemy, bo ostatnio chłopak nie zdążył nawet pomazać plandeki sprejem i ktoś z niby przechodniów już zaczął go nagrywać. Myślę, że on tam sobie chodził, a w tym wypadku ktoś musiał widzieć to z okna i zadzwonić po niego.

NJ: Mógł być blisko i pełnić dyżur, bo pojawił się błyskawicznie. Mogą też mieć kogoś w szpitalu, bo tę sytuację było widać ze szpitala i wiem o tym. Prawdopodobnie ktoś ich informuje, kiedy ktoś zbliża się do plandek.

NR: Czy ta sytuacja przyniosła Ci, Natalio, jakieś konsekwencje w pracy w szpitalu? Czy którykolwiek z portali internetowych sprostował pomówienia, jakich się dopuścił w waszą stronę?

NJ: Pierwsze co zrobiłam po zobaczeniu tych informacji, to właśnie zażądałam sprostowania i oznajmiłam, że jeśli ono się nie ukaże, to wystąpię z prywatnym aktem oskarżenia z tytułu naruszenia artykułu 212 kodeksu karnego, czyli zniesławienia. Sprostowanie nie ukazało się, kilka dni później ze strony Fundacji Pro zniknął artykuł, w którym oskarżono nas o atak nożem. Podtrzymuję jednak swoją decyzję, złożę akt oskarżenia i będę starała się dochodzić swoich praw. Jeśli zaś chodzi o pracę, to ci lekarze, którzy widzieli newsa, pytali mnie o to, jak było naprawdę. Było to dla mnie pocieszające, że nikt z nich ani z moich znajomych nie zadał pytania, czy rzeczywiście taki atak miał miejsce. Wszyscy uznali, że jest to na tyle absurdalne, że musi być manipulacją. Nie spodziewam się żadnych konsekwencji.

NR: A jak kierownictwo szpitala ustosunkowuje się do działalności fundacji?

NJ: No właśnie to jest ciekawa sprawa, bo żuk jest jedną kwestią, a odrębną są bardzo uciążliwe pikiety, które fundacja organizuje. Ku mojemu zdziwieniu są to legalne zgromadzenia, które fundacja organizuje pod adresem szpitala. Polega to na tym, że kilka osób stoi i trzyma ogromne banery o treściach takich jak te umieszczone na żuku, a prócz tego są głośniki, z którym leci zapętlone nagranie. Przemowy, które oni odtwarzają mają na przykład taki fragment, że lekarze ze szpitala Orłowskiego zabijają 120 dzieci rocznie. Jest to dla mnie naprawdę bulwersujące, że można stać pod publiczną placówką służby zdrowia i pomawiać zbiorowo lekarzy, co do jednego. Jeśli w tym szpitalu rzeczywiście zabija się dzieci i oni mają taką wiedzę, to są zobowiązani, aby poinformować o tym prokuraturę, bo to przecież przestępstwo. Jak tylko zaczęły się pierwsze pikiety pod Ministerstwem Zdrowia o tym, że lekarze ze szpitala Orłowskiego zabijają dzieci, to ja jako pracowniczka udałam się na rozmowę z panią dyrektor do spraw medycznych, poinformowałam ją o tym i zaproponowałam, żeby szpital wykorzystał swoje możliwości dochodzenia rekompensaty szkód na drodze prawnej, czy to cywilnej, czy karnej. Natomiast pani dyrektor, zresztą ginekolożka, powiedziała, że wie o tym i uważa to za haniebne. Nie zabija się tu dzieci, tylko wykonuje procedurę przerwania ciąży w trzech przypadkach opisanych w ustawie o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Próbowałam ją namówić do tego, żeby zablokować te pikiety, na co ona odpowiedziała, że szpital otrzymał list z urzędu miasta, w którym ratusz nawołuje, żeby szpitale nie reagowały na pikiety, nie przepędzały osób, nie wstępowały na drogę prawną i nie zgłaszały niczego na policję. Jestem naprawdę oburzona, że ratusz próbuje zapewnić tym osobom pełną swobodę w dręczeniu pacjentek i personelu, w szerzeniu kłamstwa na temat pacjentów i personelu.

MR: No i procedur medycznych, bo ten zabieg wygląda zupełnie inaczej!

NJ: Tak, zupełnie inaczej. To, co oni prezentują na tych banerach, nie ma w sobie nic z rzeczywistości. Jeśli ktoś nie posiada wykształcenia medycznego, to rzeczywiście może w to uwierzyć. Natomiast samo to, że oni puszczają bardzo głośno te kłamstwa, że lekarze zabijają dzieci, że wystają tam z tymi banerami, że pacjentki, które są na oddziale patologii ciąży czy położnictwa, słyszą to i widzą z okien, jest odrażające. Wiem od pacjentek, że to dla nich wielkie udręczenie i zaskakuje mnie, że nikt z miasta nie pomyślał o ich komforcie.

NR: Domyślam się, że to może działać traumatyzująco na kobiety, które z różnych względów straciły dzieci lub przeżyły inne trudne sytuacje w związku ciążą i potomstwem.

NJ: Tak, dokładnie tak. Poza tym te zdjęcia nie przedstawiają pofragmentowanych płodów.

MR: Owłosione główki niewiadomego gatunku...

NJ: Zresztą ani w Polsce, ani na świecie nie przeprowadza się aborcji chirurgicznej w taki sposób. A jeśli już, to w niewielu krajach i pod wieloma ograniczeniami.

MR: Poza tym od pewnego etapu aborcja to wywołanie takiego małego porodu.

NJ: Czy też raczej poronienia.

MR: To nie jest tak, że fragmenty ciała są wyciągane kleszczami!

NJ: Sądzę, że trzeba to w końcu powiedzieć raz, a dobrze. Aborcja to jest aborcja farmakologiczna i polega to na tym, że trzeba przyjąć kilka tabletek pod język. Wtedy dokonuje się poronienie. Zbędny podczas tej procedury jest zabieg chirurgiczny, łyżeczkowanie macicy, nie ma żadnych fragmentów płodu, nie ma żadnego rozkawałkowanego płodu, na pewno nie ma wyrywania części ciała u żywego płodu, który znajduje się w macicy. To jest propaganda i to jest kłamstwo. Jedyny cel tej propagandy to rozpowszechnienie w społeczeństwie przekonania, że aborcja jest tożsama z zabójstwem dziecka. Tak nie jest. Banery fundacji “anti-choice” mogą traumatyzować pacjentki i ja wiem, że traumatyzują. Udało mi się uzyskać kontakt do kobiety, która urodziła zdrowe dziecko i uczęszczała wcześniej do szkoły rodzenia w naszym szpitalu. Opowiadała mi w rozmowie telefonicznej, a potem w wywiadzie udzielanej dziennikarce www.wp.pl, o tym jak koszmarne było dla niej to, że musiała pojawiać się w szpitalu na zajęciach w szkole rodzenia, jak źle się czuła z tym, że te osoby pikietują i zakłócają spokój, wtedy, kiedy ona razem z innymi kobietami uczestniczyła w zajęciach. Mówiła, że pikietujący torturowali ją psychicznie przez całą ciążę. Czas, który przecież powinien być dla niej miły, powinna mieć możliwość wspominać go dobrze, stał się dla niej torturą. Kiedy leżała na oddziale, zadzwoniła na policję, ale nie wiem, czy jakakolwiek interwencja miała miejsce. Podobno inne pacjentki zastanawiały się nad zbiorowym zgłoszeniem razem z personelem, personal zaś boi się takiego kroku.

MR: Do mnie niedawno napisała koleżanka z liceum, która niedawno urodziła dziecko. O ile ma zupełnie inne podejście do aborcji niż ja, jest bardzo religijna i zawsze taka była, o tyle sama powiedziała, że z racji tego, że bardzo dużą część ciąży spędziła na oddziale patologii ciąży, gdzie leżą kobiety, które bardzo chcą donosić ciążę, co czasem niestety się nie udaje, to gdyby w szpitalu, w którym ona rodziła miały miejsce takie pikiety, to sama by wyszła i zrobiła coś z tym. To, co oni robią, jest dogłębnie złe. To oddziaływanie na psychikę pacjentek, które i tak są w dużym stresie i mają naprawdę ogrom innych zmartwień. Jest to dokładanie im stresu. Wcale nie sprawi to, że pacjentki, które potencjalnie decydują się na aborcję, niezależnie, czy z trzech wyjątków czy po prostu z braku woli kontynuowania ciąży, zechcą ją donosić. Żadna kobieta, która nie chce kontynuować ciąży, nie będzie jej kontynuowała tylko dlatego, że ktoś ją będzie próbował do tego zmusić, bo każda kobieta jest w stanie znaleźć sposób i drogę do tego, żeby spełnić swoje życzenie.

Ciąg dalszy rozmowy

Losowe Artykuły

polityczno-filozoficzne

teksty historyczne

Coś jest źle

mikropolityka